7/29/2018

I giochi del diavolo: La Venere d'Ille (1981)

dir. Mario e Lamberto Bava



Mario Bava zmarł na zawał serca 27 kwietnia 1980 roku. Tuż przed śmiercią, reżyser bynajmniej nie zwalniał tempa: wspomagał Dario Argento przy tworzeniu efektów specjalnych do "Inferno", pracował również - wespół z Luigi Cozzim - nad projektem roboczo zatytułowanym "Star Riders". Ostatecznie, finalnym dokonaniem Włocha okazał się być jednak udział w realizacji telewizyjnej antologii, opartych na XIX-wieznej prozie, "opowieści niesamowitych". "I giochi del diavolo" wyemitowane zostało na antenie RaiDue w 1981 roku. Bava, razem z synem Lamberto, sygnował drugi odcinek serialu, "La Venere d'Ille".


Podstawą scenariusza była nowela autorstwa  Prospera Mériméego. Gdzieś na granicy francusko-hiszpańskiej, odkryty zostaje antyczny posąg bogini Wenus. W trakcie wydobywania statuy z ziemi, jeden z wieśniaków uczestniczących w wykopaliskach, zostaje ranny, co pozostałym mieszkańcom wioski każe sądzić, iż figura jest objęta klątwą. Nieskłonny do zabobonów i dumny z wykopaliska właściciel ziemski, każe przetransportować je do swego ogrodu. Do oceny prawdziwej wartości tego niezwykłego "skarbu", sprowadza na prowincję obytego w świecie, młodego znawcę sztuki starożytnej. Matthieu (Marc Porcel) w trakcie badania rzeźby, dochodzi do wniosku, iż bogini jest niezwykle podobna do przyszłej synowej ziemianina...

Łatwo odnieść wrażenie, iż "Wenus z Ille" to przede wszystkim wprawka Bavy juniora do samodzielnej kariery. Lamberto, który od czasów "Terrore nello spazio" terminował przy filmach ojca na stanowisku asystenta reżysera, w 1980 roku zadebiutował obrazem "Makabra" (ponoć po seansie, ukontentowany Mario miał powiedzieć: "Teraz mogę umrzeć w spokoju"). Mistrz włoskiego kina grozy stanowił w tym przypadku podporę i źródło rad dla syna, który był również współodpowiedzialny za scenariusz. Ta przeznaczona na mały ekran produkcja nie zawodzi jednak w najmniejszym stopniu, jeśli chodzi o generowanie napięcia, zdjęcia czy też aktorstwo. W roli Clary, "lustrzanego odbicia" posępnej Wenus, powraca Daria Nicolodi, ówczesna partnerka Argento, którą Bava senior obsadził już wcześniej w swym ostatnim filmie kinowym "Schock" z 1977 roku. Partneruje jej, znany z występów u m.in. Lucio Fulciego i Luchino Viscontiego Porcel. Poziom realizacji, mimo że zdradza telewizyjne koszta, nie zawodzi: liczy się sugestia i warsztat, nie kosztowne efekty.


"La Venere d'Ille" stanowi ciekawostkę w dorobku reżysera głównie przez sam fakt, że to jego pożegnanie z kamerą. Co nie oznacza, że nie sprawdza się jako dobrze poprowadzona, intrygująca historia z dreszczykiem. Jest klimatycznie, miejscami niepokojąco, odrobinę rzewnie nawet: oto ojciec gotyku made in Italia jeszcze raz wraca do korzeni. Skromna, acz sycąca pozycja, która przy okazji, jakby mimochodem, podrzuca kilka ważkich pytań: o rolę sztuki w życiu człowieka, o to, jak postrzegamy pojęcia miłości, piękna, pożądania wreszcie. Osobiście przepadam za wszelkiego rodzaju antologiami, więc mroczną Wenus kupiłem bez zrzędzenia.

Ocena :****


7/25/2018

Lisa e il diavolo (1973)

dir. Mario Bava



Lisa (Elke Sommer) jest młodą turystką na wakacjach we Włoszech. Podczas zwiedzania Toledo, dziewczyna odłącza się od swojej grupy i gubi, nie mogąc znaleźć drogi powrotnej. Szukając sposobu na dotarcie do hotelu, Lisa dołącza do małżeństwa w średnim wieku, które oferuje jej podwózkę. Ich samochód psuje się jednak w pobliżu willi należącej do pewnej ekscentrycznej rodziny. Mieszkańcy zgadzają się przyjąć pechowców pod dach na jedną noc. Będzie to jednak noc pełna koszmaru...


Po sukcesie, jakim na rynku amerykańskim okazał się "Baron Blood" (notabene, w ojczyźnie reżysera przyjęty obojętnie), producent Alfredo Leone szczodrze dał Mario Bavie wolną rękę przy kolejnym wspólnym projekcie. Bava wreszcie mógł pofolgować swoim ciągotom do surrealizmu, tworząc oniryczną opowieść, będącą czymś w rodzaju wariacji na temat "Alicji w Krainie Czarów". Lisa wpada więc do "króliczej nory", gdzie jej przewodnikiem staje się diabelski łysielec, prowadzący swą bezwolną ofiarę ku zatraceniu. Prawa logiki zostają zawieszone, toteż wszelkie porównania do struktury marzenia sennego są tu jak najbardziej na miejscu. Nieskrępowany wymogami wytwórni czy producenckim batem, twórca "Mask of Satan" stworzył najprawdopodobniej najmocniejsze pod względem oddziaływania i zarazem najambitniejsze dzieło w swej karierze. "Lisa" to upiorny triumf wyobraźni nad materią, nierzadko szokująco (zwłaszcza jak na ówczesne standardy) okrutny, ale podszyty też dużymi pokładami czarnego humoru. Przyjmując zdroworozsądkowe pojmowanie, łatwo pogubić się w zagmatwanej na pierwszy rzut oka fabule. Włoch jednak konsekwentnie podrzuca tropy interpretacyjne, wciąż balansując na granicy powagi i groteski.


Zdecydowanie groteskowy jest też sam "diabeł", lokaj imieniem Leandro, brawurowo grany przez Telly'ego Savalasa. Aktor większości widzów na świecie najbardziej znany z roli Kojaka, ewidentnie dostał od reżysera spory kredyt zaufania i bawił się swoim zadaniem ile wlezie. Jego szatańska mość w tej interpretacji to przebiegły typ z błąkającym się po kącikach ust uśmieszkiem. W tajemnicy przed swoją "chlebodawczynią" popala cygaro i błaznuje, ale to tylko przykrywka dla knowań. Prowadzonych jakby od niechcenia, bo doskonale jest świadom tego, kto pociąga za sznurki (całkiem dosłownie). Warto w tym miejscu nadmienić, że nieodłączny lizak słynnego detektywa pojawił się już wcześniej właśnie tutaj, na diabelskich występach w Italii. 


Historia jednak nie po raz pierwszy spłatała figla: "Lisa e il diavolo", obraz, w którym Bava wreszcie mógł się do woli "wyszaleć", nie spotkał się ze zrozumieniem ze strony współczesnych. W obliczu kiepskich wyników, Leone zdecydował się przemontować film i dokręcić kilka nowych scen, tak aby odzyskać przynajmniej część pieniędzy włożonych w produkcję. Próbując podpiąć się pod sukces "Egzorcysty", pozbył się około 20 minut materiału i zastąpił go "ramą" z udziałem Roberta Aldy (który wcielał się w postać księdza, próbującego ratować tytułową bohaterkę ze szponów Złego), zmieniając przy okazji całkowicie wymowę opowieści. Bava senior, który w całym procederze nie miał zamiaru brać udziału, do nadzorowania przeróbek oddelegował swego syna, Lamberto. Rezultatem była wersja pod tytułem "The House of Exorcism", słusznie zignorowana przez publikę po obu stronach Oceanu.


W czasach dzisiejszych, przedostatni (nie licząc "Cani arrabbiati", które ujrzało światło dzienne wiele lat po śmierci swego twórcy) kinowy film ojca włoskiego gotyku, czczony jest jako swoiste opus magnum Bavy. Śmiałe, bo wymykające się sztywnym ramom, rzucające widzowi wyzwanie, a zarazem kokietujące w najbardziej czarowny sposób. Mroczna baśń, która niejednemu każe zadać sobie pytanie: "co by było gdyby..."

Ocena: *****



7/22/2018

Hard to Die (1990)

dir. Jim Wynorski



Piątka kobiet zjawia się w wielkim wieżowcu, aby dokonać inwentaryzacji butiku z bielizną. Praca przeciąga się do późnych godzin wieczornych. Wkrótce okazuje się, że w budynku jest ktoś jeszcze. Ktoś, kto z wielką ochotą wypatroszyłby młode, ponętne dziewczęta...


Najpierw było "Sorority House Massacre", średniej jakości slasher, jedno z wielu naśladownictw "Halloween" Carpentera. Jako, że obraz odniósł umiarkowany sukces, w cztery lata później powstał jego sequel. Za kamerą stanął Jim Wynorski, specjalista od niskobudżetowej eksploatacji z dużymi ilościami golizny i topornego dowcipu. Praca, którą wykonał Wynorski na tyle przypadła do gustu Rogerowi Cormanowi, że z marszu zaproponował on nakręcenie remake'u, z tą samą historią i obsadą na planie. Tak narodziło się "Hard to Die", opowieść o grupie biuściastych delikwentek, szlachtowanych przez tajemniczego mężczyznę na korytarzach drapacza chmur. Pierwotnie, film trafił od razu na rynek video, jednak w dwa lata później zdecydowano się go wypuścić do kin pod zmienionym tytułem "Tower of Terror". Kampania reklamowa sugerowała, że widzowie będą mieć do czynienia z żeńską odpowiedzią na "Szklaną pułapkę". Nie odniosła ona wymiernego skutku...


Tak, nie ma cienia wątpliwości: "Hard to Die" to ordynarna B-klasowa sztampa. Scenariusz to stek głupot, z pomysłem na duszę mordercy zamkniętą w szkatułce ("omyłkowo" przesłanej nie do muzeum, a właśnie do biurowca...) na czele. Zważywszy, że do ról ofiar zatrudniono piątkę atrakcyjnych niewiast, grzechem byłoby ich nie rozebrać. Pretekstem w tym przypadku jest... alarm przeciwpożarowy, który zmusza bohaterki do wzięcia kolejno prysznica, a następnie przebrania się w seksowną bieliznę. Kiedy rytuał zostanie zakończony, do akcji wreszcie może wkroczyć zabójca, by uganiać się za niekompletnie ubranymi pannicami. Sceny morderstw są mało efektowne, ale wiele wynagradza postać ewidentnie nieśmiertelnego dozorcy (notabene będąca nawiązaniem do poprzednich odsłon cyklu), który jest dźgany nożem, faszerowany ołowiem z karabinu, a i tak stoi twardo na dwóch nogach. Dorzućmy do tego linie dialogowe pokroju "I just want to get my clothes on, and get the hell out of here!" i mamy gotowy hicior z wypożyczalni.


Oczywiście, wszystko potraktowane zostało z dużym przymrużeniem oka i pastiszowym zacięciem. Twórcy wykpiwają slasherowe schematy, ale robią to z całkowitym pominięciem finezji. Jeśli przystać na taką konwencję, z seansu można wynieść sporo frajdy, najważniejsze aby nie sugerować się tytułem i nie oczekiwać kopii przeboju z Bruce'm Willisem. Ci, którzy znają choć odrobinę dorobek Wynorskiego (m.in. "Deathstalker II", "Powrót potwora z bagien", remake "Not of This Earth" z Traci Lords), powinni wiedzieć z czym się to je. Należy odrzucić logikę na bok, delektować się krągłościami i tryskającą na obiektyw czerwoną farbą. 

Ocena: **



7/21/2018

Gli orrori del castello di Norimberga (1972)

dir. Mario Bava



Peter Kleist (Antonio Cantafora) jest amerykańskim studentem austriackiego pochodzenia. Młodzian przylatuje do kraju swych przodków, aby dowiedzieć się nieco na temat najbardziej niesławnego z nich, barona Otto Von Kleista, przez tubylców zwanego "Krwawym Baronem". Pradziad zasłużył sobie na przydomek poprzez brzydki zwyczaj nabijania ludzi na pal dla rozrywki. Peter, zafascynowany mroczną legendą, przybywa do rodzinnego zamku, teraz zamienionego w wysokiej klasy hotel. Tam poznaje Evę (Elke Sommer), asystentkę zarządcy posiadłości, która również interesuje się historią tego miejsca. Dziedzic wspólnie z atrakcyjnym dziewczęciem odprawiają w środku nocy rytuał, za pomocą którego nieopatrznie przywracają barona do świata żywych...


Powrót Bavy do klasycznej formuły horroru po sześciu latach. Z zachowaniem całego dobrodziejstwa inwentarza (tutaj za scenerię służy ponury średniowieczny zamek), ale też z większą porcją luzu. Od wysmakowanego, surrealistycznego wręcz "Operazione paura", "Gli orrori del castello di Norimberga" dzielą lata świetlne. Fabuła, choć nader prosta, nie została tutaj przyćmiona rozbuchaną warstwą wizualną. Bliżej tu do typowo hammerowskiego standardu, niż specyfiki włoskiego kina. Znaki rozpoznawcze reżysera są mniej widoczne, przede wszystkim chodzi o fundowane lekką ręką dreszcze. 



Nie dziwi specjalnie, że "Baron Blood" nie cieszy się wielkim poważaniem wśród badaczy twórczości Mario Bavy. Staromodne w formie i treści kino grozy, z takimi atrakcjami, jak występy przebrzmiałej hollywoodzkiej gwiazdy Josepha Cottena w roli czarnego charakteru czy niemieckiej piękności Elke Sommer. Czepiać się tu można o wiele rzeczy: o historię, która rozkręca się powoli i zbyt szybko dobiega do finiszu, o archaiczne (nawet jak na rok produkcji) sztuczki, papierowe postaci, wreszcie - brak polotu. Nie da się zaprzeczyć, że na tle filmografii Włocha, rzecz wypada blado. Co nie znaczy, że to złe filmidło. Półtorej godziny pastiszowo potraktowanej gotyckiej sztampy, z wyraźnymi odniesieniami do postaci Vlada Palownika i przyjemnym, "oldschoolowym" feelingiem. Ja tam w trakcie seansu nie ziewałem, płynie to lekko, z łatwym do przewidzenia, ale i tak dostarczającym rozrywki, skutkiem. 

Ocena: ***½


7/20/2018

Schock (1977)

dir. Mario Bava



Dora wprowadza się wraz z mężem i synem do domu, w którym przed laty w tragiczny sposób zakończył się jej poprzedni związek. Z małżonkiem wiecznie w "rozjazdach" (jest pilotem samolotów pasażerskich), kobieta zmuszona jest w pojedynkę wychowywać kilkuletniego Marco. Chłopiec jest niezwykle zaborczy, wyraźnie zazdrosny o obecnego partnera matki, co często manifestuje w agresywny sposób. Co więcej, w domu dzieją się dziwne rzecz: poruszają się przedmioty, z zakamarków dobiegają dziwne dźwięki. Czy to wyobraźnia Dory płata jej figle czy miejsce jest nawiedzone?


Ostatni kinowy film Mario Bavy to na pozór jeszcze jedna opowieść o "złym domu". Włoch tęsknie zerka jednak w kierunku psychologicznych dreszczowców, dzięki czemu z nieciekawego na pierwszy rzut oka tematu udaje mu się wykroić całkiem sycące kino grozy. Oczywiście, na tym etapie, tj. w drugiej połowie lat 70. reżysera dogoniło młodsze pokolenie, a z dawnego wizjonerstwa ostał się jedynie (sic!) wysokiej próby warsztat. "Schock" jest więc niekoniecznie oryginalną pozycją, ale nie przynosi też żadnej ujmy legendzie gotyckiego sztafażu i prekursorze konwencji giallo w jednej osobie.


Z pewnością pozytywnie zaskakują bardzo "sprytnie" wykonane efekty specjalne, które - zważywszy na rok produkcji - wciąż mają prawo budzić uznanie. W kilku momentach reżyser przypomina o swojej magicznej sile kreowania sugestywnych, urzekających pięknem obrazów (świetna, oniryczna scena z bohaterką leżącą w łóżku). Dobrze jest też od strony aktorskiej: na potrzeby przedsięwzięcia, Bava "podkradł" swojemu pilnemu uczniowi, Dario Argento jego ówczesną muzę i partnerkę w życiu prywatnym. Daria Nicolodi tworzy przekonującą kreację w roli kobiety na skraju obłędu. Partneruje jej John Steiner, bardzo dobry aktor charakterystyczny, znany z występów m.in. w "Salonie Kitty" i "Kaliguli" Tinto Brassa. Śmiem stwierdzić, że nawet dzieciak wypada tu nieźle. Nie zawsze wprawdzie (pierwsza scena z jego udziałem mylnie nakierowuje widza na tezę, iż chłopczyk jest upośledzony w rozwoju), ale i tak jest zaskakująco dobrze jak na standardy obsadowe małoletnich odtwórców we włoskich (i nie tylko) produkcjach. 


W Stanach "Schock" prezentowany był jako sequel "Chi sei?" (pod tytułem "Beyond the Door II"), horroru o siłach nadprzyrodzonych z 1974 roku i spotkał się z obojętnym przyjęciem. Krytyka do dziś nie jest zgodna co do tego, czy obraz należy zaliczyć do tych mniej znaczących dokonań twórcy "Blood and Black Lace" czy wychwalać jako jego niedocenione w porę osiągnięcie. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku: Bava nie wytycza już żadnych nowych szlaków, ale i tak potrafi zaintrygować: czy to finałowym zwrotem akcji czy niepokojącymi dwuznacznościami (delikatnie sugerowane motywy edypalne). Rzecz ma ponadto dobre tempo i przez większość czasu utrzymuje napięcie. Pozytywne zaskoczenie, zważywszy, że spodziewałem się jeszcze jednego, nudnego filmu o duchach, a dostałem coś znacznie, znacznie więcej. Nie wybitne, ale z pewnością godne pożegnanie mistrza z gatunkiem i kinem w ogóle.

Ocena: ****



7/18/2018

La casa 4 (1988)

dir. Fabrizio Laurenti



Czy kontynuacja nieoficjalnego włoskiego sequela amerykańskiego hitu może być w ogóle czymś godnym uwagi? Podchwytliwe pytanie, bo odpowiedź zależy od tego komu je zadać. Jedni popukają się w głowę ("kontynuacja czego?"), inni z miejsca zaczną się ślinić. Jeśli jednak dodać, że w danym projekcie wzięli udział Linda Blair oraz David Hasselhoff to zaczyna się robić całkiem wesoło. Ale po kolei...


Rodzina Brooksów przybywa na położoną w niedalekim sąsiedztwie wybrzeża wyspę, z zamiarem zakupienia znajdującej się na niej posiadłości. Jak się okazuje, na miejscu znajduje się również para badaczy zjawisk nadprzyrodzonych, skuszona złą sławą domu. W wyniku niedogodnych warunków pogodowych, wszyscy przebywający na wyspie goście, zostają odcięci od świata. Wtedy też rozpoczyna się makabryczny horror...


Znów odzywa się popularna u Włochów tendencja, aby podpinać się pod dochodowe franczyzy. Jako, że na Półwyspie Apenińskim seria "Martwe zło" rozpowszechniana była pod mało wyszukanym tytułem "La casa" (dosł. dom), już w rok po premierze drugiej części kultowej serii Sama Raimiego, w słonecznej Italii na ekranach zadebiutował "La casa 3" w reżyserii  Umberto Lenziego. Jak w większości podobnych przypadków, obraz nie zdradzał choćby najmniejszych oznak związku z fabułą oryginału. Cel jednak został osiągnięty: paru frajerów dało się nabrać i wylądowało w fotelu z popcornem, licząc na więcej wrażeń z Ashem. Na kolejny cios nie trzeba było długo czekać: jeszcze w tym samym roku zadebiutował "La casa 4". Znów chodziło jedynie o bezczelne zdyskontowanie popularności produkcji zza Oceanu i znowuż historia w najmniejszym nawet stopniu nie wykazywała punktów zbieżnych z poprzednikami.


W gruncie rzeczy otrzymujemy standardowy horror o duchach i nawiedzonej posesji. Oryginalności w tym za grosz, bowiem twórcy równo zżynają z klasyki ("Lśnienie" Kubricka kłania się w pierwszej kolejności, poza tym "Dziecko Rosemary", "Egzorcysta"...). Najciekawsze (choć nie do końca wykorzystane) jest miejsce akcji: hotel położony na odizolowanej od cywilizacji wysepce. Autor scenariusza próbuje wrzucić do mikstury nieco dekadencji spod znaku wyższych sfer (postać przebrzmiałej gwiazdy srebrnego ekranu, która po zakończeniu kariery zaczęła wdawać się w diabelskie konszachty), nie wypada to jednak zbyt przekonująco. Jest porcja gore o raczej letniej temperaturze, co stanowi pewną (lichą, bo lichą...) pociechę. No i "gwiazdy". Mocno przechodzona Blair nawet nie stara się udawać, że to jedynie chałtura, za którą wpadnie drobna suma na konto. Zważywszy, że aktorka byłą wówczas w ciąży, nie dziwi, że żadne, także włoskie, pieniądze jej nie śmierdziały. Hasselhoff, niemiecki towar eksportowy numer jeden, wówczas poszukujący źródła zatrudnienia po zakończeniu produkcji telewizyjnego hitu pt. "Knight Rider", gra z nieco większym poświęceniem. I tyle w zasadzie dobrego można powiedzieć o stronie "aktorskiej".


Z niewiadomych przyczyn, na rynku amerykańskim obraz Fabrizio Laurentiego nie był rozpowszechniany pod tytułem "Evil Dead 4". Najwyraźniej tamtejsi dystrybutorzy nie docenili tego śródziemnomorskiego wypieku. Niesprawiedliwie zamknęli więc drogę omawianej produkcji do mas szerokich, używając zgoła przeciętnej i nie przyciągającej uwagi nazwy "Witchery". Tak czy siak, kto niejedną włoszczyznę w życiu spożywał (mam na myśli również te najniższych lotów), ten z pewnością wie, czego mniej więcej się spodziewać. Taniocha, od której często wieje nudą, ale swoich amatorów z pewnością znajdzie. Najlepsze z tego wszystkiego, bo i najbliższe pojęcia guilty pleasure są sekwencje "wizyjne". 

Ocena: **



7/14/2018

Operazione paura (1966)

dir. Mario Bava



Położona gdzieś w Karpatach, z dala od uczęszczanych dróg wioska. Między skromnymi chałupami hula porywisty wiatr, mieszkańcy chodzą z widocznym przerażeniem w oczach. Do ich spokojnej mieściny zawitała śmierć... Czyżby opis początkowych scen "Draculi: Wampiry bez zębów" Mela Brooksa? Nie, spokojnie, to tylko jeszcze jeden film Mario Bavy.


"Operazione paura" (na rynku anglojęzycznym znane pod tytułem "Kill, Baby... Kill!") stanowiło powrót reżysera do horroru gotyckiego. Po eksperymentach z formułą giallo i kilku nieznaczących robotach "na zlecenie", Włoch postanowił jeszcze raz zanurzyć się w konwencji, która przyniosła mu uznanie i rozpoznawalność. Nakręcony w dwanaście dni, w położonej 47 kilometrów na północ od Rzymu Calcacie, projekt od samego początku napotykał na swej drodze przeszkody. W trakcie kręcenia zdjęć skończyły się fundusze, co spowodowało, że część aktorów i ekipy nie otrzymała wynagrodzenia za swą pracę. Za darmo pracował również sam Bava, a z braku środków, w postprodukcji użyto fragmentów muzyki różnych kompozytorów z archiwum. Zdaniem niektórych zaangażowanych w przedsięwzięcie, niekompletny do samego końca pozostał także scenariusz...


Jak na tak ciężkie warunki, efekt końcowy zadziwia swoją spójnością. Sceneria w jakiej rozgrywa się akcja, przypomina nieco tę z noweli "Wurdalak" z "Black Sabbath", podobny też jest nastrój: pełen czyhającej w każdym zaułku grozy. W połączeniu z psychodeliczną stroną wizualną daje to obraz, który w odczuciu dużej części krytyki i entuzjastów talentu Bavy, pozostaje jego największym osiągnięciem (wśród nich znajduje się między innymi Martin Scorsese, z kolei owację na stojąco zgotował po premierowym pokazie sam Luchino Visconti). Warto zaznaczyć, że zdecydowanie pionierski jest motyw dziewczynki z piekła rodem, później ochoczo kopiowany przez niezliczoną ilość filmowców. 


Osobiście, pomimo że doceniam aspekt plastyczny, jak i gęsty klimat, mimo wszystko stawiałbym wyżej wcześniejsze gotyckie majstersztyki tego reżysera, "La maschera del demonio" oraz "La frusta e il corpo". Piękne, nasycone barwy, ciekawe kąty ustawienia kamery, wreszcie ten dzieciak ze swoją piłką - wszystko cudne jak ta lala, a jednak czegoś brakuje. Może rzecz w tym, iż cały fabularny koncept nie jest tu bynajmniej odkrywczy, przez co historia z czasem zaczyna nużyć. Bava, który ponoć otwarcie przyznawał że w większym stopniu niż postacie czy sama dramaturgia, interesują go zdjęcia, dostarcza zachwycające dzieło sztuki operatorskiej, treść jest jednak uboga i zgoła nieangażująca.

Ocena: ***½


7/13/2018

D'après une histoire vraie (2017)

dir. Roman Polański



Delphine (Emmanuelle Seigner) jest pisarką. Jej debiutancka powieść, w której wykorzystała autobiograficzne wątki, okazała się być bestsellerem. Teraz wydawca naciska na początkującą autorkę, aby zabrała się do pracy nad kolejną książką. Delphine dopada jednak niemoc twórcza, którą dodatkowo pogłębiają, adresowane do niej, anonimowe listy, których autor oskarża ją o kupczenie swoją prywatnością w celu uzyskania rozgłosu. Mniej więcej w tym samym czasie, kobieta poznaje tajemniczą Elle (Eva Green), która twierdzi, że jest ghost writerem. Elle służy radami, jest bystra, spostrzegawcza i czarująca. Koleżanki "po fachu" szybko stają się bliskimi przyjaciółkami. Nowa znajoma skrywa jednak drugie, mroczne oblicze, a okrutne cechy jej charakteru mają dopiero się ujawnić w pełnej krasie...


Kolejny, po świetnym "Wenus w futrze" film Romana Polańskiego to thriller, w którym odnajdziemy większość żelaznych lejtmotywów z repertuaru twórcy. Jest więc miejsce na pogłębiającą się paranoję, motyw uzależnienia od drugiej osoby, zamkniętą przestrzeń stanowiącą miejsce akcji czy wreszcie przejmowanie cudzej tożsamości. Nie ma się jednak co okłamywać: "Prawdziwa historia" to nie dzieło na miarę "Wstrętu", "Matni" czy "Lokatora". W najlepszym przypadku mamy do czynienia z przyzwoicie skrojonym dreszczowcem, który nie jest wszak wolny od rozlicznych, rzucających się w oczy, wad. Raz że poważnie szwankuje logika, dwa - w wielu momentach rzecz jest zdecydowanie naciągana. No i mocno przewidywalna. Green od pierwszej sceny ze swoim udziałem daje wyraźnie do zrozumienia, że Elle to, za przeproszeniem, "pieprznięta suka". Dziewczyna chodzi ubrana schludnie i elegancko, prawdziwa businesswoman. Na jej twarzy widnieje jednak niepokojący, szeroki uśmiech, zupełnie jakby należała do jakiejś sekty samobójców albo odsiedziała parę ładnych lat w korpo. Lubi też zajrzeć do kieliszka i okazyjnie traci nad sobą panowanie (przegięta scena z blenderem!). Tutaj nie ma miejsca na niedopowiedzenia, bo od razu czujemy, co się święci z taką modelką. Na drugim krańcu szali mamy Seigner, której bohaterka jest niepewna siebie, krucha, szuka oparcia. Jest przy tym nieskończenie naiwna, pozwalając - bez chwili zastanowienia - wkroczyć obcej osobie w swoje życie. Z butami. Bo Delphine rozsądkiem nie grzeszy i z marszu pokazuje nawiedzonej Elle zawartość swoich notatników, daje hasło do laptopa, ba! pozwala jej zamieszkać we własnym apartamencie.


Polański zanadto polega na niedopracowanym, wątłym scenariuszu, w którym roi się od gatunkowych klisz i sztampowych rozwiązań. Zachowuje się przy tym, jak gdyby próbował nakręcić własne "Misery". Tyle, że szerzej nieznana francuska autorka to nie Stephen King (film jest adaptacją książki), a duet Seigner/Green to nie James Caan i Kathy Bates. Nie zrozumcie mnie źle, nic nie mam do żadnej z wymienionych aktorek, w gruncie rzeczy obie grają na poziomie (choć Green jest aż nazbyt "demoniczna"). Problem w tym, że nie wznoszą się "ponad". Nie uświadczymy więc ani porywających kreacji, ani solidnie trzymającej w napięciu intrygi. "Prawdziwa historia" to Polański w słabszej formie, powtarzający się i jakby pozbawiony "pazura". Wolałem mimo wszystko jego kameralne psychodramy z lat poprzedzających, bo tam przynajmniej iskrzyło zarówno od strony gry, jak i tempa. Tutaj jest... poprawnie. A to chyba nie najlepsza laurka, jaką można wystawić twórcy tego kalibru.

Ocena: ***

PS. W jednej ze scen, bohaterka Green nosi t-shirt z logiem z albumu "Blackstar" Davida Bowie. I za to SZACUN!



7/12/2018

La novia ensangrentada (1972)

dir. Vicente Aranda



Para nowożeńców przyjeżdża do rodzinnej posiadłości pana młodego. Pomimo spokoju panującego w okolicy i entuzjastycznego przyjęcia ze strony domowej służby, Susan (Maribel Martin), młodziutka oblubienica, nie jest w stanie pozbyć się uczucia niepokoju. Dziewczyna odnosi wrażenie, iż jest śledzona przez tajemniczą kobietę. Wkrótce potem, dowiaduje się o starej legendzie rodu, zgodnie z którą jedna z przodkiń jej męża dokonała okrutnej zbrodni w swoją noc poślubną. Miodowy miesiąc nabiera cech upiornego koszmaru, gdy klątwa sprzed dwóch stuleci zaczyna zbierać upiorne żniwo...


Scenariusz "The Blood Spattered Bride" oparty został na znanej, chętnie ekranizowanej przez filmowców, powieści Josepha Sheridana Le Fanu "Carmilla". Na pozór mamy więc do czynienia z tradycyjnym kinem wampirycznym, jednak stojący za kamerą Vicente Aranda podszedł do materiału wyjściowego z ambicjami. Z lekka ospałe tempo akcji koresponduje z oniryczną atmosferą. Wiele spośród scen posiada surrealistyczny wydźwięk, dzięki czemu szybko zaciera się granica między rzeczywistością a majakami. Już na samym początku, jesteśmy świadkami gwałtu na Susan w hotelowym pokoju. Reżyser sugeruje jednak wyraźnie, że całe zajście mogło być jedynie wytworem wyobraźni niestabilnej psychicznie dziewczyny.


Horror więc, ale otwarty na rozliczne interpretacje. Na marginesie mamy bowiem przypowieść o patriarchalnym terrorze, który staje się udziałem delikatnej, niedoświadczonej jeszcze bohaterki. "Przeistoczenie" w kobietę to zarazem początek buntu względem pierwiastka męskiego. W jednej ze scen wyraźnie zasugerowany zostaje seks oralny. O tym co zaszło, dowiadujemy się przede wszystkim z samej reakcji dziewczyny, pełnej obrzydzenia i wstrętu. Kapitalny zabieg, jeden z wielu, które subtelnie nakierowują odbiorcę na prawdziwe znaczenie ukazywanych wydarzeń. Ucieleśnieniem nienawiści względem "silniejszej płci" jest ona: enigmatyczna pani z lasu, której ukąszenie rozprzestrzenia jad samoświadomości. Koniec końców, zwierzyną łowną jest tu bowiem nie niewinna Susan, a jej ukochany - przywykły do dominacji samiec.


Intrygujące, bo niejednoznaczne, kino grozy. Choć trudno byłoby nazwać je pruderyjnym, to wciąż daleko mu do eksploatacyjnej formuły eurotrashu. Zarówno przemoc, jak i golizna pojawiają się tutaj w całkiem sporych dawkach (zwłaszcza jedna scena jest zdecydowanie... hmmm, krwawa), tyle że ich obecność zawsze czemuś służy. Tam gdzie Jean Rollin (taki przykład, "pierwszy z brzegu") stawiał głównie na mozolnie kreowany nastrój i dobitnie eksponowaną erotykę, tam Aranda proponuje psychologiczną szaradę i artystyczne zacięcie. Nie mylić z pretensjonalnością, bowiem "La novia ensangrentada" daleka jest od akademickiego nudziarstwa, robi za to bardzo dobry użytek z gotyckiego kanonu.


Ocena: ****


7/10/2018

Il rosso segno della follia (1970)

dir. Mario Bava



Rok 1970. Bava eksperymentuje z formułą kryminału, wykorzystując w tym celu schematy rodem z twórczości Agathy Christie. Potraktowana jeszcze "po Bożemu" w "Five Dolls for an August Moon" konwencja, rok później wyewoluuje w proto-slasher "Bay of Blood". "Hatchet for the Honeymoon" z kolei uderza w żelazne reguły zyskującego coraz większą popularność giallo, którego celuloidowym ojcem chrzestnym był przecież sam reżyser. 


"Hatchet..." to historia Johna Harringtona (Stephen Forsyth), przystojnego trzydziestolatka, człowieka sukcesu, który przy okazji jest seryjnym mordercą. Harrington tkwi w nieudanym małżeństwie (główną przyczyną braku ładu może być jego impotencja), a czas umila sobie wyżywając się na świeżo upieczonych mężatkach. Mężczyzna ma obsesję na punkcie ślubnych welonów, co wiąże się z tragicznymi wspomnieniami z dzieciństwa. W momencie, gdy giną młode dziewczęta z jego otoczenia, sprawą zaczyna interesować się policja...


Bava wprowadza narrację z offu, dzięki czemu już od pierwszych minut doskonale wiemy, kim jest główny bohater - wszak sam bez cienia zażenowania się nam do tego przyznaje. Zabieg ciekawy, ale też odzierający fabułę z tajemnicy. Towarzyszymy okrutnemu zabójcy w jego poczynaniach, obserwujemy pojedynek z depczącym mu po piętach inspektorem, wreszcie - jesteśmy świadkami jak coraz bardziej popada w obłęd. Od strony stylistycznej nie jest tak przebogato, jak w starszych o ładne parę lat "Blood and Black Lace" czy "Kill, Baby, Kill!", choć rodowód reżysera-operatora wciąż i tak ciąży nad scenariuszem i postaciami. Czytaj: więcej tu dla oka i zmysłów, niż pożywki intelektualnej. 


"Il rosso segno della follia" zrazu nie zostało docenione przez krytykę, dopiero po latach odezwały się głosy mówiące wprost, że Włoch także w tym przypadku był prekursorem i śmiało wyprzedzał własną epokę. Nie wypada nie zgodzić się z tym poglądem, jako że Bava bez nadmiernego skrępowania podejmuje próby zajrzenia w głąb umysłu szaleńca. Inna sprawa, czy owe próby wypadają przekonująco. I w tym miejscu muszę niestety udzielić odpowiedzi przeczącej. Cieniutkie dialogi, drewniane aktorstwo, niekoherentna psychologia postaci, wreszcie - bezczelne zżynanie z "Psychozy", sprawiają że film z upływem czasu jawi się jako coraz bardziej archaiczny. Brak tu inspirującej atmosfery z wcześniejszych dokonań twórcy, napięcie raz po raz zanika, a wątek "paranormalny" kompletnie nie pasuje do reszty historii.


Zamierzenia były ambitne, projekt "kładzie" jednak niedopracowany scenariusz. Temperatura podczas seansu jest - że pozwolę sobie na takie sformułowanie - letnia, rzecz wypada zachowawczo właśnie w tych momentach, gdy powinna okazywać się dzika. Dwie dekady później, Bret Easton Ellis opublikuje swój kontrowersyjny bestseller "American Psycho", przy okazji zaciągając ogromny dług wdzięczności względem omawianej pozycji. Tam jednak rzuceni jesteśmy na głęboką wodę, skazani na kompanię szajbusa "jakich mało". Co by nie mówić, Patrick Bateman to szalenie barwna i niewątpliwie zabawna postać. Pan John Harrington może i ma nie po kolei pod stropem, niemniej jak się głębiej zastanowić, straszny z niego nudziarz.

Ocena: ***



7/07/2018

Alla ricerca del piacere (1972)

dir. Sylvio Amadio



Greta, młoda urodziwa Amerykanka, przyjmuje posadę osobistej sekretarki światowej sławy pisarza Richarda Stuarta. Stuart zamieszkuje odludną wyspę wraz ze swoją żoną Eleonorą oraz wiernym lokajem. Poprzednia pracownica poczytnego autora zaginęła w niejasnych okolicznościach. Czego pracodawcy nie wiedzą, to to że Greta była jej przyjaciółką i na miejsce przybyła z planem przeprowadzenia własnego śledztwa...


Pikantny, sensualny dreszczowiec. Jak na giallo, stosunkowo małą uwagę przywiązuje się tu do zaskoczeń: rozwiązania domyślić można się bardzo szybko, tak więc kryminalna zagadka nie stanowi tu istotnego wabika. Sylvio Amadio wykorzystuje jednak do cna atmosferę zepsucia i perwersji, która zagęszcza się w miarę jak intryga zmierza ku końcowi. Mamy więc parę dekadenckich, folgujących sobie na każdym kroku odludków, którzy wplątują w swoją perwersyjną grę niewinne dziewczę. Oczywiście, jest też poczciwy komisarz, ale ten pojawia się jedynie w ostateczności. Bohaterka przez większość czasu zdana jest sama na siebie, skazana na zabawę w kotka i myszkę z obytymi na salonach drapieżcami.


Erotyczny sztafaż podany zostaje ze smakiem, ocierającym się wręcz o przestylizowanie, czego najlepszym przykładem rozegrane w zwolnionym tempie sceny miłosne pomiędzy dwiema ekranowymi pięknościami. Barbara Bouchet i Rosalba Neri wijące się leniwie w pościeli, tudzież zażywające orzeźwiającej kąpieli pod wodospadem to widok, który przez pewną długość seansu wynagradza brak emocjonujących zwrotów akcji. Pod tym względem, najlepsze czeka nas bowiem na koniec. Finałowa rozprawa, poprzedzona zostaje rozbudowaną retrospekcją z genialnie wykorzystanym, "zapętlonym" narkotyczno-seksualnym motywem muzycznym od Teo Usuelliego. Robi się parno, w powietrzu unoszą się zwodnicze wonie chuci i zbrodni. Climax to logiczne podsumowanie panującego na wyspie amoralnego nastroju. 


Zmysłowa, zwodnicza igraszka. Zdecydowanie pozytywne zaskoczenie, zważywszy, że punkt wyjścia nie zapowiadał zbyt wiele. Warto przy tym wspomnieć, że w postać rozwiązłego literata wciela się tutaj Farley Granger, amerykański aktor, najbardziej znany z roli psychopatycznego "przyjaciela" z "Nieznajomych w pociągu" Hitchcocka. Granger, część swej aktorskiej "emerytury" spędził na Półwyspie Apenińskim, udzielając się w mniej lub bardziej godnych zapamiętania giallo (m.in. "Shadows in the Dark [1971], "The Red Headed Corpse" [1972], "So Sweet, So Dead" [1972], "Death Will Have Your Eyes" [1974]). "Amuck!" stanowczo należy do tych wartych uwagi.

P.S. Film wypuszczony został również w skróconej o dwadzieścia minut materiału wersji. Aby w pełni docenić jego walory, radzę nie bawić się jednak w półśrodki i zaopatrzyć w odświeżoną cyfrowo kopię, trwającą pełne sto minut.

Ocena: ****½



7/06/2018

I corpi presentano tracce di violenza carnale (1973)

dir. Sergio Martino



Dwójka studentek zostaje zamordowana przez nieznanego sprawcę. Policja ustala, że narzędziem zbrodni była apaszka koloru czerwono-czarnego. Koleżanka ofiar dochodzi do wniosku, że zabójcą musi być naprzykrzający się jej chłopak ze studiów, u którego widziała ów charakterystyczny element ubioru. Dziewczyna decyduje się wyjechać na jakiś czas w towarzystwie trzech przyjaciółek na prowincję. Wprowadzają się do ulokowanej nad morzem willi. Nie wiedzą, że morderca podąża ich śladem...


"Torso" to jedno z najbardziej rozpoznawalnych giallo. Swoją sławę film zawdzięcza przede wszystkim mieszance dwóch niezawodnych składników: mizoginistycznej przemocy i seksu. Schemat zgodnie z którym niekompletnie ubrane dziewczęta są po kolei szlachtowane przez zamaskowanego zabójcę, to już oczywiste podwaliny amerykańskiego slashera. Tym bardziej, że Martino w większym stopniu skupia się na efektownej rzeźni, aniżeli kryminalnej zagadce. Tożsamość oprawcy tak naprawdę odgrywa tu rolę drugorzędną, a jej ujawnienie może być zgoła rozczarowująca dla widza. Co nie oznacza, że brak tutaj zaskoczeń: pierwszorzędny jest w szczególności zwrot akcji w drugiej połowie filmu, który kompletnie wymyka się stereotypowym rozwiązaniom. 


Miłośnicy stylistycznego wyrafinowania również znajdą tu coś dla siebie. W pamięć zapada świetna sekwencja mordu na bagnach, wchodząca w skład kanonu gatunku. No i co najważniejsze: choć akcja zrazu rozwija się dość ślamazarnie, po przenosinach do dworu usytuowanego na klifie, rzecz nabiera tempa i trzyma w napięciu już do ostatniej minuty. Jest krwawo, miejscami wręcz nieprzyjemnie, nawet jeśli reżyser co bardziej drastyczne momenty ukrywa przed okiem kamery. Postać zwyrodnialca budzi autentyczne ciarki, zwłaszcza że nawet zapożyczony z klasycznego giallo Bavy "Blood and Black Lace" wizerunek został tu poddany obskurnemu "retuszowi" . Mówiąc krótko: choć zabójca tradycyjnie nosi rękawiczki, to nie boi się "pobrudzić sobie rąk". Jest przy tym inteligentny, przebiegły, nieprzewidywalny i... kompletnie niezrównoważony. 


Choć daleko "I corpi" do subtelnej maniery wcześniejszych dokonań Martino, to z pewnością nie sposób odmówić mu samoświadomości i wyrachowania. Nienawiść względem kobiet przybiera tutaj skrajną formę, czemu wyraz dają już "wymyślne" hasła reklamowe pokroju "Where whores meet saws!" czy "They were only dolls. Stupid dolls made of flesh and blood". Niecałe dziesięć lat później, młodzież w Stanach zachłyśnie się tego typu rozrywką, w sadomasochistyczny sposób zachwycona obrazami makabry i okrucieństwa, będących udziałem ich Bogu ducha winnych rówieśników. Wyrazisty, wciąż mocny klasyk, który bezbłędnie łączy stylowe opakowanie z plugawą treścią. Wypada znać.

Ocena: *****



7/05/2018

Play Motel (1979)

dir. Mario Gariazzo



Play Motel to nazwa położonego pod Rzymem przybytku, gdzie prominentne osobowości mogą w spokoju i z zachowaniem dyskrecji oddawać się pozamałżeńskim uciechom cielesnym. Tak jak choćby szanowany biznesmen Rinald, który uwielbia wyuzdane przebieranki zalatujące sado-maso. Jak się jednak wkrótce okaże, z tą dyskrecją to nie do końca prawda, gdyż mężczyzna zaczyna być szantażowany z użyciem zdjęć z jego potajemnych schadzek. O całym zajściu dowiaduje się małżonka finansisty, która wkrótce potem zostaje zamordowana. Jej ciało odnajduje w swoim bagażniku para aktorów. Za namową inspektora policji, małżeństwo decyduje się wykorzystać swoje zdolności i przeprowadzić prywatne śledztwo na terenie motelu...


Giallo, tyle że podlane sowitą porcją erotyki. Golizny jest tu naprawdę sporo, a w kilku momentach pojawiają się również wstawki spod znaku hardcore, włączone do filmu w postprodukcji. Sama intryga może nie jest porywająca, ale na plus trzeba zapisać, że opowieść utrzymana jest w dość lekkim tonie. W tle pobrzmiewają wpadające w ucho (i cienkie przy okazji jak barszcz ukraiński) piosenki, napięcie (znikome) rozładowują akcenty humorystyczne. Przed kamerą sprawdzona czereda odtwórców: Enzo Fisichella ("The Great Alligator" Sergio Martino), Ray Lovelock ("Macchie solari", "Live Like a Cop, Die Like a Man"), Antonella Antinori ("Le notti del terrore") czy zwyczajowo chętnie eksponująca swe wdzięki Patrizia Webley ("Malabimba"). 


"Play Motel" jest też zaskakująco... schludny, że się tak wyrażę. Jak na thriller (nie-do-końca)soft-porno, zaskakuje poziomem realizacji: zdjęcia, montaż, scenografia zdecydowanie stoją kilka półek wyżej od choćby sleazefestów Joe D'Amato z ich nierzadko obskurnymi "trzema iksami". Scenariusz posiada kilka istotnych wad, bo też nie zawsze wydarzenia idą w parze z logiką, a sam finał wydaje się być nieco rozczarowujący. Efektowne mordy to także nie tutaj, cieszyć należy się głównie z niewieścich ciał pozbawionych odzienia i nieco rubasznej, niezobowiązującej atmosfery. Włoska jajecznica w stanie nieco już zdegenerowanym, ale mimo wszystko ogląda się bez bólu czy zażenowania.

Ocena: **½