7/14/2018

Operazione paura (1966)

dir. Mario Bava



Położona gdzieś w Karpatach, z dala od uczęszczanych dróg wioska. Między skromnymi chałupami hula porywisty wiatr, mieszkańcy chodzą z widocznym przerażeniem w oczach. Do ich spokojnej mieściny zawitała śmierć... Czyżby opis początkowych scen "Draculi: Wampiry bez zębów" Mela Brooksa? Nie, spokojnie, to tylko jeszcze jeden film Mario Bavy.


"Operazione paura" (na rynku anglojęzycznym znane pod tytułem "Kill, Baby... Kill!") stanowiło powrót reżysera do horroru gotyckiego. Po eksperymentach z formułą giallo i kilku nieznaczących robotach "na zlecenie", Włoch postanowił jeszcze raz zanurzyć się w konwencji, która przyniosła mu uznanie i rozpoznawalność. Nakręcony w dwanaście dni, w położonej 47 kilometrów na północ od Rzymu Calcacie, projekt od samego początku napotykał na swej drodze przeszkody. W trakcie kręcenia zdjęć skończyły się fundusze, co spowodowało, że część aktorów i ekipy nie otrzymała wynagrodzenia za swą pracę. Za darmo pracował również sam Bava, a z braku środków, w postprodukcji użyto fragmentów muzyki różnych kompozytorów z archiwum. Zdaniem niektórych zaangażowanych w przedsięwzięcie, niekompletny do samego końca pozostał także scenariusz...


Jak na tak ciężkie warunki, efekt końcowy zadziwia swoją spójnością. Sceneria w jakiej rozgrywa się akcja, przypomina nieco tę z noweli "Wurdalak" z "Black Sabbath", podobny też jest nastrój: pełen czyhającej w każdym zaułku grozy. W połączeniu z psychodeliczną stroną wizualną daje to obraz, który w odczuciu dużej części krytyki i entuzjastów talentu Bavy, pozostaje jego największym osiągnięciem (wśród nich znajduje się między innymi Martin Scorsese, z kolei owację na stojąco zgotował po premierowym pokazie sam Luchino Visconti). Warto zaznaczyć, że zdecydowanie pionierski jest motyw dziewczynki z piekła rodem, później ochoczo kopiowany przez niezliczoną ilość filmowców. 


Osobiście, pomimo że doceniam aspekt plastyczny, jak i gęsty klimat, mimo wszystko stawiałbym wyżej wcześniejsze gotyckie majstersztyki tego reżysera, "La maschera del demonio" oraz "La frusta e il corpo". Piękne, nasycone barwy, ciekawe kąty ustawienia kamery, wreszcie ten dzieciak ze swoją piłką - wszystko cudne jak ta lala, a jednak czegoś brakuje. Może rzecz w tym, iż cały fabularny koncept nie jest tu bynajmniej odkrywczy, przez co historia z czasem zaczyna nużyć. Bava, który ponoć otwarcie przyznawał że w większym stopniu niż postacie czy sama dramaturgia, interesują go zdjęcia, dostarcza zachwycające dzieło sztuki operatorskiej, treść jest jednak uboga i zgoła nieangażująca.

Ocena: ***½