5/14/2021

Amore, piombo e furore (1978)

dir. Monte Hellman


Monte Hellman powraca po ponad dekadzie do westernu. Już bez psychodelicznego sosu The Shooting, w zgoła mniej fatalistycznej odsłonie, ale zdecydowanie w ramach rewizjonistycznej formuły gatunku. W pewnym małym miasteczku, na stryczek za więziennymi kratami oczekuje Clayton (Fabio Testi), znany na Dzikim Zachodzie rewolwerowiec. W ostatniej chwili od marnej śmierci ratują go grube ryby z zarządu kolei. Zabijaka zatrzyma głowę na karku i odzyska wolność w zamian za sprzątnięcie dawnego pracownika kompanii, Matthew (Warren Oates). Clayton cel odnajduje bez trudu i zatrzymuje się u niego w gościnie, wówczas jednak zaczyna mieć wątpliwości co do sensu swojej misji…

Zdjęcia, za które odpowiedzialny był operator Felliniego Giuseppe Rotunno, odbywały się we włoskich i hiszpańskich plenerach, za soundtrack odpowiedzialny był sam Pino Donaggio, a jednak China 9, Liberty 37 ze spagwestowym duchem wiele wspólnego nie ma. Nie znajdziemy tutaj również dojmującego pesymizmu czołowych dokonań antywesternu. Komediowa włoska odmiana? Też nie. Wyjściowy pomysł z łowcą głów ratującym własny zadek za sprawą kolejnego zlecenia też szybko schodzi tu na dalszy plan. Akcję rozkręca pojawiający się jeszcze w pierwszej połowie wątek romansowy i to on będzie prawdziwym zarzewiem konfliktu, w trakcie którego rzecz jasna padnie spora ilość trupów, tyle że kompletnie na marne. Tutaj dochodzimy do rewizjonistycznych tropów: hellmanowscy kowboje to zwykłe przeciętniaki, młodsi jeszcze garną się do zabijania, starszym już się nie chce. I nawet gdy w grę wchodzi honor to łatwo go przypadkiem pomieszać z zapalczywością – jeśli zdasz sobie z tego sprawę, to masz łeb na karku i może uda ci się zatrzymać niepotrzebny rozlew krwi.

Wbrew powyższemu jednak, twórca Cockfightera bynajmniej nie popada w kaznodziejską retorykę, a tonacja całej opowieści jest lekka, niezobowiązująca. Bo przecież cała awantura to spór dwóch facetów, z których jeden drugiemu przyprawił rogi, podczas gdy... mógł przecież go odstrzelić. Racje rozłożone są ponadto równo pomiędzy obu protagonistów: grany przez Testiego cyngiel do wynajęcia zabija bez większych trudności, ale nie widzi w tym sensu; Oates z kolei wciela się w starego wygę o dobrotliwym spojrzeniu, który wprawdzie ma na koncie trochę dawnych grzechów (jak wspomina, sam niegdyś na zlecenie Kolei wymordował całą rodzinę), dzisiaj jednak wiedzie spokojny żywot domatora. Sympatia widza jest po obu stronach, rozwiązanie patowej sytuacji z kolei letnie, pozbawione fajerwerków. „Zło” uosabiają tu bezwzględni kolejarze, którzy pozostają jednak bezosobowi i pojawiają się wyłącznie na dalekim drugim planie.

Z powyższego mogłoby wynikać, że to strasznie rozlazła robota i… trochę tak jest. China 9 to celowy „snuj”, z premedytacją wymykający się gatunkowym schematom. Zakończenie nie jest ani przesadnie satysfakcjonujące, nie pozostawia widza z żadnym ważkim pytaniem – wiemy jedynie, że gdzieś tam na Dzikim Zachodzie świat się nieustannie zmienia, stare ustępuje nowemu, ale przecież to życie i, jak to życie, płynie sobie dalej. Ba! Autoironiczny epizod zalicza tu nawet Sam Peckinpah, jako pisarz budujący w swych tanich powieścidłach kowbojską legendę. Mit jest więc obecny, tyle że przy bliższym przyjrzeniu okazuje się on po prostu mało efektowny.

Obraz, który niejako zamyka właściwy dorobek reżyserski Hellmana (na przestrzeni kolejnych czterdziestu lat nakręci on już tylko trzy pełnometrażowe filmy) nie dopowiada więc w ramach dogorywającego wówczas gatunku nic istotnego, wydaje się być spóźniony. Jakkolwiek banalnie jednak by to nie zabrzmiało – ciężko go nie polubić. Ma swój wigor zmęczonego życiem weterana, kilka fajnych pomysłów, niezawodną oprawę audiowizualną i mocny zestaw aktorski (panom towarzyszy zwyczajowo chętna do rozbieranek Jenny Agutter, na którą zawsze patrzę z czystą przyjemnością). Widać, w których miejscach przydałoby się „dociążyć” fabułę, gdzie zadbać o mocniejsze uderzenie, ale paradoksalnie to właśnie ta nonszalancja, brak jednoznacznego kierunku i swego rodzaju atonalność stanowią atuty, wywalając do kosza wszystko, czego oczekiwalibyśmy po tej historii.