Midnight Confessions Double Feature: THE BRAIN / SLIME CITY



Lata 80. to prawdziwa kopalnia mało zapomnianych okazów z półki "cheesy & gory". Zapewne dlatego tak często powracam do tej dekady, bo zasoby są pod tym względem wręcz niewyczerpywalne. W kolejnej odsłonie "Midnite Confession", dwa arcy-kicze z 1988 roku.




The Brain (1988)
dir. Ed Hunt

Startujemy z "Mózgiem" w reżyserii Eda Hunta. Małe miasteczko gdzieś na pograniczu Stanów i Kanady. Mieszkańcy co wieczór zasiadają przed ekranami telewizorów, by oglądać show pod tytułem "Independent Thinkers". Gospodarz programu, doktor Blake (David Gale, fanom horroru znany przede wszystkim z roli w "Re-Animatorze"), prowadzi w okolicy prywatną klinikę psychiatryczną. Szkolny łobuz Jim Majelewski (Tom Bresnahan) zostaje skierowany do ośrodka ze względu na swą "antyspołeczną" postawę. Już podczas pierwszej sesji z doktorem, chłopak odkrywa, że oryginalna metoda psychiatry sprowadza się do prania mózgów...


Wspomniałem na wstępie, że będzie kiczowato, prawda? Tak, "The Brain" to czysta frajda dla wielbicieli utrzymanych w złym guście, tanich filmów grozy. Mamy tu w zasadzie wszystko, co "tygrysy lubią najbardziej": idiotyczna fabułę, przegięte "efekty" (animatronika - palce lizać!), krnąbrne nastolatki na pierwszym planie, odrobinę gore i szczyptę golizny. Na pierwszą emanację "Złego", czyli tytułowego mózgu, długo czekać nie trzeba, a im dalej, tym rosnącej w zastraszającym tempie, żywiącej się (dosłownie!) ludźmi poczwary, jest więcej.


Można traktować film Hunta jako grubo ciosaną satyrę na wszelkiej maści telewizyjnych "cudotwórców", łatwo też wyłapać odniesienia do scjentologii. Nie sposób jednak traktować tego "drugiego dna" serio: "The Brain" to "guilty pleasure" z prawdziwego zdarzenia. Irracjonalne zachowania postaci ciężko wytłumaczyć nawet dręczącymi ich halucynacjami, a dialogi w większości przypadków służą niezamierzonemu rozładowaniu napięcia poprzez tkwiący w nich element humorystyczny. Co tu dużo gadać: frajda jak się patrzy! Należy tylko uważać, w jakim towarzystwie rzecz się ogląda, bo łatwo może zostać ona potraktowana jako niczym nieuzasadnione szkalowanie mózgów z kosmosu.


Drugą atrakcją wieczoru był obskurny, niskobudżetowy splatter flick o wymownym tytule "Slime City".



Bohaterem jest Alex (Robert Sabin), który właśnie szuka mieszkania do wynajęcia dla siebie i swojej dziewczyny. W końcu udajer mu się znaleźć wymarzone lokum za okazyjną cenę. Mężczyzna szybko zapoznaje swych nowych sąsiadów, ci zaś z kolei wprowadzają go do swojego zamkniętego kręgu, zaopatrując go w dziwną, szlamowatą substancję, która powoli przemienia lokatora w pozbawionego sumienia psychopatę...


Obraz Grega Lambersona to filmowy "dziwoląg" pierwszej wody i zarazem idealny materiał na pozycję kultową. Brudny klimat przywodzi na myśl niesławny debiut Abla Ferrary "Driller Killer", niechlujna realizacja pozwala przymknąć oko na niedostatki fabularne i kiepską grę aktorską. Zaskakująco dobrze, jak na połowicznie amatorski charakter produkcji, prezentują się efekty specjalne i charakteryzacja. Dużo tutaj, zwłaszcza w drugiej połowie, gore i scen, które z łatwością obrzydzą co mniej zahartowanych widzów. Campowa rozrywka o chropawym, arthouseowo-nihilitycznym posmaku. Najlepiej oglądać na czczo...




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza