Midnight Confessions Double Feature: WIDOW BLUE! / HOT SUMMER IN THE CITY



W pierwszym w Nowym Roku wydaniu Midnite Confessions sięgam po dwa klasyczne roughies z tzw. Złotej Ery Porno. Jeden paskudniejszy od drugiego. No dobra, może żaden z nich nie jest tak obskurny i zwyrodniały, jak "Forced Entry" czy, dajmy na to, "Water Power", niemniej oba z pewnych względów zasługują na posiadanie własnego, skromnego grona wyznawców.

Widow Blue! (1970)
dir. Walt Davis



Pierwsza pozycja podwójnego seansu, to historia miłosnego czworo(pięcio?)kąta. Eva Blue wespół z kochankiem planuje zamordować swojego męża. Przyłapany in flagranti z jej bratem, małżonek zostaje ukatrupiony przy pomocy tasaka. Trio spiskowców próbuje pozbyć się ciała, jednak na ich drodze staje duet swingersów szukających okazji do zabawy...


Jak to w każdym szanującym się pornosie, fabuła jest tu szczątkowa i - co tu przebierać w słowach - koszmarnie durna. Każda z postaci myśli głównie o zaspokajaniu swoich chuci, nawet w sytuacji zagrożenia. Co wyróżnia obraz Walta Davisa na tle innych blue movies z tego okresu, to zaskakująco duża porcja makabry. Oprócz dosłownie ukazanej dekapitacji, mamy tutaj również na poły nekrofilską sekwencję oraz scenę krwawego fellatio. Gdy przypomnieć, że na podobne atrakcje w zdegenerowanym nurcie roughie trzeba było poczekać jeszcze ładnych parę lat (takie "Unwilling Lovers" na ten przykład, pochodzi z 1977 roku), śmiało można mówić w tym przypadku o prekursorskim podejściu do kina XXX.


W przeciwieństwie jednak do wielu późniejszych okazów gatunku, film Davisa ogląda się bez większego zniesmaczenia (choć akurat scena stosunku homoseksualnego może odebrać apetyt niejednemu widzowi), a to przede wszystkim za sprawą humorystycznego ujęcia. "Widow Blue!" (aka "Sex Psycho") to przede wszystkim wciąż głupiutkie hard porno z masą idiotycznych linii dialogowych, kiepskim aktorstwem i dziwacznymi rozwiązaniami fabularnymi. Całość zaś, zamknął twórca za pomocą puszczającej do widza oko klamry. Sam z kolei byłbym gotów polemizować, czy aby wspomniana scena z tasakiem nie zainspirowała po latach Jörga Buttgereita przy kręceniu osławionej sekwencji łóżkowej z "NEKRomantika 2".

Hot Summer in the City (1976)
dir. Gail Palmer



W porównaniu z "Sex Psycho", kolejny punkt wieczoru, "Hot Summer in the City" sprawia wrażenie nieco bardziej dosadnego. Punkt wyjścia jest prosty: gang Murzynów porywa Bogu ducha winną (czyli: niewinną) białą dziewczynę i zabiera do swej kryjówki. Na miejscu, członkowie grupy wielokrotnie wykorzystują swą ofiarę.


Ponoć Quentin Tarantino określił niegdyś "Hot Summer in the City" mianem "najlepszego porno wszech czasów". Jeśli to prawda, to łatwo zrozumieć, co "urzekło" twórcę "Pulp Fiction" w tej pozycji. Film ma bowiem bardzo "tarantinowski" feeling, ze zbieraniną rywalizujących ze sobą i kipiacych testosteronem samców z półświatka na czele. Do tego dochodzi soundtrack, na którym - oczywiście, bez zgody autorów - wykorzystano szereg przebojów, w tym: "Summer in the City" The Lovin' Spoonful (stąd tytuł), "Leader of the Pack" Shangri-Las, "Light My Fire" The Doors czy "Good Vibrations" Beach Boys. Rozumiecie już, co mam na myśli? Każdy z wymienionych utworów łatwo sobie wyobrazić na ścieżce dźwiękowej do któregoś spośród filmów pana Tarantino. 


Oczywiście, obraz Gaila Palmera jest kiepsko zrealizowany, a jego czysto eksploatacyjny charakter ma prawo odstręczać. Z drugiej strony: jak na tak bulwersującą sytuację, jak ta przedstawiona na ekranie, sposób jej ujęcia nie jest przesadnie szokujący. Tak czy siak, sięgną po ów unikat jedynie najbardziej zdesperowani miłośnicy filmowego śmiecia z głębokich odmętów pornobiznesu połowy lat 70., a im raczej krzywdy już i tak nie wyrządzi. Do siego...


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza