Midnight Confessions Double Feature: MICROWAVE MASSACRE / DAS DEUTSCHE KETTENSÄGENMASSAKER



Dwa tytuły ze stosunkowo odległych od siebie zakątków świata. Poza słowem "masakra" w tytule, łączy je jednak również niezależny charakter, akcenty kanibalistyczne oraz satyryczne zacięcie.

Microwave Massacre (1983)
dir. Wayne Berwick



Donald (Jackie Vernon) jest budowlańcem. Odkąd jego żona postanowiła gotować tylko wyszukane dania, facet ani razu nie zjadł porządnego posiłku. Donald cierpliwie znosi fanaberie swej połowicy, ale tylko do czasu. Pewnego wieczoru, gdy wypije za dużo, postanawia rozprawić się z egzotycznymi nawykami żywieniowymi małżonki. I robi to w zgoła ekstremalny sposób: towarzyszka życia ginie tej feralnej nocy, a części jej ciała lądują w lodówce. Na ich bazie, Donald przyrządza następnie "tradycyjne" potrawy...


"Microwave Massacre" to czarna komedia, której mało wybredny humor celuje w konsumpcjonizm i styl życia klas średnich. Główny bohater to modelowy samiec rodem z kiepskiego sitcomu, skrajnie przerysowana postać, grana przez popularnego komika (dla Vernona był to ostatni kinowy występ przed zawałem w 1987 roku). Co sprawia, że dzieło Berwicka nie będzie raczej odpowiednią familijną rozrywką na niedzielne popołudnie to jego tematyka (kanibalizm) oraz spora ilość gore oraz golizny. Robotnik Donald, po opłakaniu śmierci żony, szybko odkrywa, że można połączyć seksualne rozpasanie z nową dietą. Ujmując w skrócie: kolejne partnerki na jedną noc, szybko lądują w garnku.


W tle zaś czai się ogromnych rozmiarów kuchenka mikrofalowa, symbol dostatku i społecznego statusu. A gdzie szybciej odgrzać mięso, niż właśnie w mikrofali? "MM" wykpiwa drobnomieszczańskie nawyki z przedmieść, przy czym całość jest rysowana zdecydowanie grubą kreską. Rzecz nie sprawdza się w zasadzie ani jako horror, ani komedia, ale kiczowaty sznyt i kompletny brak powagi, przysporzyły jej kultowego statusu. Zdecydowanie w złym guście, krwawo, głupio i rubasznie. Zainteresowani?


Das deutsche Kettensägenmassaker (1990)
dir. Christoph Schlingensief



Jeszcze bardziej absurdalnie sprawy się mają w "Das deutsche Kettensägenmassaker" (aka "Blackest Heart"). Tytuł można (a nawet trzeba!) przetłumaczyć po prostu jako "Niemiecka masakra piłą mechaniczną". Czyli homage dla słynnego klasyka Tobe Hoopera jak się patrzy. Schlingensief, twórca zasłużony dla niemieckiego undergroundu, do splatterowej jatki dorzuca jeszcze społeczny komentarz.


Mur berliński padł. NRD i RFN znów są jednym państwem. Mieszkanka "enerdówka" przekracza do niedawna obwarowaną granicę, podążając na spotkanie z ukochanym. Nie dane jej będzie jednak nacieszyć się błogością w ramionach kochanka, gdyż szybko zostaje pojmana przez krwiożerczą i mocno zwichrowaną familię z Republiki Federalnej Niemiec, która urządza sobie uczty kosztem przybyszy z biedniejszej połowy kraju...


Satyra to zdecydowanie przegięta, bo utożsamiająca demokratyczny ustrój z morderczymi zapędami. Członkowie rodziny kanibali nie dość, że nie mają litości dla swych sąsiadów, to jeszcze są zdrowo popieprzeni. "Das deutsche Kettensägenmassaker" cytuje głośnego protoplastę chętnie i często, ale brak mu przy tym ogłady i wysublimowania. Fruwającym flakom towarzyszą nieustanne wrzaski i miejscami męcząca, arthousowe maniera. W obsadzie mamy ekipę doświadczonych aktorów, których widz kojarzyć może choćby ze współpracy z Fassbinderem. Gościnnie pojawił się nawet Udo Kier, który swym pokręconym występem doskonale wpisuje się w chaotyczną, nieokrzesaną konwencję. Miłośnicy groteski i makabry teoretycznie powinni być w siódmym niebie, choć przyznam szczerze, że ucieszył mnie fakt, iż dzieło Schlingensiefa trwa zaledwie godzinę. Dłuższe ciągnięcie tego hałaśliwego rozgardiaszu w kabaretowym stylu, byłoby już tylko męczarnią.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza