2/24/2018

Hellraiser: Judgment (2018)

dir. Gary J. Tunnicliffe



Zapoczątkowana piekielnym klasykiem Clive'a Barkera z 1987 roku seria "Hellraiser", od przeszło dwóch dekad konsekwentnie prezentuje formę spadkową. Kontraktowe zobowiązania dzierżącej prawa do marki firmy Dimension Films owocują kolejnymi, coraz słabszymi sequelami, z których część oparta została na scenariuszach, które nawet nie uwzględniały obecności Cenobitów, gdyż pisane były z myślą o całkiem odrębnych projektach. Brak zdecydowania szefów studia co do tego, czy wystartować z rebootem cyklu czy dalej zarzynać cykl jest już kwestią wręcz legendarną w środowisku horrormaniaków. Po katastrofalnej, dziewiątej części "Revelations", zdecydowano się przedłużyć agonię franczyzy, pomimo, że zdawało się, że ta już dawno sięgnęła dna ostatecznego. Zamiast zapowiadanego od dawna remake'u, otrzymujemy więc jeszcze jedną historię osadzoną w uniwersum bólu i rozkoszy.


Bohaterami "Judgment" są bracia, tworzący duet policjantów. Wspólnie tropią seryjnego mordercę, który sam siebie ochrzcił mianem "Perceptora". Sadysta wybiera na swe ofiary ludzi grzesznych, postępujących niezgodnie ze słowem bożym, a następnie karze ich na najgorsze możliwe sposoby. Na pewnym etapie, do pary funkcjonariuszy dołącza młoda pani detektyw, która jest zaniepokojona stopniem zaangażowania w sprawę starszego z braci...


Czytając powyższy opis, trudno nie skonkludować: kolejna kopia "Siedem". Istotnie, w trakcie seansu przekonujemy się, że głośny obraz Davida Finchera musi należeć do ścisłej czołówki ulubionych pozycji reżysera. Gary J. Tunnicliffe ma na swoim koncie m.in. dwie ekranizacje klasycznych baśni oraz szereg aktorskich epizodów w takich doniosłych dziełach, jak "Megalodon", "Dinoshark" czy "Dracula 3: Dziedzictwo". Brzmi obiecująco, prawda? Cóż, jeżeli ktoś liczył na to, że za sprawą szerzej nieznanego w branży twórcy, słynna seria wreszcie zrzuci balast i odbije się od dna, ten... głupcem być musi. "Judgment" to w warstwie fabularnej bezczelna kalka dreszczowców o psychopatycznych zabójcach, zmontowana w drażniącej manierze spod znaku torture porn ("Piły" się kłaniają), do której na siłę wepchnięto wątek kostki Lemarchanda.


Spyta ktoś: gdzie w tym wszystkim Pinhead? Ano udało się go jakoś dokooptować do historyjki, a wcielający się weń Paul T. Taylor nie jest nawet w połowie tak beznadziejny, jak jego poprzednik, Stephan Smith Collins. Na tym pochwały spokojnie można zakończyć. Poza garścią unurzanych w posoce i śluzie scen, które przed laty bezwstydnie mogłyby zasilić jeden z teledysków grupy Cradle of Filth, nie ma tu nic, co zasługiwałoby na większą uwagę. Będąc sprawiedliwym, trzeba przyznać, że "Judgment" jest odrobinę lepszy od nieszczęsnego "Revelations", ale to wciąż jedynie nakręcony naprędce horror klasy B., który w pierwszej kolejności straszy złym aktorstwem, debilnymi dialogami, nieprzemyślanymi zwrotami akcji, zakrawającymi na profanację cytatami z "barkerowskich" korzeni i żenującą postacią anielicy na dobitkę. Kiedyś owiany perwersyjną aurą cykl, na naszych oczach przerodził się w autoparodystycznego tasiemca. Co najgorsze, kompletny brak inwencji kolejnych twórców, nawet gdyby w końcu doszło do planowanego powrotu do źródeł, nie zwiastuje żadnej "zorzy porannej". W takim przypadku nie pozostaje nic innego, jak kibicować, by włodarzom z Dimension w końcu powinęła się noga i nie wyrobili się z kolejną odsłoną przed upływem wyznaczonego terminu.

Ocena: *½



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza