Midnight Confessions Double Feature: PIECES / FANTOM KILER



Zapewne każdy (nie)szanujący się kinoman, posiada w swej kolekcji przynajmniej kilka tytułów, których nie zdołałby nijak wybronić, nie przyznając jednocześnie, iż jest to jeden z tych fetyszystycznych wybryków, które entuzjaści określają mianem guilty pleasure. Czym jest guilty pleasure, tłumaczyć raczej nie trzeba: ot, filmowa fanaberia, im bardziej wyuzdana i żałosna, tym lepiej. Obraz, który ze wszech miar jest zły, ale nam akurat dostarcza wyjątkowej rozkoszy. Tym też zamierzam zajmować się w cyklu "Midnite Confessions". Będę tutaj prezentował swych popapranych ulubieńców, czasem złych, czasem jeszcze gorszych. Na pierwszy rzut idzie okaz wyjątkowy, legendarne "Pieces" w reżyserii Juana Piquera Simóna.

Pieces (1982)
dir. Juan Piquer Simón


Wyjątkowy, no tak... Zacznijmy może w takim razie od chwytliwego hasła reklamowego, zgodnie z którym "You don't have to go to Texas for a chainsaw massacre". Znacie te przechwałki dystrybutora? Te obietnice bez pokrycia, kiedy to właśnie trzymacie w ręku "najbardziej przerażający horror ostatnich lat" i zastanawiacie się, czy to z wami jest coś nie tak, czy może reszta świata również nic nie słyszała o tym tytule? Cóż, w tym przypadku, chełpliwa zapowiedź wcale nie jest przesadzona, gdyż ten hiszpański slasher to naprawdę najlepsze, co możecie dostać zaraz po "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną" Tobe Hoopera. Oczywiście, pod warunkiem, że też lubicie oglądać dorodne amerykańskie nastolatki, rozrywane na strzępy przez pracującą na pełnych obrotach piłę łańcuchową.


Zaraz, czy ja właśnie napisałem, to co napisałem? Ano tak, w przypadku guilty pleasures, paradoksalnie, należy wyzbyć się wszelkiego wstydu i śmiało przyznać w jakim stopniu jesteśmy upośledzeni i co nas kręci. A jatka u Simóna jest konkretna i pozbawiona jakichkolwiek ambicji, czysto eksploatacyjna. Ktoś morduje studentów na uniwersyteckim kampusie. Lata wkoło i kroi dzieciaki na kawałki aż miło. Chcecie lepszej fabuły? W takim razie jest to adres najgorszy z możliwych...


...i zarazem najlepszy, jeśli oczekujecie prostego, nieskomplikowanego, ale krwistego i otwarcie rozrywkowego slashera. Reżyser zdradza się wprawdzie ze swoimi europejskimi korzeniami, odwołując się często i gęsto do bardziej wyrafinowanej formy zabawy, włoskiego wynalazku zwanego giallo, ale beztroskie podejście do tematu jest już typowo jankeskie w duchu. Mówiąc krótko: odziany na czarno morderca jest, ale od zagmatwanej intrygi ważniejsza jest systematyczna rzeźnia. Jest też kiepskie aktorstwo, masa całkowicie nieprawdopodobnych linii dialogowych, dziury logiczne i szereg niezamierzenie komicznych elementów, które jako widzowie musimy tolerować.


Jeśli ktoś więc spyta, czy "Pieces" to pozycja na poziomie, taka która coś wniesie do naszego szarego, ubogiego życia duchowego, odpowiem: "cholera, jasne, że nie!". Ale za to jest to najlepsza propozycja na wieczór w upalonym towarzystwie, które chciałoby popatrzeć na piersiaste dziewczęta paradujące topless i któremu nie przeszkadza, że za moment te pełne kształty wejdą w kontakt fizyczny z najbardziej śmiercionośnym sprzętem ogrodowym w dziejach. W całej dekadzie lat 80., jedynym znanym mi przykładem slashera o podobnych walorach relaksacyjnych jest seria "Piątek 13." A scena ze złorzeczeniem na mordercę jednej z bohaterek, która o kilka razy za dużo wykrzykuje z emfazą "BASTARD!", to jeden z tych podręcznikowych przykładów pod tytułem "dlaczego lubimy złe filmy". Jeśli więc naprawdę nie po drodze wam do Teksasu, to adres alternatywny jest tylko jeden: w świecie idealnym, "Pieces" już dawno trafiłoby na listę National Film Registry jako dzieło "kulturalnie, historycznie lub estetycznie znaczące”.


OK, trochę się "pounosiłem", ale miało być Double Feature, więc dla równowagi sięgnąłem rozmasowałem zwoje mózgowe seansem "Fantom Kiler" w reżyserii... Romana Nowickiego.



Zaraz, zaraz, spyta ktoś: "kim do cholery, jest Roman Nowicki?". Ano nikim szczególnym. W zasadzie, nie jest to nawet postać prawdziwa (oczywiście, nic nie ujmując temu czy tamtemu panu "Romanowi Nowickiemu"). To pseudonim, pod którym ukrywa się Brytyjczyk Trevor Barley. Pan Barley, postanowił nakręcić jeszcze jeden, skrajnie mizoginistyczny, wstrętny horror, w którym parada kobiet ze sztucznymi biustami pada ofiarą seryjnego mordercy. Żeby nie było znowu, że tak mało oryginalnie, reżyser wpadł na intrygujący pomysł i upozorował całość na... polską produkcję. W tym celu, wystarczyło jedynie dodać sample w postaci dialogów z polsko- i rosyjskojęzycznych filmów i sprawa załatwiona!


Nietrudno się domyślić, że Polakom, którzy przypadkiem lub celowo, trafili na twór Barleya, idea podszywania się pod wyrób narodowej kinematografii, do gustu nie przypadła. "Fantom Kiler" to okrutny, ponury, szowinistyczny gniot, który w jak najgorszym świetle przedstawia kraj nad Wisłą oraz jego mieszkańców. Już sam fakt, że obok polskich kwestii dialogowych (które nijak nie pasują do wydarzeń na ekranie) w dyletancki sposób użyto języka Puszkina, może podnieść ciśnienie. A gdy dodać, że cały film to nic innego jak zwyrodniała samcza fantazja, to robi się naprawdę gorąco.


Ja jednak przyznam, że wisielczy żart Trevora Barleya głównie mnie rozśmieszył. Ten amatorski przejaw infantylizmu, traktowany na poważnie, może tylko oburzać. Po cóż jednak być poważnym, skoro można zapalić coś zielonego, otworzyć piwo, popatrzeć na silikonowe gruczoły pań z pornobiznesu, wymyślne sposoby zadawania śmierci i poczuć się jak obcokrajowiec, dla którego szczytem egzotyki jest pojęcie "polskiego horroru". Zresztą, czy tylko dla niego? To wciąż najlepsze "polskie" gore na jakie stać MSZ.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza