8/03/2018

Miami Connection (1987)

dir. Richard Park, Y.K. Kim



W 1985 roku reżyser Woo-sang Park natknął się w koreańskiej telewizji na talk show z udziałem Young Kun Kima, nauczyciela taekwondo. Kim promował wówczas swoją książkę na temat tej sztuki walki. Zaintrygowany postacią najmłodszego zdobywcy czarnego pasa w Korei Południowej Park, nawiązał z nim kontakt i namówił na wspólną realizację filmu. Kim podszedł do projektu z ogromnym entuzjazmem i by sfinansować przedsięwzięcie, pozaciągał pożyczki, zadłużył się u swoich przyjaciół, a nawet zastawił swoją, cieszącą się dużą popularnością, szkołę na Florydzie. Nakręcone przy budżecie około 1 miliona dolarów "Miami Connection" zostało odrzucone przez wszystkie duże firmy dystrybucyjne, które bez ogródek dały do zrozumienia, że obraz to najzwyklejszy szmelc. Kiedy wreszcie trafił do kin, został zignorowany przez publikę, a nieliczni recenzenci, którzy mieli okazję go zobaczyć, swoje wrażenia podsumowywali w dobitny sposób: "najgorszy film roku". Po trzech tygodniach wyświetlania, tytuł zniknął z ekranów i poszedł w zapomnienie. Ujmując kolokwialnie: piękny sen "poszedł się jebać".


Na przestrzeni kolejnych dwóch dekad, "Miami Connection" zyskało sobie status undergroundowego kultu. Do Kima zaczęli odzywać się reporterzy z gazet i dziennikarze telewizyjni z propozycjami wywiadu. Koreańczyk odrzucał je wszystkie, nie mogąc zrozumieć, dlaczego wzgardzony w momencie premiery "syf", nagle przykuwa coraz większą uwagę. W 2009 roku, film został wyświetlony w Austin, gdzie spotkał się z ciepłym przyjęciem. Rozpowszechnianiem zainteresowała się firma dystrybucyjna Drafthouse Cinema. I na tym etapie rozpoczyna się drugi żywot dzieła, które w fazie wstępnej zatytułowane było po prostu... TaeKwon-Do. Tym razem odbiór był znacznie bardziej pozytywny, posypały się przychylne recenzje, odrestaurowany obraz doczekał się wydania na BluRayu, zyskując opinię jednego z najgorszych filmów o sztukach walki w dziejach gatunku. Pokazy na festiwalach, szeroka (a nie ograniczona do zaledwie jednego stanu) dystrybucja kinowa, euforia miłośników złego kina - brzmi jak bajka, zważywszy, że zaangażowanie w projekt nieomal doprowadziło główną gwiazdę przedsięwzięcia do bankructwa.


Przejdźmy do samej fabuły, która prezentuje się następująco: oto na Florydzie grasuje gang zmotoryzowanych ninja. Jeden z członków bandy dowiaduje się, że jego młodsza siostra zadaje się z basistą zespołu Dragon Sound. Przeciwny temu związkowi braciszek próbuje położyć mu kres, jednak okazuje się że członkowie grupy władają biegle taekwondo i wcale nie jest tak łatwo się z nimi porachować. Tak oto tworzy się zarzewie konfliktu, który będzie eskalował wraz z kolejnymi starciami…


Ninja-motocykliści kontra poczciwi studenci rzępolący na gitarach rzewny pop-rock. Cóż, to brzmi… głupio. Jeden z recenzentów stwierdził wprost, że „Miami Connection” jest tak zły, ze sprawia, iż niesławny „The Room” wygląda przy nim jak „Tam, gdzie rosną poziomki”. Mocne stwierdzenie, choć niewątpliwie przesadzone. Owszem, obraz Richarda Parka to tanie kino klasy B., które ze wszech miar należy zaklasyfikować jako „so bad, it’s good”, jednak z jakichś bliżej nieokreślonych przyczyn, fajniej się na nim bawić, niż nad nim pastwić.


Fabuła to zlepek pokracznych koncepcji: mamy narkotykowe wojny, liczne wstawki muzyczne (dość koszmarne, zwłaszcza powtarzany do znudzenia kawałek o traktujący o przyjaźni jest ciężkostrawny niczym podlany pudel rockiem utwór Kelly Family), wątek miłosny i całkiem spora dawkę krwawej przemocy. Dialogom miejscami istotnie blisko do grafomanii Tommy’ego Wisseau, zwłaszcza, gdy twórcy starają się uderzyć w tony pełne patosu. Pojawia się tu na przykład wątek chłopaka z kapeli, który poszukuje swego zaginionego ojca. Jego przyjaciele, choć wszyscy są sierotami (to taki warunek konieczny bycia przyjętym do paczki, wiecie…), dzielnie mu kibicują w jego staraniach. Słuchając pokracznych kwestii, zamiast sięgać po chusteczki i ocierać łzy, jako widzowie wybuchamy śmiechem.


Co do aktorstwa, to powiedzmy, że sporo tego typu amatorszczyzny widziało się już w złotej erze VHS, więc zaskoczenia nie ma. Jest jedno ale: Y.K. Kim. Poczciwina nie tylko nie potrafi grać, ale również nie potrafi… mówić po angielsku. Większość z jego linii dialogowych jest niezrozumiała, po prostu domyślamy się że właśnie powiedział coś pokrzepiającego, mądrego, wzniosłego, itd., itp.


Co jednak ujmuje, to prostota i czystość tej wizji: współproducent i gwiazda przedsięwzięcia naprawdę pragnął spopularyzować taekwondo jako sztukę walki i rodzaj filozofii życiowej, jednocześnie chwaląc wartości uniwersalne, takie jak: przyjaźń, honor, empatia, miłość. I zrobił to w najbardziej naiwnym z możliwych stylów, przez co „Miami Connection” ogląda się trochę jak łopatologiczne kino o rozrabiakach z lat 50., gdzie występkowi zawsze towarzyszyła kara, a na finał dostawaliśmy pouczający morał. 


Jakby jednak nie patrzeć, seans to masa frajdy. W końcu dostajemy mnóstwo kopaniny, z reguły nie najgorzej zainscenizowanej, kiczowatą, "ejtisową" otoczkę i fabułę, która jest tyleż przewidywalna, co popieprzona.   Nawet sam pomysł, aby zestawić ze sobą okrutnego i chciwego Japończyka oraz prawego, wierzącego w dobro i sprawiedliwość Koreańczyka teoretycznie nie dziwi (bo raczej dla nikogo tajemnicą nie jest, że obywatele Korei Południowej swych sąsiadów z wysp sympatią wielką nie darzą), ale ten delikatny prztyczek, do tego wymierzony na amerykańskiej ziemi, jest na tyle kuriozalny, że musi budzić mimowolny rechot. Bawiłem się świetnie, jako dzieciak pewnie bym się wręcz zakochał.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza