8/16/2018

Avere vent'anni (1978)

dir. Fernando Di Leo



Lia (Gloria Guida) i Tina (Lilli Carati) poznają się na plaży podczas wakacji. Dziewczyny szybko znajdują wspólny język i decydują się na podróż autostopem do Rzymu. Są młode, wyzwolone, głodne rozrywek i jak stwierdza jedna z nich: "gorące oraz wkurzone". Dotarłszy do włoskiej stolicy, dziewczęta dołączają do hipisowskiej komuny. Choć życie w niej dalekie jest od ich pierwotnych wyobrażeń, bynajmniej nie zamierzają zaprzestawać czerpania pełnymi garściami z życia. Ich bezpruderyjne podejście w końcu doprowadzi jednak do tragedii...


Być młodym to mieć możliwość popełniania głupstw, bawić się beztrosko i nie ponosić ceny za swe poczynania. Zwłaszcza jak ma się te dwadzieścia lat, wszystko wygląda różowo: wolno nam znacznie więcej niż - powiedzmy - trzy lata wcześniej, bo już jesteśmy pełnoletni, bo wiemy swoje, bo "mogą nam naskoczyć i tak dalej, a jednocześnie okres ponurych obowiązków i rutyny wciąż jeszcze hen przed nami. Na takim założeniu opiera się z grubsza rzecz biorąc obraz Fernando Di Leo. Obserwujemy życie dwóch urodziwych i świadomych swoich atutów panienek, które lubią seks i dobrą zabawę. Na pierwszy rzut oka, "Avere vent'anni"  to kolejna, niezbyt subtelna komedia erotyczna. Ot, jedna z wielu, w których wystąpiła w latach 70. Gloria Guida, wówczas niekwestionowana królowa gatunku. Sporo tutaj golizny, czerstwych linii dialogowych i humoru nie pierwszej już świeżości. Na ścieżce dźwiękowej pobrzmiewa radosne Italo disco, w rytm którego nasze bohaterki kradną jedzenie w sklepach, dorywczo sprzedają periodyki napalonym profesorom i ustawicznie szukają okazji by wylądować z kimś w łóżku. Gdzieś tam w tle mamy delikatnie zarysowany komentarz społeczny: trochę na temat opresyjnego systemu, trochę o różnicach pokoleniowych i o dogorywającej kontrkulturze, zawsze jednak w lekkim, zgoła pogodnym tonie.


A potem przychodzi finał, który wywraca wszystko do góry nogami. Szokujące zakończenie to już eksploatacja pełną parą: mizoginistyczna, brudna, podła. Jest w tym szaleństwie jednak metoda, gdyż Di Leo zdaje się mówić co nieco na temat emancypacji i, wciąż hulającej w najlepsze, pogardy wobec kobiet. Zwłaszcza takich, które chciałyby na równi z mężczyznami korzystać z dobrodziejstw swej cielesności. Lia i Tina, choć - jak same podkreślają - napalone, nie są żadnymi dziwkami, one jedynie domagają się swojego prawa do przyjemności, na swoich warunkach i bez hipokryzji. Sceny końcowe dowodzą jednak, że - mimo tzw. rewolucji seksualnej - niewiele się zmieniło w postrzeganiu płci pięknej przez mężczyzn. Kobieta to wciąż kawał mięsa, bez wolnej woli i prawa głosu. 


"Avere vent'anni" aka "To Be Twenty" za sprawą tej konkretnej, bulwersującej sekwencji (celowo nie piszę, co zostało w nich zawarte) pozostaje prawdopodobnie najbardziej znanym dokonaniem Fernando Di Leo, który we włoskim kinie gatunkowym siedział przecież dobre dwie dekady. Fani włoszczyzny będą zapewne kojarzyć jego giallo z Klausem Kinskim "Slaughter Hotel" (1971) czy poliziottesco "Milano calibro 9" (1972), co nie zmienia faktu, że żaden z tych obrazów nie budzi takich głębokich emocji, jak tytuł tutaj omawiany. Może rzecz w tym, że przez grubo ponad godzinę zżywamy się z dwiema niekoniecznie błyskotliwymi, ale budzącymi sympatię pięknościami, po to, by potem, bez żadnego uprzedzenia, dostać obuchem w głowę. Mocne, dobitne rozwiązanie, które kompletnie zmienia stan rzeczy i stawia całą historie w zupełnie nowym świetle. 


P.S. Obraz na rynek amerykański trafił w wersji pociętej, przeradzając się po prostu w głupiutką komedię. Przestrzegam tedy: jeśli traficie na zdubbingowaną, anglojęzyczną wersję, trzymajcie się od niej z daleka. 

(poniżej właśnie radosny zwiastun wersji anglojęzycznej, ocenzurowanej wersji)





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza