10/07/2019

Joker (2019)

dir. Todd Phillips


Joker powraca na ekrany w glorii i chwale. Jeśli jednak ktoś spodziewał się po filmie Todda Phillipsa standardowego „origin story”, to z pewnością się przeliczy. Nemezis Batmana poznajemy tutaj jako Arthura Flecka, nieudacznika który na co dzień mieszka z matką i pracuje na ulicy jako klaun. Arthur cierpi przy tym na szereg zaburzeń psychicznych, z których jedno objawia się niekontrolowanymi wybuchami śmiechu. Jego życie to pasmo klęsk i upokorzeń, kolejne kłody rzucane przez los pod nogi zdają się nie wzbudzać już w nim emocji. A jednak, splot ponurych wydarzeń sprawi, że ze zwykłej ofiary losu przeistoczy się w nieobliczalnego przestępcę... 


Powyższy opis tak naprawdę nie zdradza wiele, zważywszy że od początku oczekujemy gwałtownych narodzin psychopatycznego wesołka. Phillips jednak skupia się na jednostkowym dramacie: przyszłego Jokera poznajemy jako zwykłego człowieka i pozostaje nim w zasadzie do końca. Żadnej kadzi z kwasem, żadnego mitologizowania w stylu anarchizującego Ledgera. W wydaniu Joaquina Phoenixa najsłynniejszy komiksowy zbir jest chorym, stłamszonym człowiekiem, który pewnego dnia odkrywa swoje powołanie: sianie zamętu. Jest to mozolny proces, który pozwala na kreowanie gęstej atmosfery i napięcia. A także na sportretowanie świata pogrążającego się w szaleństwie. Narodziny Jokera wydają się być bowiem naturalną konsekwencją zepsucia i znieczulicy klasy rządzącej, która w głębokim poważaniu ma potrzeby warstw niższych. Arthur, chcąc nie chcąc, stanie się głosem ludu, pozostając przy tym społecznym wyrzutkiem. 


Twórcy stawiają na realizm i nawet jeśli odwołują się do pewnego uniwersum, tak naprawdę najchętniej by z nim zerwali. Znajdujemy się w Gotham, ale już na pierwszy rzut oka widać że tak naprawdę to zaśmiecone, obskurne ulice Bronxu gdzieś z przełomu lat 70. i 80. Zero superhero movie, prędzej – co skrzętnie odnotowują krytycy – hołd dla wczesnych filmów Martina Scorsese. Owszem, „Joker” AD 2019 pełnymi garściami czerpie z takich klasyków jak „Taksówkarz” czy „Król komedii”, specjalnie się z tym nie kryjąc. Wręcz przeciwnie: udział Roberta De Niro w roli niepokojąco podobnej, jaką przed laty odgrywał Jerry Lewis to sygnał czytelny. Phillips jednak wzorce wykorzystuje nader zręcznie, ogrywa brud nowojorskich ulic, napawa się beznadzieją slumsów czy wreszcie – zagląda w głąb psychiki outsidera na skraju obłędu. Nie poczytuję jednak tej wtórności tematycznej i stylistycznej za mankament, bo reżyserowi „Kac Vegas” udało się na bazie wyrwanych strzępków wykreować kompletny świat, który na równi fascynuje, jak i przeraża. Apokaliptyczny wręcz, skąpany w szarościach, skazany na zagładę. 


Co do samego Phoenixa to jest on – ujmując krótko – fenomenalny. Nie porywa i nie magnetyzuje jak niegdyś Ledger, jest mniej intensywny, ale też bardziej prawdziwy. Nie celuje w ikoniczną personę o mglistych motywacjach, ale tworzy złożonego bohatera, któremu współczujemy i z którym możemy się identyfikować. Nawet gdy rozpętuje piekło wydaje się być bliższy nam, widzom niż jego ofiary. Phoenix nie idzie w manierę, nie przerysowuje jak miało to w przypadku Jareda Leto, on jest Arthurem Fleckiem. Popaprańcem na którym wszyscy postawili kreskę. Jego nerwowy śmiech nie bawi, nie pojawia się jako rodzaj wisielczej puenty, prędzej sprawia że czujemy się nieswojo, jak w obecności osoby chorej na jakąś wstydliwą dysfunkcję. Kawał najwyższej próby aktorstwa w którym nie ma nic a nic z szarży i efekciarstwa. 


Wiele razy już mówiło się o tym, że filmowe adaptacje komiksów stają się coraz dojrzalsze i bardziej angażujące. Jeśli patrzeć na to od tej strony, „Joker” stanowi milowy krok dla konwencji, bo tak poważnie potraktowanej historii komiksowej na ekranach jeszcze nie było. Nie chciałbym jednak, aby obraz Phillipsa stał się sygnałem dla innych twórców i jednocześnie zapoczątkował wysyp kolejnych, coraz mniej udanych stylizacji. Wolę patrzeć na ów obraz jako na cudownego odszczepieńca, jedynego w swoim rodzaju, który wyłamuje się ogólnym trendom i tak naprawdę więcej ma wspólnego z brutalnym dramatem psychologicznym, aniżeli z komiksem. Podłączony pod jakiekolwiek uniwersum straciłby jedynie swoją moc, a byłaby to wielka strata.


9/28/2019

Rambo: Last Blood (2019)

dir. Adrian Grunberg


Johna spotykamy tam, gdzie rozstaliśmy się z nim 11 lat wcześniej - na rodzinnym ranczu w Arizonie. W tym czasie zdążył wychować swoją siostrzenicę, ustatkował się, okazjonalnie pomaga lokalnej policji jako wolontariusz. Dawne demony jednak nie śpią, wojenne traumy wciąż powracają. Jest w tym wprawdzie pewna stabilizacja, ta jednak runie, kiedy dziewczyna którą przez lata traktował jak córkę, wyruszy do Meksyku na poszukiwania prawdziwego ojca. Rambo będzie musiał jeszcze raz zakasać rękawy i stoczyć krwawy bój z mafiosami zza południowej granicy...


Pamiętam, że po "Johnie Rambo", czyli czwartej części cyklu, pojawiały się różne koncepcje kolejnej odsłony, jedna z nich zakładała nawet, że słynny heros będzie bohaterem fabuły na modłę "Predatora". Wątpliwości czy uda się utrzymać względnie wysoki poziom franczyzy były więc zasadne. "Ostatnia krew" ostatecznie poszła w teoretycznie bezpiecznym kierunku, a jednak kontrowersji nie zabrakło. Większość krytyków jest zgodna: to reakcyjny film, będący ilustracją haseł z kampanii prezydenckiej Trumpa. Niektórzy fani nie mogą z kolei wybaczyć Johnowi, że się ostrzygł na krótko i przybyło mu zmarszczek. Moje zdanie na ten temat? Pieprzyć ich! Prawda jest taka, że Rambo był zawsze "bestią polityczną", postacią wykreowaną za czasów rządów Reagana, a tym samym - podobnie jak większość bohaterów kina akcji tamtego okresu - figurą realizującą republikańskie wytyczne. Jeśli ktoś ma za złe, że 73-letni Stallone nie uczynił z Rambo geja, Murzyna lub vege-hipstera, to jest zwykłym idiotą (mam na myśli termin psychiatryczny, nie potoczne określenie).


Rzecz jasna, w dobie politycznej poprawności, myśl że w Meksyku istnieje handel ludźmi, panuje bieda i ogólnie syf tam jak jasna cholera, jest nie do pomyślenia. Na tym też opiera się krytyka piątej części cyklu o Rambo. I na tego typu narrację się nie zgadzam. Oczywiście, do wielu rzeczy w przypadku filmu Grunberga można się przyczepić. Sekwencja otwierająca (której notabene, amerykańscy widzowie w kinach nie zobaczą) wali po oczach tanim CGI. Montaż i zdjęcia to w dużej mierze poziom filmu straight-to-video (dzisiaj byśmy powiedzieli zapewne straight-to-VOD). Dialogi są nieznośnie deklaratywne, większość postaci wycięta została z kartonu. Ale czy przypadkiem nie było też tak wcześniej? Tu działa przede wszystkim charyzma Stallone'a. Rambo to Stallone, Stallone to Rambo. To dalszy ciąg opowieści o bohaterze, który wymierza sprawiedliwość i obnaża społeczne nierówności od blisko czterech dekad. Tym razem jednak chodzi o sprawy osobiste.


Szczerze mówiąc, nie chcę myśleć o "Ostatniej krwi" jako filmie politycznym, choć z pewnością dla wielu tak jest. Dla mnie (i nie tylko dla mnie) to pożegnanie z jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon kina lat 80. Owszem, nie jest ono w stu procentach udane, a od Grunberga (który może się "poszczycić" dwudziestoletnim doświadczeniem na stanowisku asystenta różnych reżyserów) wolałbym na stanowisku reżysera samego Sly'a. Jeśli jednak jesteś prawdziwym fanem Rambo, to wybaczysz mu wszystko, nawet to że tym razem dał się porządnie sponiewierać. To mocne (tak, jest krwawo i brutalnie, choć nie wychodzi to poza granice mainstreamowego gore, jeśli wiecie co mam na myśli), dosadne kino zemsty z bohaterem przynależącym do innej ery. Ery - tak się składa - do której przynależy również spora część "reakcyjnej", zacofanej publiki. Czego dowodzą wyniki w box office - Rambo bowiem w kinach, na przekór złorzeczeniu recenzentów, radzi sobie wcale nieźle.


9/26/2019

Il grande racket (1976)

dir. Enzo G. Castellari


Zgraja szumowin terroryzuje rzymskich sklepikarzy i restauratorów. Wyłudzają od nich haracze, a niepokornych zmuszają do oddawania „dziesięciny” brutalnymi metodami. Inspektor Nico Palmieri (Fabio Testi) wpada na trop szajki i postanawia ich rozpracować. Jego celem nie są jednak same rzezimieszki z ulicy, a ich wszechpotężny boss... 



Poliziottesco esencjonalne, jeden z najbardziej znanych i zarazem najlepszych okazów nurtu. Naładowany po brzegi akcją i przemocą film-petarda. Już scena otwierająca, z kapitalnym połączeniem muzyki i ujęć w slow-motion robi potężne wrażenie. Potem jest jeszcze lepiej, bo z miejsca zostajemy wrzuceni w centrum wydarzeń. Castellari nie traci czasu na rozlazłe wprowadzenia, bierze z gatunku to, co najlepsze i wsadza do jednego wora. Nie ma tutaj też miejsca na subtelności: bandyci to skończone łajdaki, które gwałcą i plądrują, depczący im po piętach glina jest z kolei ostatnim sprawiedliwym, który jednak niekoniecznie zawsze działa z literą prawa. Schemat ograny, ale dzięki błyskotliwej reżyserii i świetnemu tempu jeszcze raz nabiera rumieńców. 



Można oczywiście zżymać się na pewne uproszczenia czy brak logiki, ale w natłoku atrakcji łatwo przymknąć na to oczy. Castellari kręci bowiem kino akcji, w którym efekt liczy się bardziej, niż ewentualne prawdopodobieństwo. I kreuje świat wywrócony do góry nogami. Rzym to miasto bezprawia, niczym z rasowego westernu, a przestępcy w żywe oczy drwią sobie z wymiaru sprawiedliwości. Bo gdyby prawo działało jak należy, to akcja zapewne zamknęłaby się w pierwszych 20 minutach. Brawurowa jest tutaj kaskaderka (zapierająca dech w piersiach scena, w której Palmieri stacza się ze zbocza w samochodzie), a sekwencje strzelanin to mały majstersztyk montażu, który pozwala sądzić że twórca zapatrzony był w dokonania „Żelaznego Sama”. Co do wspomnianej przemocy, to jest jej tutaj dużo, ale skrętów w rejony gore (jak choćby u Fulciego w „Kontrabandzie”) tutaj nie znajdziemy. Wszystko idealnie wyważone, bez zbędnej minuty, z werwą i lekkością. 



Od strony aktorskiej prym wiedzie rzecz jasna Testi jako jedyny porządny glina w mieście. Ożywia papierową postać Palmieriego, nadaje mu cech ludzkich, dzięki czemu bez reszty kibicujemy jego bohaterowi. No i facet po prostu dobrze wygląda. Drugi plan też jest niczego sobie, ze szczególnym uwzględnieniem ról Vincenta Gardenii („Death Wish”, „Little Shop of Horrors”), Orso Marii Guerriniego („Keoma”), Antonio Marsiny czy Romano Puppo. 




Blisko dwie godziny soczystego, włoskiego kina policyjnego – oto czym jest „The Big Racket”. Dowód na to, że czasem kopiowanie (w tym przypadku mowa oczywiście o amerykańskich wzorcach) może przynieść nad wyraz dobre efekty. Idealny film na start przygody z poliziottesco i zarazem ponadczasowy klasyk.


9/18/2019

Brigade des mœurs (1985)

dir. Max Pécas


W Paryżu dochodzi do brutalnego zabójstwa trzech prostytutek. Gérard (Thierry de Carbonnières), policjant z obyczajówki rozpoczyna śledztwo. Niedługo później giną kolejno policjantka (mała rola Brigitte Lahaie) oraz żona prokuratora. Żądny zemsty Gérard odkrywa, że wszystkie morderstwa są ze sobą powiązane i dokonane zostały przez gang powiązany z mafiozem znanym na ulicach jako „Grek”... 


B-klasowa robota spod ręki Maxa Pécasa, twórcy który w latach 60. i 70. wyrobił sobie markę jako specjalista od kina erotycznego za psie pieniądze. „Brigade des mœurs” (aka „Brigade of Death”) to kino zapatrzone w hollywoodzkie wzorce, ale unurzane przy tym w estetyce obskurnego sleazu. Już otwarcie jest mocne: grupa motocyklistów urządza sobie zawody w strzelanie do transseksualnych dziwek. Zaraz potem widzimy ich zmasakrowane zwłoki leżące na stołach w kostnicy. Po takim wstępie jasnym staje się, że Pécas nie zamierza pozostawiać wiele wyobraźni widza. Filmowane ze zbliżeniami postrzały z broni palnej i brutalne tortury to tutaj norma. Akcja jest więc wartka, choć utkana została z ogranych schematów kina policyjnego. Główny bohater to poczciwy glina, który – widząc bezradność wymiaru sprawiedliwości – postanawia wykończyć bandziorów na własną rękę. Brudny Harry znad Sekwany się znaczy, choć pozbawiony naturalnej charyzmy Clinta Eastwooda. Czy też ujmując dosadniej – nieco bezpłciowy. 


Ogółem rzecz biorąc, aktorstwo - co się tyczy zarówno naszego mściwego, acz mało wyrazistego gliniarza, jak i większości pozostałych odtwórców - nie jest mocną stroną „Brigade”, ale rzecz nadrabia wigorem i kompletnym brakiem poszanowania dla tego, co dzisiaj nazwalibyśmy polityczną poprawnością. Jedną z kluczowych postaci jest tutaj gej-sadysta, który z uśmiechem na ustach znęca się nad kobietami, ubrany przy tym w fetyszystyczne wdzianko rodem z wiadomego baru. Alfonsi, dilerzy, prostytutki, narkomani i szumowiny pospolite... Pécas nie bawi się w subtelności i wali po oczach brudem i zepsuciem – w jego wizji stolica Francji to raj dla wszelkiej maści zwyrodnialców. Gdyby rzecz była zrealizowana bardziej serio, pewnie można by ją postawić obok wczesnych dzieł Gaspara Noé jako dowód na degrengoladę panującą we francuskim społeczeństwie. „Brigade” jednak, oprócz tego że epatuje mocnymi scenami przemocy, zachowuje dosyć frywolny ton, nie trzymając się kurczowo zasad logiki. To kino bardzo ejtisowe zarówno pod względem narracyjnym, jak i stylistyki. Miejscami można odnieść wrażenie, że to jakaś euro-trashowa wersja „Miami Vice”. 


Skłamałbym, gdybym napisał, że „Brigade des mœurs” to film dobry czy pod jakimkolwiek względem wartościowy. Nie, to eksploatacja pełną gębą, wykorzystująca seks i przemoc w formie wabika. Jest też dość niechlujnie zrealizowana: montaż miejscami pozostawia nieco do życzenia, a sama fabuła poprowadzona została w chaotyczny sposób. Choć historia nie należy do specjalnie skomplikowanych, to z początku można się w niej pogubić, bo scenariusz jest pełen dziur i dziwnych przeskoków czasowych (przykład: policjantka która przed momentem uczestniczyła w akcji, nagle znajduje się na ulicy i zostaje zamordowana, podczas gdy wszyscy jej koledzy pojechali z aresztantami na komisariat). 


Na szczęście, zaprawiony w świecie sleazu widz z czasem złapie połamany rytm narracji, by cieszyć się tym, co film istotnie ma do zaoferowania. Bo że dobrze się bawiłem w trakcie seansu ukrywał nie będę. Prawdopodobnie powinienem czuć się z tym źle albo w ramach pokuty zarzucić jakiegoś Kieślowskiego albo innego Zanussiego. Daruję sobie jednak hipokryzję – Pécas solidnie pojechał po bandzie i chwała mu za to. Daleki jestem od twierdzenia, ze to jeden z zapomnianych klasyków eksploatacyjnego szamba, niemniej miłośnicy B-klasowej rozrywki powinny dać mu szansę. A nuż spodobają im się paryskie klimaty i zamarzą o przeprowadzce...


9/13/2019

Hai sbagliato... dovevi uccidermi subito! (1972)

dir. Mario Bianchi


W małym miasteczku gdzieś na Dzikim Zachodzie dochodzi do zuchwałego napadu na bank. Dwójka rabusiów ginie wprawdzie na pustyni od ukąszeń jadowitych węży, ale trzeci ucieka wraz z pieniędzmi. Do mieściny przyjeżdża agent ubezpieczeniowy z Lloyd’s of London, by zbadać sprawę rabunku i odnaleźć sprawcę... 


Spag-western w niekonwencjonalnym wydaniu. Mario Bianchi, podobnie jak w przypadku swego o rok wcześniejszego debiutu „Masked Thief”, pożenił klasyczną końską operę z elementami... giallo. Oprócz obowiązkowych bijatyk i pojedynków mamy więc kryminalną intrygę z zagadką spod znaku „kto zabija?”. „Kill the Poker Player” wyróżnia się również ciekawym sposobem wykańczania ofiar: zabójca korzysta z "usług" węży, które zabijają niewygodne mu osoby. Gadów jest więc w filmie sporo: czasem użyte są prawdziwe, kiedy indziej – ich niemrawe, pluszowe podróbki. Jest więc pewien aspekt, który przypadnie do gustu miłośnikom kuriozalnych rozwiązań technicznych i pokracznych „efektów specjalnych”. 



W całym filmie mocno zresztą odczuwalny jest niski budżet i wynikające zeń ograniczenia, a Bianchi to nie żaden Sergio – brak mu zarówno ręki do aktorów, jak i ucha do dialogów. Komicznie wypadają obowiązkowe „pojedynki na wzrok”, a konkretnie przeciągane w nieskończoność zbliżenia, w trakcie których oczy aktorów latają we wszelkie możliwe strony w celu przekazania miotających postaciami emocji. Mało? Główny bohater przedstawia się jako Jonathan Pinkerton (sic!) i oprócz tego, że jest najszybszym rewolwerowcem, jakiego hiszpańskie plenery widziały, to jeszcze niezły z niego karateka.


Mniejszych oraz większych absurdów mamy więc tutaj sporo, ale przydają one seansowi smaku i uroku. Rzecz ma ponadto fajne, klimatyczne otwarcie, które poniekąd nadaje ton całości. Co bardziej obeznanych maniaków tematu z pewnością ucieszy obecność spag-westowych wyjadaczy: Roberta Woodsa, Franka Brañy i Ivano Staccioliego. Na drugim planie przewija się ponadto Nieves Navarro, fanom klimatów giallo znana pod pseudonimem Susan Scott. Na dokładkę dorzućmy ścieżkę dźwiękową Carlo Saviny (m.in. „Lisa and the Devil”) – całkiem przyjemną, pod warunkiem, że nie przeszkadza Wam odrobina funkowania-jazzowania w westernach. Całościowo: niegroźna ciekawostka dla amatorów włoszczyzny z odrobiną "ekstrawagancji".

9/06/2019

Apache (1954)

dir. Robert Aldrich


Trzeci film w reżyserskiej karierze Roberta Aldricha i zarazem pierwszy w kolorze. Był to także pierwszy western w dorobku twórcy, który na przestrzeni kolejnych dekad spróbuje swych sił w większości gatunków. Przedsięwzięcie zostało zainicjowane przez Burta Lancastera, który był również współproducentem filmu. Za podstawę posłużyła powieść „Broncho Apache” Paula Wellmana, oparta na prawdziwej historii Indianina, który umknął z transportu do rezerwatu na Florydzie i toczył prywatną wojnę z kolonizatorami. 


Zgodnie z ówczesną tradycją, w głównego bohatera wcielił się gwiazdor, który nie miał w sobie grama indiańskiej krwi (mowa oczywiście o Lancasterze). Również pod wieloma innymi względami jest to wytwór swoich czasów, z przepięknymi barwami Technicoloru, ale i rażącymi uproszczeniami i skłonnością do melodramatyzmu. Zwraca jednak uwagę próba „uczłowieczenia” rasy dotąd z reguły przedstawianej w kinie jako dzikusy i bezlitośni mordercy. Owszem, Massai jest żądnym krwi zabójcą, jednak jego postawa umotywowana jest zachłannością białego człowieka, który z kolei sprowadzony zostaje tutaj do tła i pokazany jako prymitywny przybysz, którego żywiołem jest zniszczenie. Nie mogło zabraknąć wątku miłosnego, który dodatkowo nadaje postaci wojownika ludzkie rysy (w postać ukochanej wcieliła się Jean Peters, znana głównie z ról w „Niagarze” i „Pickup on South Street”, w późniejszym okresie żona Howarda Hughesa), ale on akurat przebiega bardzo liniowo, by nie rzec - sztampowo. 


Opowieść płynie żwawo, jest miejsce na wzruszenia i gniew, ale na ostatecznej ocenie kładzie się dokręcony na siłę „happy end”. Zgodnie z książką, bohater w ostatnim akcie zostaje zastrzelony przez polujących na niego białych, jednak ludzie z wytwórni wymogli na Aldrichu nakręcenie alternatywnego zakończenia, w którym Massai porzuca drogę walki i – w domyśle – podporządkowuje się woli najeźdźców w momencie, gdy rodzi mu się dziecko. Jak nietrudno się domyślić, w montażu wykorzystano wersję „pogodną”, która jest skrajnie nieprzekonująca. 


Po latach „Apache” ogląda się więc z delikatną rezerwą, jaka często towarzyszy seansom dawnych hollywoodzkich hitów (film odniósł spory sukces w box office, a Aldrich poszedł za ciosem i jeszcze w tym samym roku ukończył „Vera Cruz”, również z Lancasterem w roli głównej). Oddani miłośnicy klasycznych westernów powodów do narzekania mieć jednak nie powinni: to porządnie opowiedziana historia, która wciąż wciąga i dostarcza emocji, nawet jeśli błękitne oczy Massaia stanowią zgrzyt zwracający uwagę praktycznie w każdej scenie.


9/03/2019

They're Playing with Fire (1984)

dir. Howard Avedis


Jay (Eric Brown) jest typowym amerykańskim nastolatkiem: uczy się pilnie, ma powodzenie wśród dziewczyn. Pewnego dnia, chłopak zostaje zaproszony przez ponętną profesor od filologii angielskiej Diane Stevens (Sybil Danning) na jej luksusowy jacht pod pretekstem dorywczej pracy. Na miejscu jednak, kobieta uwodzi swego studenta, a następnie – wykorzystuje swoją przewagę, aby nakłonić go do wykonania pewnego ryzykownego zadania...



„They’re Playing with Fire” to luźny remake grindhouse’owego klasyka „The Teacher” z 1974 roku. W obu przypadkach za kamerą stanął Howard Avedis, który tutaj - równo dekadę później - powrócił do tematu, tworząc „podrasowaną” wersję swej drugiej w karierze fabuły. Zamiast Angel Tompkins mamy hojnie obdarzoną przez naturę Sybil Danning, a w jej „ofiarę” wciela się Eric Brown, którego zaledwie trzy lata wcześniej w podobnych okolicznościach uwodziła Sylvia Kristel w „Private Lessons”. 



Pod względem fabularnym, obraz stanowi ekscentryczną hybrydę gatunkową, łączącą infantylną komedię erotyczną z kinem noir i... slasherem. Klasyczny motyw coming-of-age spod znaku „Absolwenta” Mike’a Nicholsa, gładko przechodzi w punkt wyjścia rodem z „Podwójnego ubezpieczenia” Billy’ego Wildera, by z czasem skręcić w kierunku giallo/slashera. Połączenie to nie wypada bynajmniej wiarygodnie: mamy tu mnóstwo zgrzytów i dysonansów, a niektóre zwroty akcji są po prostu – nie owijając w bawełnę - debilne. Dość powiedzieć, że gdzieś w połowie nierozważna nastolatka zostaje pobita na śmierć kijem baseballowym przez faceta w przebraniu... Świętego Mikołaja. Jest to zarazem pierwszy raz, kiedy w filmie zasugerowane zostaje, że akcja rozgrywa się gdzieś w okresie świątecznym. Wątek ów – pomijając choinkę pojawiającą się gdzieś w tle – nie zostaje później rozwinięty, z czego należy wnioskować, że taka po prostu była chwilowa fanaberia twórcy. 



Sama kwestia tożsamości tajemniczego mordercy to zresztą typowy twist „od czapy”, ale gdy już wsiąkniemy w ten dziwaczny rozgardiasz i przyjmiemy, że logika jest przereklamowana, to można liczyć na całkiem udany seans. Danning rozbiera się już w ósmej minucie filmu, a i później nie skąpi widoku swoich wdzięków. Sceny zabójstw nie są zbyt liczne, ale za to całkiem krwawe i dosadne. Aktorzy grają „po łebkach”, zupełnie jakby nie za bardzo wiedzieli, jak wypowiadać idiotyczne kwestie, które powkładano w usta ich postaci. Tworzy to relaksujący, komiczny efekt, który docenią amatorzy kina „umiarkowanie złego”. Plus iście "bondowska" piosenka tytułowa, która pasuje do całości jak pięść do nerki. A ujmując krócej: „Ryzykowny interes”, „Cicha noc, śmierci noc”, „Żar ciała” i „Porky’s” – a gdyby tak dostać wszystkie te tytuły w pakiecie za jednego dolca? Ja w to wchodzę...


8/21/2019

Commando Mengele (1987)


dir. Andrea Bianchi


Grupa izraelskich komandosów dokonuje zamachu na ukrywającego się w połudiowoamerykańskiej dżungli doktora Mengele (Howard Vernon). Atak kończy się niepowodzeniem: zamiast słynnego zbrodniarza ginie nazistowski naukowiec dr. Hess (zbieżność nazwisk przypadkowa). W tym samym czasie Marc (Antonio Mayans), potomek ofiar hitlerowskiego reżimu, odkrywa że Mengele chowa się w pilnie strzeżonej posiadłości na wzgórzu w Urugwaju. Chłopak nawiązuje znajomość z tancerką z klubu nocnego, która opowiada mu o przerażających eksperymentach dokonywanych przez osławionego „Anioła Śmierci”. Marc decyduje się stworzyć własny oddział złożony ze specjalistów i dopaść Mengele oraz jego popleczników...


„Commando Mengele” aka „Angel of Death” to efekt współpracy Andrei Bianchiego (reżyseria) i Jesúsa Franco (scenariusz). Ktokolwiek, kto kojarzy nazwiska tych panów, wie że należy spodziewać się porcji solidnego eurotrashu. I tak też jest w istocie: „CM” to nieudolne popłuczyny po „Chłopcach z Brazylii” Franklina J. Schaffnera, utytłane w sosie rodem z hollywoodzkiego kina klasy B. Zamiast Gregory’ego Pecka i Laurence’a Oliviera w rolach głównych antagonistów mamy tutaj stałego współpracownika Franco, Howarda Vernona oraz... Fernando Reya, którego z kolei większość widzów kojarzyć będzie z obrazami Luisa Buñuela. Pierwszy szarżuje ile wlezie jako demoniczny nazista, pragnący stworzyć podwaliny pod 4. Rzeszę, drugi z kolei ewidentnie zdaje sobie sprawę z tego, w jaką kabałę się wpakował: jego postać głównie przesiaduje z lupą w dłoni i zajmuje się przeglądaniem zdjęć z obozów zagłady (no bo tym przecież głównie zajmują się członkowie Mossadu i pokrewnych mu instytucji, czyż nie?).


Nie da się ukryć, że „CM” to szmira przez duże „G”, ale z gatunku tych, które dostarczają sporo satysfakcji: niedowierzanie towarzyszy widzowi już od pierwszych scen, a im dalej w las, tym bardziej rozrywkowo. Banda niewydarzonych „specjalistów” złożona została z samych oryginałów (mistrzostwo stanowi „karateka”, który z radości po przyłączeniu do misji rozdaje swoim uczniom kopniaki po zadkach), a efekty „przerażających” eksperymentów doktora Mengele doprawdy potrafią wprawić w osłupienie (dość powiedzieć, że show kradnie w tym przypadku z lekka zdezorientowany szympans, który jakimś cudem okupuje jedną celę z ofiarami badań). Całkiem logiczny wydaje się także fakt, że żydowski bojownik trzyma powieszony w domu na ścianie krucyfiks. W kwestii aktorskiej prym wiedzie Christopher Mitchum, o którego grze wypada powiedzieć tyle, że jego słynny ojciec powinien był go wydziedziczyć. Jako „rozczarowany życiem” amerykański najemnik niemieckiego pochodzenia, Chris zalicza tutaj jedną z najbardziej spektakularnych walk wręcz sfilmowanych w slow-motion, jakie kiedykolwiek zagościły na ekranach – it has to be seen, to be believed!


Bianchi („Cry of a Prostitute”, „Burial Ground”), który przyzwyczaił nas do propagowania w kinie sleazu, jest tutaj wprawdzie zachowawczy w tej kwestii, ale nadrabia reżyserską "inwencją", która wykracza daleko poza standardy włoskiego kina gatunków. Co minuta, to atrakcja – i to zarówno w kwestii fabularnej, jak i wpadek realizacyjnych, nonszalancji w traktowaniu logiki czy wreszcie kompletnego braku umiejętności prowadzenia aktorów. W drodze do finału wielokrotnie poddajemy zadamy sobie pytanie, czy twórcy zdołają nas jeszcze czymś zaskoczyć, a jednak – zawsze ta sztuka im się udaje. Toteż, jeśli poszukujecie porządnej odtrutki na marvelowski wysyp poprawności politycznej, wpadajcie do Urugwaju: nie spotkacie tu błyskotliwych ludzi, ale z pewnością nie będziecie narzekać na nudę!


8/11/2019

A Rainy Day in New York (2019)

dir. Woody Allen


Nowy film Allena nie miał łatwej drogi na ekrany. O aferze z Amazon Studios słyszał zapewne każdy, nie zamierzam więc rozpisywać się na ten temat. Faktem jednak jest, że "A Rainy Day in New York" zyskało etykietkę "kontrowersyjnego projektu" na długo przed premierą - rozpisywano się m.in. na temat rzekomo bulwersującej "sceny seksu między nastolatką, a podstarzałym mężczyzną". Kto jednak zna Allena, ten dobrze wie, że żaden z niego pornograf, choć tematyka seksu była u niego obecna od samego początku i zajmowała równie istotne miejsce w jego twórczości, co słynne fobie i neurozy reżysera. Nie będzie zaskoczeniem więc, że jego ostatni obraz to po prostu urokliwa komedia romantyczna, która nawet w dobie #MeToo nikogo nie zszokuje.


Gatsby (Timothée Chalamet) i Asleigh (Elle Fanning) jadą na weekend do Nowego Jorku. Oboje są studentami z Yardley: ona pragnie przeprowadzić wywiad do uczelnianej gazetki ze sławnym reżyserem Rolandem Pollardem (Liev Schreiber), on z kolei - rodowity nowojorczyk - planuje romantyczny pobyt w trakcie którego pokaże ukochanej ulubione zakątki miasta. Nieoczekiwany splot wydarzeń pokrzyżuje wyjściowe plany: rozdzielona para przeżyje intensywny dzień w skąpanym w deszczu Wielkim Jabłku...



Jak już na wstępie wspomniałem: to Allen w wydaniu lekkim i bezpretensjonalnym, daleki od czarnowidztwa z "Na karuzeli życia" czy "Nieracjonalnego mężczyzny". A przy okazji - niestrudzony piewca uroków Nowego Jorku. W jego ujęciu metropolia istotnie jawi się jednocześnie jako miejsce pełne wrażeń, a zrazem - lepszy wybór dla zakochanych niż Paryż i Wenecja razem wzięte. Dialogi typowe dla twórcy "Annie Hall", bo jego bohaterowie to z reguły sfrustrowani intelektualiści, neurotycy i nieszkodliwi dziwacy. W ustach młodego pokolenia, które gra tutaj główne skrzypce, nie brzmią jednak zbyt przekonująco. Ciężko bowiem uwierzyć w millenialsów rozprawiających o jazzie i starym kinie - bardziej prawdopodobne, że zamiast plumkać na fortepianie i marzyć o romantycznej miłości, biegaliby po Times Square z iPhone'ami i cykali sobie "selfiki". U Allena młodość jednak jest pełna szczerej naiwności i idealizmu, a po drugiej stronie mamy zgorzkniałych przedstawicieli starszego pokolenia - facetów w niekończącym się kryzysie wieku średniego, spoglądających tęsknie w kierunku pierwszej lepszej dzierlatki.


Ironiczny komentarz reżysera? Być może, ale podane jest to wszystko w tak wystylizowanej oprawie, że przechodzi wręcz niezauważone - to Allen beztroski, tworzący fantastyczną wizję świata na modłę klasycznych hollywoodzkich melodramatów, gdzie w finale dwoje zakochanych spotyka się w Central Parku, by - w strugach deszczu - połączył ich namiętny pocałunek. Nowy Jork = Manhattan, bohema, wystawne życie, muzea, delikatny, jazzujący podkład muzyczny na pianinie. Bardzo to ładna fantazja, przy której bez trudu można się zapomnieć na pełne półtorej godziny. Łyżka dziegciu wepchnięta od niechcenia też jest zresztą znakiem rozpoznawczym Allena: życiowe wzloty i upadki, mniej lub bardziej błahe miłostki, przewrotność losu - wszystko to tu jest i wcale nie gryzie się z na poły baśniową konwencją. W skrócie: Woody, dobrze że wracasz z niezaplanowanej emerytury. 



7/30/2019

Quelli che contano (1974)

dir. Andrea Bianchi



Andrea Bianchi miłośnikom włoszczyzny kojarzy się głównie z zombie-flickiem „Burial Ground”, niejeden z pewnością widział również jego naładowane seksem i przemocą giallo „Strip Nude for Your Killer”. Na rok przed tym ostatnim tytułem, reżyser wniósł swój wkład do kina poliziottesco wraz z „Quelli che contano”, szerzej znanym jako „Cry of a Prostitute”...



Z miejsca zaznaczę że jest to wkład niebagatelny, bo nawet jak na standardy tego ociekającego przemocą gatunku, „Cry of a Prostitute” imponuje zawartą dawką brutalności i mizoginii. Szkielet fabularny to jeszcze jedna u Włochów wariacja na temat „Straży przybocznej” Kurosawy: on jeden kontra zwaśnione gangi. Główny bohater (ikona nurtu, Henry Silva) nie jest jednak żadnym ostatnim sprawiedliwym – to najtwardszy pod sycylijskim słońcem skurwysyn, którym kierują zgoła niejasne pobudki (poznamy je dopiero w finale). Mafijny najemnik, który podsyca nienawiść między dwoma klanami ma zresztą swój znak rozpoznawczy: za każdym razem gdy wkracza do akcji, w okolicy rozbrzmiewa charakterystyczna gwizdana melodia...



Trochę mamy więc tutaj z „Ojca chrzestnego”, trochę ze spaghetti od Sergio Leone. Sceny porachunków są odpowiednio krwawe i widowiskowe, zupełnie jakby Bianchi starał się kopiować Peckinpaha. Już scena otwierająca przysłowiowych „jeńców nie bierze”: jesteśmy świadkami wypadku drogowego z dekapitacją, a w kostnicy okazuje się, że dziecko które jechało autem już dawno było martwe i służyło jedynie za „futerał” na transport heroiny. Potem jest równie ciekawie, bo reżyser wplata do historii wątek żony mafiosa, byłej prostytutki (stosownie wystylizowana, a następnie poobijana Barbara Bouchet), która stara się uwieść naszego wojaka. Ten jej awansom poniekąd ulega, ale na swój specyficzny sposób: namiętność zostaje skonsumowana na... świńskiej tuszy. Jakby tego było mało, w jednej z późniejszych scen, bohater katuje tę sama niewiastę przy użyciu paska od spodni, by zaraz potem ją zgwałcić. Gdyby w momencie powstawania filmu istniało pojęcie „politycznej poprawności”, można by śmiało powiedzieć że Bianchi drwi z niego w żywe oczy.


„Quelli che contano” stanowi więc przykład typowo samczego kina, w którym faceci prowadzą bezpardonową wojnę, w przerwach traktując kobiety jak dziwki. Imponuje swoją bezkompromisowością, dzięki czemu łatwo wybaczyć Bianchiemu że warsztat ma raczej ubogi. Realizacyjnie nie są to bowiem wyżyny gatunku, a przyciężka psychologia w gruncie rzeczy nadaje się wyłącznie do śmietnika. Ale w końcu na śmietniku w pewnym sensie się znajdujemy: to świat bez zasad, gdzie nawet dziecko nie stanowi świętości, a pijane lafiryndy wdzięczą się do brutali o kamiennym spojrzeniu. Podły, ciężki, nihilistyczny pomiot celuloidowy, ale o wyjątkowo rozrywkowym charakterze.