4/18/2019

Stone Cold (1991)

dir. Craig R. Baxley




Wysyp B-klasowego kina akcji jaki nastąpił w latach 80., sprawił że producenci intensywnie rozglądali się za potencjalnymi gwiazdami tego typu produkcji. Wiadomo, był Arnie, był Sly, Chuck, potem również Van Damme i Seagal. Ale zapotrzebowanie w drugiej połowie dekady i na początku następnej wydawało się wcale nie słabnąć, w związku z czym na rynek wypływały kolejne tytuły z udziałem umięśnionych, władających (albo markujących takie umiejętności) sztukami walki, potencjalnych herosów eskapistycznej rozrywki. Pośród wielu, którzy nigdy nie dotarli „na szczyt” był również The Boz, a właściwie Brian Bosworth. Były zawodnik futbolu amerykańskiego, który po odniesionej kontuzji zdecydował się zrobić karierę w filmie.

Debiutancki obraz z udziałem emerytowanego sportowca, „Stone Cold” (na polskim rynku VHS dostępny przed laty pod tytułem „Zimny jak głaz”) choć zadebiutował na ekranach w 1991 roku, stanowi idealny przykład niefrasobliwej, ejtisowej rozrywki. Główny bohater to twardy glina z Alabamy, który zostaje zawieszony za swoje „brutalne metody”. Okazję postanawia wykorzystać FBI, proponując mu pracę „pod przykrywką”. Joe Huff, teraz jako „John Stone”, wnika w szeregi gangu motocyklowego, by rozpracować go od środka…

Brzmi znajomo, prawda? Obraz Craiga R. Baxleya sklecony został z klisz i sprawdzonych motywów, a następnie podrasowany dawką „niewymuszonego luzu”. W praktyce oznacza to, iż musimy na słowo uwierzyć, że Bosworth stanowi przyszłość kina akcji, a jego szelmowski uśmiech i obcisłe slipy (!) to hit sezonu. Już początek doskonale obrazuje, że twórcy nie starali się wysilać i po prostu sięgnęli do katalogu oklepanych wzorców: Huff wkracza do sklepu, w którym właśnie odbywa się napad i daje potężnego łupnia bandziorom. Wprawdzie w 1991 roku niekoniecznie wszyscy widzowie musieli kojarzyć „Brudnego Harry’ego”, ale „Cobrę” ze Stallonem sprzed lat pięciu z pewnością mieli obcykaną. I tak oto lecimy dalej: oferta od federalnych jest rzecz jasna nie do odrzucenia, a nasz twardziel bez trudu wkrada się w łaski dowodzącego gangiem bossa. Wszelkie przeszkody zostają błyskawicznie wyeliminowane, a na drodze pojawia się urodziwa flama w opałach.

Byłoby to może ciężkie do strawienia, gdyby nie fakt, iż „Stone Cold” nie daje siebie choćby przez chwilę traktować poważnie. Dialogi, nie dość że sztuczne, to jeszcze kipią nadmuchanym testosteronem, co bez przerwy owocuje efektami niezamierzenie komicznymi. Jako zaś, że w świecie motocyklistów nikt się nie patyczkuje, to i trup ścieli się gęsto. Finał na terenie sądu to już kompletna wolnoamerykanka, ze zbirami rozwalającymi każdego, kto stanie im na drodze. Sensu w tym za grosz, ale frajda – jeśli kupujecie i szanujecie konwencję – jest pierwsza klasa. Niejeden miłośnik VHS-owego dziedzictwa doceni również z pewnością obsadę: Lance Henriksen świetnie bawi się jako szef klubu i wcielone zło w jednym, a grający jego prawą rękę William Forsythe dzielnie dotrzymuje mu kroku.

Boz w filmach gra do dziś – z reguły w takich, których nikt nie ogląda. „Stone Cold” zaś, które zaliczyło klapę w momencie premiery, jak na ironię dla wielu jest dziś pozycją kultową, a zarazem najlepszą w dorobku Boswortha. To był ten moment, gdy chłopak z Oklahomy miał wrażenie że staje się gwiazdą wielkiego formatu. Moment trwał bardzo krótko, ale pozostały po nim wspomnienia. Wychodzi na to, że nawet wyrób seropodobny, wraz z upływem czasu nabiera szlachetności. Zapewne głównie dla sentymentalnych, ale ja tam Joe Huffowi w trakcie seansu kibicowałem.


4/16/2019

Puppet Master: The Littlest Reich (2018)

dir. Sonny Laguna, Tommy Wiklund



Przyznam bez bicia, że nigdy nie należałem do zagorzałych fanów serii „Puppet Master”. Ot, był sobie film, który w epoce VHS miał szczęście cieszyć się sporą popularnością, ale próby czasu nie wytrzymał. To że na jego bazie zbudowano całą franczyzę, z akcją poszczególnych odcinków rozgrywającą się na kilku kontynentach na przestrzeni całego XX wieku to swoisty fenomen, zważywszy że od początku były to produkcje skrajnie niskobudżetowe i – co tu dużo mówić – raczej kiczowate. Mojej wyobraźni temat w każdym razie nie rozpalił, a rachubę straciłem gdzieś na etapie 4-5 części. Nie trzeba więc chyba dodawać, że i po najnowszą, trzynastą (sic!) odsłonę nie byłem skory sięgać. I nie sięgnąłbym, gdyby nie zaskakująco pozytywne opinie, z jakimi się spotkałem, a przede wszystkim – osoba scenarzysty.


Tak się bowiem składa, że za scenariusz odpowiedzialny był w tym przypadku S. Craig Zahler, który szybko dorobił się rozpoznawalnej marki, tworząc takie „męskie” wymiatacze jak „Brawl in Cell Block 99” oraz „Dragged Across Concrete”. Do seansu zasiadałem więc z wypiekami na twarzy i świadomością, że będzie „po bandzie pojechane”.


Na pierwszy rzut oka, to kolejny tani horror z gatunku direct-to-video. Po klimatycznym wstępie z udziałem Udo Kiera, przenosimy się do małomiasteczkowej sielanki, gdzie największym problemem życiowym jest rozstanie z dziewczyną i konieczność ponownego zamieszkania z rodzicami. Taki los spotyka Edgara (Thomas Lennon), pracownika sklepu z komiksami i – według wszelkiego prawdopodobieństwa – nieudacznika. Kiedy chłopak znajduje w pokoju brata starą lalkę o sporej kolekcjonerskiej wartości, decyduje się ją sprzedać. Aby to zrobić, udaje się wraz ze swoim najbliższym przyjacielem i nowo poznaną sympatia na zjazd odbywający się w hotelu, który przed laty zyskał złą sławę ze względu na swych rezydentów: Toulona i jego zabawki…


Nie zdradzę żadnej tajemnicy, pisząc że od momentu przybycia do hotelu akcja zaczyna nabierać tempa, a złowieszcze lalki ożywają, zbierając krwawe żniwo wśród uczestników zjazdu. Schemat więc oklepany mocno, ale twórcom udało się nadać mu pozory świeżości. Ponoć „The Littlest Reich” ma pełnić funkcję rebootu zużytej serii i wychodzi mu to naprawdę nieźle. Zahler i stojący za kamerą Sonny Laguna oraz Tommy Wiklund postawili na czarny humor i gore, oferując mieszankę może nie odkrywczą, ale zdolną dostarczyć frajdę również tym, którzy z cyklem do tej pory do czynienia mieli niewiele albo wcale. Sceny morderstw są całkiem pomysłowe i nad wyraz krwawe, tu i ówdzie pojawi się jakiś „szalony” wybryk (prym wiedzie „Baby Hitler”), a zasady politycznej poprawności zostają odstawione na bok. No bo wyobraźcie sobie film, w którym nazistowskie zabawki szlachtują Żydów, homoseksualistów i wszelkich „odmieńców”, spełniając wolę swego „lepszego jakościowo” stwórcy? Wydawałoby się że w dzisiejszych czasach coś takiego nie przejdzie. A jednak! Przeszło i okazuje się, że w całkiem przystępnej i zabawnej formie.


Warto również zaznaczyć, że Zahler ma świetne „pióro do postaci”: trójka głównych postaci przypomina tu bohaterów ze slasherów dla nastolatków z lat 80. Ot, dwóch nerdów, którzy wolne chwile spędzają na czytaniu i/lub rysowaniu komiksów oraz typowa dziewczyna z sąsiedztwa, dorodna, ale nie żadna piękność, w sam raz abyśmy dali wiarę że mogłaby się zabujać w przysłowiowym „looserze”. Przeciętniacy, którzy dają się lubić na tyle, że widz ma ochotę im kibicować. A skoro już przy sentymentach jesteśmy... - grzechem byłoby nie wspomnieć o soundtracku, za który odpowiedzialny jest sam... Fabio Frizzi. Tak, facet odpowiedzialny za ścieżki do najlepszych filmów Fulciego wciąż tworzy i ma się dobrze!


Sprawdzone wzorce, trochę szczeniackiej zgrywy i masa czerwonej farby, a mimo tego - a może właśnie dlatego - te półtorej godziny cieszy. Zadowoli zwłaszcza tych, którzy są zmęczeni trendami we współczesnym kinie grozy, produkcjami spod znaku found footage i bezpłciowymi opowieściami o nawiedzonych domach. Tutaj lalki nie siedzą spokojnie w rogu, by po godzinie wypaść z szafy, wzbudzając ciarki u maluczkich, te lalki urządzają konkretną rzeźnię, nie każąc jednocześnie traktować siebie zbyt serio. Wyszło fajnie, z „jajem”, bez spiny, ale też bez walącej po oczach tandety.




4/12/2019

The Warrior and the Sorceress (1984)

dir. John C. Broderick



David Carradine gra na dwa fronty, wspomagając na przemian dwie bandyckie grupy z małego miasteczka, jednocześnie dążąc do ich wzajemnego wyniszczenia. Brzmi znajomo? Toż to przecie bezczelna kalka „Straży przybocznej” Kurosawy. Tylko, że tutaj osadzona w konwencji kina sword & sorcery. W dodatku z obfitującej w grzeszne przyjemności stajni Rogera Cormana.


Głównym bohaterem jest tutaj Kain (subtelność ponad miarę!), grany przez wzmiankowanego wyżej Carradine’a tajemniczy przybysz, który wymiata mieczem ze swadą godną samego Conana. Krajobraz wokoło siebie ma zgoła apokaliptyczny: jak okiem sięgnąć ciągnie się jałowa pustynia. Tu i ówdzie zdarzają się mieściny takie jak ta: rządzone przez przemoc i wyzysk. Zaludnione przez podłe kreatury i bezlitosnych watażków, czasem też – przez fantastyczne stwory.


Oprócz ewidentnej inspiracji słynnym filmem Kurosawy, można więc spokojnie mówić w tym przypadku o miksie heroic fantasy z klimatami rodem z „Mad Maxa” i przyprawami wziętymi prosto z „Gwiezdnych wojen”. Efekt jest miejscami pokraczny, ale ma swój urok: trup się ściele gęsto, a drugi plan zaludniają roznegliżowane panie, skutecznie odciągając uwagę od idiotycznego scenariusza. Oraz koszmarnie przerysowanej gry aktorskiej. Jedynie patrząc na Carradine’a odnosi się wrażenie, że facet nawet odgrywając skończenie kretyńską scenę i wygłaszając durne dialogi, jest w stanie wyjść z zadania z twarzą.


Ci, którzy widzieli na ten przykład serię o „Deathstalkerze” lub inne tanie rip-offy z tego okresu, doskonale wiedzą, czego się spodziewać. Mocarny heros walczy z czarnym charakterem (w tym przypadku nawet dwoma) w otoczeniu dekoracji widzianych w dziesiątkach podobnych produkcji. Niewiele rzeczy ma tu sens, ewentualnie podyktowane zostały względami "koniunkturalnymi": María Socas na ten przykład, wcielająca się w tytułową czarodziejkę, przez cały film paraduje topless. Zgodnie ze wspomnieniami Carradine’a, wdzięki argentyńskiej aktorki na tyle urzekły reżysera, że ten podjął decyzję, aby w każdej scenie pojawiała się ona półnago. Jeśli i tak Wam mało, to mamy tutaj również koncept, który o ładnych parę lat wyprzedza pamiętne spotkanie z prostytutką-mutantem z „Pamięci absolutnej” – z tą różnicą, że tutaj wyginająca się w pląsach tancerka ma nie trzy, a aż cztery piersi.


Podobne „ciekawostki” można by mnożyć, najważniejsze jednak że ten odgrzewany kotlet jest lekkostrawny i z pewnością nie zawiedzie nikogo, kto docenia wkład Cormana (tutaj na stołku producenta wykonawczego) w historię kina. Jest dokładnie to, czego oczekujemy po B-klasowym szlamie z dolnej półki: krew, gumowe potwory, nieporadna szermierka i niefrasobliwe sutki. All checked!




3/29/2019

L'alcova (1985)

dir. Joe D'Amato



Aristide Massaccesi, szerzej znany jako Joe D’Amato dostarczył miłośnikom mocnych doznań wiele powodów do frajdy. Wyspecjalizowany w horrorach podlanych często dużą dawką erotyki Włoch ma na koncie takie niepodważalne klasyki jak „Antropophagus, „Buio Omega” czy „Absurd”. Zanim reżyser na dobre utonął w odmętach pornografii, trochę wcześniej, w złotych w latach 80. zaliczył rodzaj okresu przejściowego, kiedy to celował w nieco ambitniejszy repertuar, próbując dostarczyć coś, co zapewne sam postrzegał jako „artystyczna erotyka”. Najwyraźniej zapatrzony w swego rodaka, Tinto Brassa, Massaccesi popełnił szereg tytułów podających tematykę ludzkich namiętności w "wysublimowanej" formie...


Tyle w teorii, bowiem jak ktoś mający w kompletnej wzgardzie pojęcie dobrego smaku miałby tworzyć kino oparte na wyznacznikach wysmakowania i wysokiego poziomu artystycznego? Doskonały przykład stanowi „L’alcova” – osadzona gdzieś w słonecznej Italii historia miłosnego czworokąta. Mamy rok 1936. Powracający z wojny w Abisynii żołnierz przywozi ze sobą do domu czarnoskórą piękność – dar od plemiennego króla za uratowanie mu życia. Weteran odkrywa, że pod jego nieobecność żona nawiązała romans z sekretarką Velmą. Traktowana jak egzotyczne zwierzę, afrykańska księżniczka przypatruje się biernie panującym w posiadłości rozpustnym praktykom, by z czasem przejmować coraz większą kontrolę nad swymi właścicielami…


Pomysł wyjściowy nawet niezły, w sam raz na duszne studium psychologiczne w klimacie „Służącego” Josepha Loseya. Widzowi jednak od samego początku nie daje się zapomnieć, że obcujemy z dziełem D’Amato. Pierwszą połowę ogląda się jak wenezuelską telenowelę podlaną dużą ilością seksu i golizny. Nic tylko intrygi, puszenie się, ciężkie jak słoniowa noga linie dialogowe i marne aktorstwo. W dalszej części następuje typowa (a jednak i tak zaskakująca!) dla twórcy „Emanuelle w Ameryce” wolta: nasi rozpustnicy zaczynają się bawić w… kręcenie filmów pornograficznych. Kompletnie niezrozumiałe z punktu widzenia dramaturgii rozwiązanie, które jednak – o dziwo – ma swoje dramaturgiczne konsekwencje. Zaraz po realizacji domowego pornosa (obowiązkowo z udziałem zakonnicy, a jakże!) następuje bezsensowny finał. Ci, którzy liczyli na jakiekolwiek psychologiczne niuanse patrzą z niedowierzaniem i otępieniem w ekran, ci co liznęli już nieco włoszczyzny, kręcą jedynie z niedowierzaniem głowami.


Bo „L’alcova” to wciąż przede wszystkim ordynarna eksploatacja, w której D’Amato otoczył się sprawdzoną obsadą i równie sprawdzonymi sztuczkami. Co się sprzedaje najlepiej? Seks lesbijski. Jak nadać historii pozory powagi? Osadzić ją na rozpoznawalnym tle historycznym. Jak pozorować „artyzm”? Pokazać cipkę, ale żadnej penetracji (rzecz o klimaty "hard" ociera się tylko w momencie, gdy bohaterowie wyświetlają z projektora czarno-białego pornosa). Oczywiście opowieść ma swoje drugie dno: chodzi mianowicie o relacje między cywilizowanym Starym Kontynentem, a „dzikusami” z Afryki. Z pewnością w dzisiejszych czasach „L’alcova” napsułaby krwi strażnikom dyktatury politycznej poprawności, co nie zmienia faktu, że u D’Amato to próżni i aroganccy biali przez większość czasu wzbudzają niechęć. O żadnej pogłębionej refleksji jednak w tym przypadku mowy nie ma, skoro chodzi głównie o pokazanie paru zbliżeń na włosy łonowe.


W kwestii wspomnianej obsady, warto odnotować, że na ekranie spotykają się trzy – wówczas mocno przebrzmiałe – piękności włoskiej eksploatacji. Najbardziej spośród nich znana Laura Gemser, wypada zarazem najbardziej przekonująco, choć z początku wiele do grania nie ma. Niegdysiejszą Wicemiss Włoch Lilli Carati miłośnicy śmieciowego kina będą kojarzyć przede wszystkim z „Avere vent'anni” Fernando Di Leo. Z kolei Annie Belle zaliczyła już wcześniej występ u D’Amato w „Absurd”, grała również u Deodato („La casa sperduta nel parco”) i Rollina („Levres de sang”). 


Trio zacne, ale – niestety – temperatury w trakcie seansu jakoś wydatnie nie podnosi. Może rzecz w tym, że sceny erotyczne, mimo że jest ich tutaj dużo, zrealizowane zostały bez polotu, zupełnie jakby chodziło o odhaczenie obowiązkowych punktów programu. Wprawdzie „L’alcova” nie nuży jakoś wybitnie, ale to chyba głównie zasługa faktu, że często jest po prostu niezamierzenie zabawna. Jeśli ktoś chce się przekonać jak wygląda vintage’owe soft porno od twórcy bynajmniej nie-softowego „Porno Holocaust” to może się skusić.




3/25/2019

The Dirt (2019)

dir. Jeff Tremaine



Mötley Crüe przedstawiać raczej nikomu nie trzeba. Chłopaki osiągnęli olbrzymią popularność w pierwszej połowie lat 80., stanowiąc ucieleśnienie rock’n’rollowego stylu życia epoki rządów Ronalda Reagana. Dla wielu, zespół utożsamia wszystko, co najgorsze w muzyce rockowej tamtych czasów: krzykliwy ubiór, tapirowane fryzury i zamiłowanie do melodyjnego grania. Z drugiej strony, to właśnie szokująca otoczka i nonkonformizm zapewniły grupie sławę, a energetyczne, pełne popisów pirotechnicznych show z jakiego słynęli (zespół zakończył działalność w 2015 roku) raczej nikogo nie pozostawiało obojętnym. Ponadto, na przestrzeni 35 lat działalności, glam metalowcy stworzyli szereg niezapomnianych hitów, które doskonale wytrzymują upływ czasu. W roku 2001 wydana została z kolei książkowa autobiografia pod wymownym tytułem „The Dirt: Confessions of the World's Most Notorious Rock Band”, w której członkowie z detalami opisywali swoje – często ekstremalne – doświadczenia, na przemian budząc śmiech, niesmak i wprawiając w konsternację.


Raczej mało kto po lekturze nie dojdzie do wniosku, że to po prostu kapitalny materiał na film, czego producenci byli zresztą świadomi od dawna. Potrzeba jednak było lat i pieniędzy giganta streamingu Netflixa, aby projekt w końcu ujrzał światło dzienne. Wprawdzie nadzór popularnej platformy mógł w tym przypadku budzić uzasadnione obawy – w końcu Netflix póki co do pełnometrażowych filmów szczęścia raczej nie ma. Na szczęście, twórcy sprostali zadaniu i dostarczyli porządne, rockowe filmidło, po brzegi naładowane muzyką, seksem i prochami.


Już sam początek jest obiecujący: trafiamy na imprezę do wiadomych gospodarzy, gdzie alkohol leje się strumieniami, a Tommy Lee na oczach wszystkich robi dobrze ustami roznegliżowanej pani. Chwilę potem jesteśmy świadkami kobiecej ejakulacji, a na ekranie pojawia się tytuł filmu. Efektowne wejście, nie ma co… W dalszej kolejności poznajemy losy zespołu w wersji chronologicznej: zapoznanie poszczególnych członków, pierwsze występy, wielka sława i upadek na samo dno, a potem – powrót do formy po pokonaniu różnych przeciwności.


Schemat ograny jak ta lala, ale przyznam że jakoś szczególnie w trakcie seansu mi to nie przeszkadzało: tempo jest zawrotne i na nudę narzekać nie można. Pierwsza godzina to kwintesencja hasła „sex, drugs & rock’n’roll” z dosłownie wszystkimi związanymi zeń skojarzeniami. Hotelowe demolki i ganianie nago po korytarzach? Są. Regularne odwiedziny w barach ze striptizem? Są. Pieprzenie się z groupies po toaletach i garderobach? Jest. Narkotykowe prywatki? A jakże! Jazda po pijaku z tragicznym finałem? Też jest. Znalazło się nawet miejsce na gościnny występ „wujka” Ozzy’ego, który jest dosyć wiernym odtworzeniem wydarzeń opisanych w książce (kto czytał, ten wie, że Księcia Ciemności nikt nie przebije). Jest też uzależnienie od narkotyków i powolny rozpad grupy. Tak mniej więcej w połowie, nastrój opowieści z jawnie imprezowego (w pewnym momencie, gdy głos zostaje oddany perkusiście, w telegraficznym skrócie przekonujemy się jak wygląda życie w trasie, co stanowi zarazem jeden z najlepszych fragmentów filmu) nabiera powagi. Życiowe dramaty poszczególnych postaci rzecz jasna sprzyjają refleksji, ale akurat pod tym względem twórcy byli zachowawczy – psychologia bohaterów nie ulega znacznemu pogłębieniu, to raczej typowa "rozpusta" + "pokuta", niczym u Cecila B. DeMille'a - trza było.


Szczęśliwie, rzecz unika pułapki rozpadu na dwie nieprzystające do siebie części, zastrzeżenia można jednak mieć do nieco nazbyt błyskawicznego finału, który streszcza zespołowy „Reunion” i ma nas pozostawić pokrzepionymi na duchu i sytymi. Mnie to rozwiązanie nie nasyciło, choć zważywszy na to, jak dużo udało się zawrzeć w niespełna dwugodzinnej produkcji, trzeba stwierdzić że to naprawdę porządna robota. Rzecz ma pazur (patrz: pierwsza połowa), miejscami dostarcza naprawdę świetnej zabawy, ale kiedy trzeba, potrafi przystopować. Jest też porządnie zagrana: dobrze dobrani, nieopatrzeni aktorzy (niekoniecznie pod względem fizjonomii, bo sobowtóra Micka Marsa raczej ciężko byłoby znaleźć) to w tym przypadku połowa sukcesu. Poza tym doskonale wyważono proporcje pomiędzy wybuchowymi składnikami, a samą historią, która nie zostaje przysłonięta przez wizualne atrakcje. Żadne tam wiekopomne dzieło, ciekawym w pierwszej kolejności i tak polecam wersję papierową, ale z ulgą przyznaję że netfliksowy „Dirt” pozytywnie mnie zaskoczył. 

Ocena: ****




3/18/2019

R.O.T.O.R. (1987)

dir. Cullen Blaine



Rok 1987. Ulice Detroit patroluje RoboCop, cyborg w służbie prawa i porządku. Nieco na południe, w Dallas, naukowcy opracowują swoją wersję elektronicznego policjanta. Niestety, im nie poszło tak dobrze jak ich kolegom po fachu z  Michigan: R.O.T.O.R. (skrót od Robotic Officer Tactical Operation Research) zbuntował się i począł wymierzać sprawiedliwość na własną rękę jako policjant, sędzia i kat w jednym…


Sędzia Dredd spotyka Terminatora. Niskobudżetowy horror science-fiction określany jest jako B-klasowa odpowiedź na wspomnianego „RoboCopa” – bardzo szybka zresztą, zważywszy, że oba filmy weszły na ekrany w odstępie kilku miesięcy. Niezależnie jednak od tego, w jak dużym stopniu twórcy wzorowali się na głośnym obrazie Paula Verhoevena, trzeba jasno stwierdzić, że „R.O.T.O.R.” to niezłe kuriozum. Nieporadna realizacja, idiotyczny scenariusz, irytujące postaci, które zachowują się jakby zostały żywcem wyjęte z głupawego sitcomu – to mieszanka wybuchowa, która dostarczy sporo frajdy każdemu miłośnikowi złego kina. 


 To, że reżyser borykał się z poważnymi ograniczeniami budżetowymi w trakcie kręcenia ma w tym przypadku swój urok – dość powiedzieć, że tytułowy robot grany jest po prostu przez faceta (z wąsem!) w kostiumie motocyklisty. Zanim wkroczy do akcji, zostajemy uraczeni krótką prezentacją jego "niezwykłych możliwości", która stanowi wbijające w fotel, pionierskie dokonanie na polu animacji komputerowej (zobaczyć można tutaj). Niedostatki budżetowe można by było jednak łatwo wybaczyć, gdyby film oferował w zamian inne walory: ciekawy koncept, dobre tempo akcji czy umiejętnie budowane napięcie. Nic z tego! Obraz Cullena Blaine'a to nieudolnie odrobiona lekcja z gatunkowych klisz na przykładzie wymienionych powyżej, kultowych pozycji. Słuchając poszczególnych linii dialogowych, trudno nie dojść do wniosku, że sami twórcy nie traktowali swojego zadania na poważnie. I nie chodzi tu nawet o to, że „R.O.T.O.R.” bawi w sposób niezamierzony, raczej o to, że zamiast spodziewanego dreszczowca z elementami sci-fi dostajemy… dziwaczny pastisz z elementami thrillera. Efekt jest niepowtarzalny: czerstwy humor zamiast wpędzać w zażenowanie – nieoczekiwanie bawi (patrz: pojęcie "głupawki"). Oczywiście, najpierw należy poddać się specyficznej konwencji dzieła, które – ujmując kolokwialnie – nie bierze jeńców. 


Co ciekawe, sam scenarzysta stanowczo odciął się stanowczo od gotowego filmu, twierdząc, że… reżyser usunął z niego większość akcentów humorystycznych. Innego zdania byli kpiarze z „Mystery Science Theater 3000”, którzy doskonale bawili się przy komentowaniu kiczowatego i jakże sympatycznego tworu. No ale jak tu zareagować na robota, który uparł się że zabije Bogu ducha winną kobietę, bo... tak i już. Pościg tropem nieszczęsnej niewiasty nie ma żadnego uzasadnienia logicznego - to po prostu pomysł, który twórcy żywcem zerżnęli z obrazu Camerona, bo wydawał im się fajny. Wpadki i bzdury można zresztą wymieniać długo, ale i tak najbardziej zastanawia postać "pociesznego" robota (nie, nie tego mordercy, tylko jeszcze innego), który zachowuje się jak skrzyżowanie C3PO z Alfą z "Power Rangers" - dodatkowy komentarz wydaje się tu zbyteczny. Nie ma pewności co do tego, czym na planie wspomagała się ekipa, ale jedno jest pewne: to musiała być bardzo niezdrowa używka. Mając to na względzie - odważnym seans polecam.


P.S. Tak, powyższy plakat to z kolei zżyna z "Mad Maxa"...



3/09/2019

The Swinging Barmaids (1975)

dir. Gus Trikonis



Seryjny morderca zabija kelnerkę z baru Swing-A-Ling. Przypadkowymi świadkami zdarzenia są trzy koleżanki z pracy dziewczyny, które zaskakują napastnika nad ciałem ofiary. Sprawcy udaje się zbiec, lecz policja posiada jego dokładny rysopis. Psychopata zmienia swój wygląd i postanawia zatrudnić się jako wykidajło w Swing-A-Ling, zbliżyć do tamtejszych pracownic, a następnie – wyeliminować je po kolei…


„The Swinging Barmaids” to ciekawy przypadek eksploatacyjnego trashu z lat 70. Choć już sam tytuł wskazywać mógłby na nieprzyzwoitą rozrywkę, to rzecz okazuje się być… niespodziewanie stonowana. Grindhouse’owy charakter produkcji jest wyraźnie odczuwalny na każdym kroku, a jednak jako przykład tego typu „niewysublimowanej” (wybaczcie określenie, ale jakimś posłużyć się musiałem) rozrywki, rzecz ma podejrzanie zdroworozsądkowy charakter. Twórcy oszczędnie wykorzystują standardowe w ramach konwencji wabiki, za jakie uznać należy seks oraz przemoc. Zabójstw jest niewiele, a do tego są praktycznie bezkrwawe (co nie oznacza jednak od razu, że niewinne...). Golizna również pojawia się w umiarkowanych ilościach: dziewczęta przez większość czasu kuszą swymi wdziękami spod kusych wdzianek a la króliczki Playboya, okazjonalnie tylko je zrzucając, ku uciesze spragnionej wrażeń gawiedzi. Co jakiś czas błyśnie przed oczami para kształtnych piersi, ale to raczej erotyzm w jankesko-pruderyjnym wydaniu – nagość wręcz nierozerwalnie łączy się z pełnymi furii atakami zabójcy.


Czy to oznacza, że obraz Gusa Trikonisa nie ma nic do zaoferowania miłośnikom celuloidowego szmelcu? Wręcz przeciwnie – tak się składa, że „The Swinging Barmaids” bije na głowę sporą część swoich oślizgłych, unurzanych w moralnej zgniliźnie konkurentów z okresu. Zacznijmy od tego, że zaskakują profesjonalna realizacja oraz przyzwoite aktorstwo (czyt. powyżej średniej gatunkowej). Nie owijając w bawełnę: to się po prostu dobrze ogląda! Może rzecz w tym, że scenariusz ma ręce i nogi, miast skupiać się tylko na wyszukiwaniu pretekstów do pokazywania roznegliżowanych semi-modelek. A może to umiejętność budowania napięcia, przy jednoczesnej potrzebie wyłamywania się ze schematów? Dość powiedzieć, że zabieg, w myśl którego postać mordercy jest nam znana od samego początku, sprawdza się tutaj doskonale: w przeciwieństwie do bohaterek, jesteśmy cały czas świadomi, że pośród nich znajduje się wilk w ludzkiej skórze, co paradoksalnie pomaga kreować ekranowy suspens.


Nie bez znaczenia są też wspomniani aktorzy, spośród których najbardziej wybija się Bruce Watson, jako zwichrowany mizogin z kompleksem Edypa i niebezpiecznym błyskiem w oku. Na drugiej szali mamy Williama Smitha (m.in. ojciec "Conana Barbarzyńcy"), który z właściwą sobie swadą wciela się w twardego gliniarza na tropie psychola. No, może nie przez cały czas takiego twardego – w zasadzie dopiero w finale odkrywa on przed widzem swe pochmurne oblicze Brudnego Harry’ego. No i są też niewiasty, wszystkie zgrabne i ponętne. Wyróżnić trzeba z pewnością obecność Dyanne Thorne, ale w tym akurat przypadku nie mogę zrozumieć twórców: dysponując na planie słynną Ilsą, kompletnie nie wykorzystali jej naturalnych atutów. Nie dość, że ginie jako pierwsza, to jej obfite walory (chyba wiadomo, o czym mowa) migają nam przed oczami w szarpanych wstawkach. Nieładnie, panowie, nieładnie! Ale cały film – jak najbardziej wart uwagi. Mniej tu sleazu, więcej za to roboty na poziomie i zabawy konwencją.

P.S. Tekst uprzednio ukazał się w zbiorczym tekście Sexploitation, mon amour Vol. 2 na portalu Kinomisja.





3/04/2019

Fantasm (1976)

dir. Richard Franklin



Niedługo po nakręceniu debiutanckiego „The True Story of Eskimo Nell”, szerzej nieznany, początkujący reżyser z Antypodów nazwiskiem Richard Franklin dostał propozycję zrealizowania niskobudżetowej komedii erotycznej. Punktem odniesienia były, popularne wówczas zwłaszcza w niektórych krajach Europy, kręcone niskim sumptem filmy, które pod płaszczykiem walorów edukacyjnych przemycały duże dawki golizny. 


Franklin postawił na rubaszną formę i frywolny żart i choć efektem jego wysiłków nie jest dzieło na miarę „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać”, niemniej byłby to dobry alternatywny tytuł dla tejże produkcji. Naszym przewodnikiem po niuansach ludzkiej psychiki jest pocieszny profesor Jungenot A. Freud (John Bluthal), światowej sławy niemiecki psychiatra, który w nader przystępny sposób przedstawia zagadnienia związane z rozmaitymi fantazjami seksualnymi. Niektóre z nich są zgoła banalne, inne naładowane erotyzmem, jeszcze inne – zwyczajnie nieprzyzwoite…


Na film składa się szereg krótkich nowelek, spośród których niektóre zahaczają o tematykę tabu. Wszak w czasach dzisiejszych feministki z pewnością nie miałyby grama wyrozumiałości dla historii traktującej o kobiecych marzeniach związanych z… gwałtem. Niesmak u niejednego wzbudzi również sprośny segment z wątkiem kazirodczym. Nie warto chyba jednak zaprzątać sobie w trakcie seansu głowy rozważaniami nad nieuchronnie zmieniającymi się nastrojami społecznymi i przesuwającymi granicami wolności. Tutaj chodzi przecież o rozrywkę w nieco pikantnym sosie, a tak się składa że „Fantasm” z obietnic złożonych widzowi się wywiązuje. Jest frywolnie, ale z zachowaniem lekkiego tonu. Co bardziej bezwstydne wyjątki w dowcipny sposób komentuje, posługujący się twardym akcentem, zgoła niegroźny profesor, a na brak dorodnych ciał w pełnej okazałości nie można narzekać. 


Bo choć Franklin historię ramową (tj. właśnie wywody zafiksowanego na punkcie seksu psychiatry) nakręcił w rodzimej Australii, to po „pikantne szczegóły” ekipa musiała udać się do grzesznego Los Angeles, wówczas rozkwitającej światowej stolicy porno. Poszukując odpowiednich odtwórców do swoich nowelek, twórcy zgłosili się do agencji aktorskich specjalizujących się w gwiazdach „kina dla dorosłych”. A że akurat mamy połowę lat 70., przez ekran przewijają się takie sławy branży, jak Candy Samples, Serena, Rene
Bond, Maria Arnold czy sam John „Johnny Wadd” Holmes. Segment z udziałem tego ostatniego jest jednocześnie tym, który najmocniej zahacza o klimaty XXX. W prostej historyjce o rozleniwionej kobiecie, zażywającej odpoczynku nad brzegiem basenu, Holmes wyłania się z jego odmętów jako współczesne wcielenie Neptuna, by – jakżeby inaczej – dać znudzonej niewieście rozkosz, o jakiej nie śniła. Tym samym, możemy w pełnej krasie obserwować słynny rewolwer Johnny’ego Wadda. Następujący po igraszkach z użyciem owoców podwodny taniec, choć – z wiadomych względów – nosi pewne znamiona twardej pornografii, jest jednocześnie celebrowany z takim smakiem że przez moment można odnieść wrażenie, że to zupełnie inny kaliber kina (twórcy ewidentnie zapatrzeni byli w tym przypadku w starszą o dwa lata "Emmanuelle"). 


Plejadę pięknych i szczodrze obdarzonych przez naturę dopełniają występy Uschi Digard i Roxanne Brewer, które z kolei wdziękami mamiły głównie w kinie eksploatacji. Choć akurat krótka opowiastka z wątkiem lesbijskim, w której podziwiamy wdzięki jednej z „superlisic” Russa Meyera należy niestety do najbardziej rozczarowujących. Warto na koniec zaznaczyć, że stojący za kamerą Franklin, po zrealizowaniu kilku udanych thrillerów na rodzimym gruncie (m.in. „Patrick” i „Roadgames”), wyruszył na podbój Hollywood, gdzie popełnił m.in. sequel „Psychozy”. O „Fantasm” wolał po latach wypowiadać się jako o czymś w rodzaju „filmu studenckiego”.

P.S. Tekst częściowo ukazał się już wcześniej na łamach "wyliczanki" Sexploitation, mon amour Vol. 2 na portalu Kinomisja.

3/03/2019

Rolls-Royce Baby (1975)

dir. Erwin C. Dietrich




Lina Romay pierwsze kroki przed kamerą stawiała w wieku 19 lat, występując w niskobudżetowym horrorze „The Erotic Rites of Frankenstein”. Jak się miało później okazać, stojący za kamerą Jesús Franco został jej życiowym partnerem (choć para wzięła ślub dopiero na jesieni wspólnego życia, w 2008 roku). Na przestrzeni czterdziestu kolejnych lat, Lina wystąpiła w ponad setce jego filmów, okazjonalnie również sama zajmowała się reżyserią i scenariopisarstwem.


„Rolls-Royce Baby” to jeden z nielicznych przypadków, gdy Franco „wypożyczył” swą muzę innemu twórcy. Oczywiście miało to miejsce „po znajomości”, gdyż producentem przedsięwzięcia był Erwin C. Dietrich, wieloletni współpracownik Hiszpana, który pomógł mu zrealizować kilka spośród jego najbardziej znanych dzieł. Nakręcony we RFN film opowiada historię młodej dziewczyny, która odniosła sukces w aktorstwie i modelingu, dzięki czemu teraz może pławić się w luksusach. Dziewczę jest przy tym zdecydowanie wyzwolone i wprost uwielbia przygodny seks. Jej ulubione zajęcia to: masturbacja, wdzięczenie się przed obiektywem i szukanie przypadkowych partnerów…


Ot, cała fabuła. Towarzyszymy naszej niewyżytej nimfomance, gdy zza okien prowadzonej przez szofera-karatekę (sic!) limuzyny wypatruje kolejnej zdobyczy. Ktoś powie: na podrzędnego pornosa z pewnością wystarczy. Ale „Rolls-Royce Baby” to coś znacznie więcej niż zwykłe porno. Jeśli już, to rzecz balansuje na styku soft- i harcore’owej pornografii: seksu i golizny jest tu co niemiara, wcielająca się w tytułową bohaterkę Romay paraduje nieustannie w negliżu, a i na dosłownie ukazaną scenę fellatio w jej wydaniu miejsce się znalazło. W tym miejscu Dietrich wyznacza jednak granicę.


Wbrew pozorom rzecz zrealizowana jest bowiem ze smakiem, a ubóstwo fabuły wynagradza poziomem realizacji. To nie jakiś obskurny seksploatacyjny śmieć, ale erotyk pełna gębą, okraszony wpadającą w ucho ścieżką dźwiękową od Waltera Baumgartera (szkoda jedynie, że na dłuższą metę jest ona monotonna) i kładący duży nacisk na stronę wizualną. Dietrich z lubością komponuje stylowe, eksponujące przepych kadry. Celebruje piękno kobiecego ciała, jakby chciał powiedzieć „patrz, ale nie dotykaj”. Gdyby ubrać te wycyzelowane fotosy w jakąś zgrabną treść, to śmiałbym może pokusić się nawet o porównanie względem Borowczyka. Tam jednak, gdzie twórca „Opowieści niemoralnych” sięgnąłby po surrealizm lub wymiar poetycki, tam niemiecki reżyser i producent woli prezentować zbliżenia na wygolone krocze swej gwiazdy. Trudno mu się dziwić, bo Romay w swych młodych latach mogła się poszczycić nie lada figurą i – co nie mniej istotne – nie miała oporów z prezentowaniem jej w pełnej krasie.



Komu więc w pierwszej kolejności należałoby polecić „Rolls-Royce Baby”? Na pewno nie tym, których odrzucają duże dawki nagości. Ale też i raczej nie nałogowym onanistom, bo Ci mogą okazać się znużeni brakiem „akcji”. Docenią za to tytuł z pewnością miłośnicy zrealizowanej na poziomie, europejskiej erotyki w starym (czyt. głównie lata 60., 70.), dobrym stylu. Bez doszukiwania się drugiego dna, w zgoła eksploatacyjnym duchu, ale też bez obrażania inteligencji widza. Aż szkoda, że Romay częściej nie występowała w odmiennym niż zwykle (czyt. dorobek Franco) repertuarze.


Jedyne co zarzucić mogę (i muszę) to fakt, że mniej więcej po godzinie seans zaczyna nużyć: powtarzany w kółko schemat (wyprawa samochodem, zgarnięcie "zdobyczy, igraszki) staje się śmieszny, a wijąca się w ekstazie Romay przestaje budzić emocje. Tu właśnie przeszkadza brak solidnej historii, która w drugiej połowie mogłaby się rozkręcić i utrzymać zainteresowanie widza do końca. Tym samym - polecam, ale i przestrzegam. Dla niektórych przetrwanie tych 90 minut w jednym podejściu może okazać się zadaniem ponad siły.



1/25/2019

Dead of Winter (1987)


dir. Arthur Penn



Noc sylwestrowa, północne rubieże Stanów Zjednoczonych. Kobieta czeka na kogoś w samochodzie na opustoszałym parkingu. Dzwoni z budki telefonicznej, wraca do auta. Jak się jednak okazuje, nie jest już w nim sama. Na tylnym siedzeniu znajduje się morderca…

To jedna z pierwszych scen filmu Arthura Penna „Dead of Winter”. Zgodnie ze słynną maksymą, zaczyna się od „trzęsienia ziemi”. A potem jest już coraz ciekawiej. Oto poznajemy początkującą aktorkę Katie McGovern (Mary Steenburgen), która bezowocnie biega z jednego castingu na następny. Podczas jednego z przesłuchań wpada jednak w oko pana Murraya (Roddy McDowall), który oferuje jej rolę w filmie. Oryginalna odtwórczyni ponoć przeszła załamanie nerwowe, a Katie jest to niej uderzająco podobna. Tak oto, dziewczyna staje przed życiową szansą. Tak się przynajmniej z początku wydaje…


Penn, twórca takich klasyków, jak „Bonnie i Clyde” czy „Wielki mały człowiek”, pierwotnie wcale nie miał zamiaru podejmować się reżyserowania „Dead of Winter”. Zrobił to dopiero po namowach szefa studia, po tym jak producent wylał z posady reżysera niedoświadczonego Marca Shmugera, również współscenarzystę. Efektem nie jest więc może dzieło wiekopomne, ale z pewnością mamy do czynienia z kawałkiem porządnego kina rozrywkowego. Fabuła trzyma w zanadrzu kilka soczystych zwrotów akcji, a od momentu wyjazdu głównej bohaterki do śnieżnego ustronia, napięcie konsekwentnie rośnie. Co najważniejsze, nie ma tu miejsca na tanie sztuczki, jest za to potężna dawka suspensu, która skutecznie wbija w fotel na półtorej godziny seansu.


 No i są też, rzecz jasna, aktorzy. Całe trio odtwórców daje tu prawdziwie porywający koncert. Wyborna jest Steenburgen w potrójnej roli, przeistaczająca się z ofiary w wyrachowaną femme fatale. Partnerujący jej McDowall oraz Jan Rubeš tworzą z kolei kapitalny tandem przebiegłych oprawców. Pierwszy to socjopata o nienagannych manierach, z wiecznie przyklejonym do twarzy, naiwnym uśmiechem. Drugi, przez większość czasu przykuty do wózka inwalidzkiego, przekonująco wciela się w postać ukrywającego oblicze gangstera lekarza-psychiatrę o nawykach gawędziarza.


Cały ciężar spoczywa tu w zasadzie tylko na trójce odtwórców, a postaci zamknięte są w domu na odludziu. Perfekcyjne warunki dla klaustrofobicznego thrillera, które wykorzystane zostały w nienaganny sposób. Oczywiście, jest to pozycja którą w wielu momentach należy traktować z przymrużeniem oka (czyt.: gdy przyjrzeć się bliżej, to dość nonsensowna bajeczka), ale w ramach zastosowanej konwencji nie zawodzi. W sam raz na porcję dreszczy w śnieżną, zimową noc. Jeśli lubicie klimaty à la „Misery”, to zdecydowanie warto sięgnąć.