8/21/2019

Commando Mengele (1987)


dir. Andrea Bianchi


Grupa izraelskich komandosów dokonuje zamachu na ukrywającego się w połudiowoamerykańskiej dżungli doktora Mengele (Howard Vernon). Atak kończy się niepowodzeniem: zamiast słynnego zbrodniarza ginie nazistowski naukowiec dr. Hess (zbieżność nazwisk przypadkowa). W tym samym czasie Marc (Antonio Mayans), potomek ofiar hitlerowskiego reżimu, odkrywa że Mengele chowa się w pilnie strzeżonej posiadłości na wzgórzu w Urugwaju. Chłopak nawiązuje znajomość z tancerką z klubu nocnego, która opowiada mu o przerażających eksperymentach dokonywanych przez osławionego „Anioła Śmierci”. Marc decyduje się stworzyć własny oddział złożony ze specjalistów i dopaść Mengele oraz jego popleczników...


„Commando Mengele” aka „Angel of Death” to efekt współpracy Andrei Bianchiego (reżyseria) i Jesúsa Franco (scenariusz). Ktokolwiek, kto kojarzy nazwiska tych panów, wie że należy spodziewać się porcji solidnego eurotrashu. I tak też jest w istocie: „CM” to nieudolne popłuczyny po „Chłopcach z Brazylii” Franklina J. Schaffnera, utytłane w sosie rodem z hollywoodzkiego kina klasy B. Zamiast Gregory’ego Pecka i Laurence’a Oliviera w rolach głównych antagonistów mamy tutaj stałego współpracownika Franco, Howarda Vernona oraz... Fernando Reya, którego z kolei większość widzów kojarzyć będzie z obrazami Luisa Buñuela. Pierwszy szarżuje ile wlezie jako demoniczny nazista, pragnący stworzyć podwaliny pod 4. Rzeszę, drugi z kolei ewidentnie zdaje sobie sprawę z tego, w jaką kabałę się wpakował: jego postać głównie przesiaduje z lupą w dłoni i zajmuje się przeglądaniem zdjęć z obozów zagłady (no bo tym przecież głównie zajmują się członkowie Mossadu i pokrewnych mu instytucji, czyż nie?).


Nie da się ukryć, że „CM” to szmira przez duże „G”, ale z gatunku tych, które dostarczają sporo satysfakcji: niedowierzanie towarzyszy widzowi już od pierwszych scen, a im dalej w las, tym bardziej rozrywkowo. Banda niewydarzonych „specjalistów” złożona została z samych oryginałów (mistrzostwo stanowi „karateka”, który z radości po przyłączeniu do misji rozdaje swoim uczniom kopniaki po zadkach), a efekty „przerażających” eksperymentów doktora Mengele doprawdy potrafią wprawić w osłupienie (dość powiedzieć, że show kradnie w tym przypadku z lekka zdezorientowany szympans, który jakimś cudem okupuje jedną celę z ofiarami badań). Całkiem logiczny wydaje się także fakt, że żydowski bojownik trzyma powieszony w domu na ścianie krucyfiks. W kwestii aktorskiej prym wiedzie Christopher Mitchum, o którego grze wypada powiedzieć tyle, że jego słynny ojciec powinien był go wydziedziczyć. Jako „rozczarowany życiem” amerykański najemnik niemieckiego pochodzenia, Chris zalicza tutaj jedną z najbardziej spektakularnych walk wręcz sfilmowanych w slow-motion, jakie kiedykolwiek zagościły na ekranach – it has to be seen, to be believed!


Bianchi („Cry of a Prostitute”, „Burial Ground”), który przyzwyczaił nas do propagowania w kinie sleazu, jest tutaj wprawdzie zachowawczy w tej kwestii, ale nadrabia reżyserską "inwencją", która wykracza daleko poza standardy włoskiego kina gatunków. Co minuta, to atrakcja – i to zarówno w kwestii fabularnej, jak i wpadek realizacyjnych, nonszalancji w traktowaniu logiki czy wreszcie kompletnego braku umiejętności prowadzenia aktorów. W drodze do finału wielokrotnie poddajemy zadamy sobie pytanie, czy twórcy zdołają nas jeszcze czymś zaskoczyć, a jednak – zawsze ta sztuka im się udaje. Toteż, jeśli poszukujecie porządnej odtrutki na marvelowski wysyp poprawności politycznej, wpadajcie do Urugwaju: nie spotkacie tu błyskotliwych ludzi, ale z pewnością nie będziecie narzekać na nudę!


8/11/2019

A Rainy Day in New York (2019)

dir. Woody Allen


Nowy film Allena nie miał łatwej drogi na ekrany. O aferze z Amazon Studios słyszał zapewne każdy, nie zamierzam więc rozpisywać się na ten temat. Faktem jednak jest, że "A Rainy Day in New York" zyskało etykietkę "kontrowersyjnego projektu" na długo przed premierą - rozpisywano się m.in. na temat rzekomo bulwersującej "sceny seksu między nastolatką, a podstarzałym mężczyzną". Kto jednak zna Allena, ten dobrze wie, że żaden z niego pornograf, choć tematyka seksu była u niego obecna od samego początku i zajmowała równie istotne miejsce w jego twórczości, co słynne fobie i neurozy reżysera. Nie będzie zaskoczeniem więc, że jego ostatni obraz to po prostu urokliwa komedia romantyczna, która nawet w dobie #MeToo nikogo nie zszokuje.


Gatsby (Timothée Chalamet) i Asleigh (Elle Fanning) jadą na weekend do Nowego Jorku. Oboje są studentami z Yardley: ona pragnie przeprowadzić wywiad do uczelnianej gazetki ze sławnym reżyserem Rolandem Pollardem (Liev Schreiber), on z kolei - rodowity nowojorczyk - planuje romantyczny pobyt w trakcie którego pokaże ukochanej ulubione zakątki miasta. Nieoczekiwany splot wydarzeń pokrzyżuje wyjściowe plany: rozdzielona para przeżyje intensywny dzień w skąpanym w deszczu Wielkim Jabłku...



Jak już na wstępie wspomniałem: to Allen w wydaniu lekkim i bezpretensjonalnym, daleki od czarnowidztwa z "Na karuzeli życia" czy "Nieracjonalnego mężczyzny". A przy okazji - niestrudzony piewca uroków Nowego Jorku. W jego ujęciu metropolia istotnie jawi się jednocześnie jako miejsce pełne wrażeń, a zrazem - lepszy wybór dla zakochanych niż Paryż i Wenecja razem wzięte. Dialogi typowe dla twórcy "Annie Hall", bo jego bohaterowie to z reguły sfrustrowani intelektualiści, neurotycy i nieszkodliwi dziwacy. W ustach młodego pokolenia, które gra tutaj główne skrzypce, nie brzmią jednak zbyt przekonująco. Ciężko bowiem uwierzyć w millenialsów rozprawiających o jazzie i starym kinie - bardziej prawdopodobne, że zamiast plumkać na fortepianie i marzyć o romantycznej miłości, biegaliby po Times Square z iPhone'ami i cykali sobie "selfiki". U Allena młodość jednak jest pełna szczerej naiwności i idealizmu, a po drugiej stronie mamy zgorzkniałych przedstawicieli starszego pokolenia - facetów w niekończącym się kryzysie wieku średniego, spoglądających tęsknie w kierunku pierwszej lepszej dzierlatki.


Ironiczny komentarz reżysera? Być może, ale podane jest to wszystko w tak wystylizowanej oprawie, że przechodzi wręcz niezauważone - to Allen beztroski, tworzący fantastyczną wizję świata na modłę klasycznych hollywoodzkich melodramatów, gdzie w finale dwoje zakochanych spotyka się w Central Parku, by - w strugach deszczu - połączył ich namiętny pocałunek. Nowy Jork = Manhattan, bohema, wystawne życie, muzea, delikatny, jazzujący podkład muzyczny na pianinie. Bardzo to ładna fantazja, przy której bez trudu można się zapomnieć na pełne półtorej godziny. Łyżka dziegciu wepchnięta od niechcenia też jest zresztą znakiem rozpoznawczym Allena: życiowe wzloty i upadki, mniej lub bardziej błahe miłostki, przewrotność losu - wszystko to tu jest i wcale nie gryzie się z na poły baśniową konwencją. W skrócie: Woody, dobrze że wracasz z niezaplanowanej emerytury. 



7/30/2019

Quelli che contano (1974)

dir. Andrea Bianchi



Andrea Bianchi miłośnikom włoszczyzny kojarzy się głównie z zombie-flickiem „Burial Ground”, niejeden z pewnością widział również jego naładowane seksem i przemocą giallo „Strip Nude for Your Killer”. Na rok przed tym ostatnim tytułem, reżyser wniósł swój wkład do kina poliziottesco wraz z „Quelli che contano”, szerzej znanym jako „Cry of a Prostitute”...



Z miejsca zaznaczę że jest to wkład niebagatelny, bo nawet jak na standardy tego ociekającego przemocą gatunku, „Cry of a Prostitute” imponuje zawartą dawką brutalności i mizoginii. Szkielet fabularny to jeszcze jedna u Włochów wariacja na temat „Straży przybocznej” Kurosawy: on jeden kontra zwaśnione gangi. Główny bohater (ikona nurtu, Henry Silva) nie jest jednak żadnym ostatnim sprawiedliwym – to najtwardszy pod sycylijskim słońcem skurwysyn, którym kierują zgoła niejasne pobudki (poznamy je dopiero w finale). Mafijny najemnik, który podsyca nienawiść między dwoma klanami ma zresztą swój znak rozpoznawczy: za każdym razem gdy wkracza do akcji, w okolicy rozbrzmiewa charakterystyczna gwizdana melodia...



Trochę mamy więc tutaj z „Ojca chrzestnego”, trochę ze spaghetti od Sergio Leone. Sceny porachunków są odpowiednio krwawe i widowiskowe, zupełnie jakby Bianchi starał się kopiować Peckinpaha. Już scena otwierająca przysłowiowych „jeńców nie bierze”: jesteśmy świadkami wypadku drogowego z dekapitacją, a w kostnicy okazuje się, że dziecko które jechało autem już dawno było martwe i służyło jedynie za „futerał” na transport heroiny. Potem jest równie ciekawie, bo reżyser wplata do historii wątek żony mafiosa, byłej prostytutki (stosownie wystylizowana, a następnie poobijana Barbara Bouchet), która stara się uwieść naszego wojaka. Ten jej awansom poniekąd ulega, ale na swój specyficzny sposób: namiętność zostaje skonsumowana na... świńskiej tuszy. Jakby tego było mało, w jednej z późniejszych scen, bohater katuje tę sama niewiastę przy użyciu paska od spodni, by zaraz potem ją zgwałcić. Gdyby w momencie powstawania filmu istniało pojęcie „politycznej poprawności”, można by śmiało powiedzieć że Bianchi drwi z niego w żywe oczy.


„Quelli che contano” stanowi więc przykład typowo samczego kina, w którym faceci prowadzą bezpardonową wojnę, w przerwach traktując kobiety jak dziwki. Imponuje swoją bezkompromisowością, dzięki czemu łatwo wybaczyć Bianchiemu że warsztat ma raczej ubogi. Realizacyjnie nie są to bowiem wyżyny gatunku, a przyciężka psychologia w gruncie rzeczy nadaje się wyłącznie do śmietnika. Ale w końcu na śmietniku w pewnym sensie się znajdujemy: to świat bez zasad, gdzie nawet dziecko nie stanowi świętości, a pijane lafiryndy wdzięczą się do brutali o kamiennym spojrzeniu. Podły, ciężki, nihilistyczny pomiot celuloidowy, ale o wyjątkowo rozrywkowym charakterze.


7/02/2019

The Bat (1959)


dir. Crane Wilbur




Najpierw była powieść “The Circular Staircase” autorstwa Mary Roberts Rinehart z 1908 roku, dwanaście lat później przerobiona na sztukę teatralną “The Bat”. Sceniczna historia o zamaskowanym mordercy i poszukiwaniach skradzionej fortuny przenoszona była następnie na ekran trzykrotnie (jeśli nie liczyć bezpośredniej ekranizacji książki z 1915 roku). Pierwsza adaptacja z 1926 była filmem niemym, wersja z 1930 roku była już udźwiękowiona. Ostatnim bezpośrednim podejściem do kryminalnego konceptu był z kolei obraz Crane’a Wilbura z 1959 roku.


Autorka kryminałów Cornelia Van Gorder (Agnes Moorehead) wprowadza się na okres letni do posiadłości bankiera Johna Fleminga (Harvey Stephens), podczas gdy on przebywa na polowaniu w górach. Dom przez większość miejscowych uważany jest za przeklęty. Wkrótce, na wieść o grasującym po okolicy mordercy zwanym „Nietoperzem”, cała urzędująca w rezydencji służba wymawia pracę. Tymczasem sensację wywołuje wiadomość, że właściciel banku dokonał kradzieży ze skarbca na kwotę miliona dolarów, po czym zginął w trakcie górskiej wyprawy. Wszystko wskazuje na to, że zrabowany łup musiał ukryć właśnie w swojej letniej posiadłości...


„The Bat” łączy estetykę gotyckiego horroru i klasycznego „whodunit?”. Miks ten nie zawsze wypada przekonująco, bo w zasadzie mamy do czynienia z prowadzonymi równolegle dwoma wątkami (sprawa seryjnego mordercy i poszukiwania skradzionych pieniędzy), które wprawdzie się zazębiają, ale jest to proces nie do końca przekonujący. Odpowiedź na pytanie „kto morduje?” będzie – w zależności od stopnia zaawansowania widza – albo zaskakująca albo też... rozczarowująca. Nie ulega wątpliwości, że rzecz mocno już się zestarzała, a niektóre zwroty akcji są do tego stopnia naiwne, że ciężko je skwitować inaczej niż śmiechem. Nie pomaga również teatralny rodowód: akcja przez większość czasu toczy się w jednym miejscu, jest raczej statyczna i nawet okazjonalne ataki zabójcy (który jest zresztą przez większość czasu strasznym fajtłapą) nie są w stanie jej rozruszać.


Obraz Wilbura posiada jednak mimo wszystko pewien urok i wdzięk. Rzecz prawdopodobnie już w momencie powstania, zmuszona konkurować z produkcjami Hammer Films, musiała się prezentować nieco staroświecko – miejscami można odnieść wrażenie, ze powstała co najmniej dekadę wcześniej. Ma to swoje minusy (o czym wyżej), ale też nie ukrywam, że to nader przyjemny, lekki seans, który okazjonalnie (i niezamierzenie) wpędza w wesołość. Niewątpliwy plus stanowi obsada, pośród której brylują niezastąpiony Vincent Price (tutaj jako nieco szemrany lekarz i zarazem jeden z głównych podejrzanych) oraz wcielająca się w pisarkę Agnes Moorehead. Warto również zwrócić uwagę na figurę samego mordercy, który z kolei spokojnie mógłby robić za wzór dla klasycznego zabójcy z filmów giallo: czarna maska na twarzy, kapelusz z szerokim rondem i do tego rękawiczki... ze szponami.

Ramotka, toteż nie dla każdego. W pierwszej kolejności dla tych, którzy lubią tradycyjne łamigłówki kryminalne i nie przeszkadza im, gdy nieco zalatują one sztampą. Po latach ciężko wprawdzie uwierzyć, w jaki sposób sztuka Rinehart mogła okazać się wielkim broadwayowskim hitem (a film ponoć trzyma się pierwowzoru wiernie), ale też nie okłamujmy się – gorsze dziwy widujemy na co dzień...


6/18/2019

Zombi 2 (1979)

dir. Lucio Fulci



Do Zatoki Nowojorskiej wpływa dryfująca łódź. Straż Przybrzeżna wchodzi na jej pokład i zostaje zaatakowana przez wielkiego mężczyznę, który zachowuje się jak szaleniec. Zanim zostanie postrzelony w samoobronie, przegryza szyję jednego ze stróżów prawa. Wkrótce okazuje się, ze łódź była własnością pewnego naukowca, który prowadzi badania na jednej z karaibskich wysp. Jego córka, wspólnie z reporterem z nowojorskiej gazety, wyrusza na poszukiwania badacza, o którym słuch zaginął...


Tak przedstawia się zawiązanie akcji w „Zombi 2” Lucio Fulciego. Karaiby, Voodoo i żywe trupy, a zarazem właściwy początek wielkiej przygody Włocha z gore. Wprawdzie już we wcześniejszych obrazach reżysera przemoc – również w wydaniu ekstremalnym – była obecna, ale to dopiero na tym etapie na dobre poświęcił się on celebrowaniu flaków i zgnilizny. Powstające z grobów trupy trawione są przez rozkład, z ich oczodołów wysypują się glisty, czuć zapach śmierci i rozkładu. Upiorna, sugestywna wizja, którą twórca będzie później dopracowywał m.in. w swojej trylogii „Bram Piekielnych”.


Same okoliczności powstawania filmu doskonale podsumowują podejście Włochów do kina rozrywkowego w tamtym okresie: „Świt żywych trupów” George’a Romero święcił właśnie we włoskich kinach triumfy pod mało wysublimowanym tytułem „Zombi” (wersja na tamtejszy rynek została przemontowana przez samego Dario Argento). Producent Fabrizio De Angelis, który dysponował scenariuszem Dardano Sacchettiego, który dotykał tematyki żywych trupów, postanowił wykorzystać okazję i zarobić na sukcesie amerykańskiego hitu. Reżyserię tego „nieoficjalnego sequela” powierzył Fulciemu.


Fabuła nie ma wiele wspólnego z dziełem Romero, a komentarz społeczny, tak istotny w „Świcie”, jest tu nieobecny. Włoch stworzył rasowy horror, który bazuje głównie na klimacie i podkręconych do maksimum efektach szoku. Słynna, po wielokroć cenzurowana, scena nabijania oka na drzazgę to tylko jeden z przykładów tego, jakimi środkami operuje ”Zombi”. Niski budżet i realizacyjne niedostatki nadrabiane są tonami obrzydliwości i gęstą atmosferą, którą potęguje kapitalny, syntezatorowy soundtrack od Fabio Frizziego. Minorową wymowę całości wieńczy pamiętny finał, w którym wracamy do Nowego Jorku z zapowiedzią apokalipsy.


„Zombi 2”  w momencie premiery nie zyskało aprobaty krytyków, a na Wyspach film został mocno pocięty po to tylko, by wejść do kina z kategorią X. Wypuszczony na rynek video, dołączył do listy osławionych „video nasties”, by przez kolejne lata być wydawanym w mniej lub bardziej okrojonych wersjach. Dlatego przy poszukiwaniach warto zwracać na długość trwania, aby przypadkiem na natrafić na wydanie, na którym spoczęły łapy cenzorów. 


Niedawno miałem okazję obejrzeć omawianą pozycję i w trakcie seansu uzmysłowiłem sobie, że ostatni raz widziałem ją dobre 20 lat temu. Co więcej, okazało się, że film jest... dokładnie taki, jakim go zapamiętałem. Gęsta atmosfera, świetna charakteryzacja, kilka mocniejszych momentów, lekki dysonans pomiędzy pocztówkowymi widokami, a makabryczną tematyką, cudnie "odjechana" scena zapasów zombie z rekinem. Ale głównie ten mocarny klimat, jakiego ze świecą szukać u innych reżyserów. Jedno z największych arcydzieł włoskiego horroru – nie ulega wątpliwości, choć przecież przez lata traktowane po „macoszemu”, jako twór „gorszej jakości”. Aby dziejowej ironii jeszcze raz stało się zadość, Fulci oddane rzesze fanów i należyty szacunek zyskał dopiero po śmierci. "Zombi 2" aka "Zombie Flesh Eaters" z biegiem lat zaś tylko zyskuje - już nie jako obskurne, sadystyczne gore, a klasyka w czystej postaci.

PS. Samo "Zombi 2" doczekało się dwóch "oficjalnych" sequeli, w których to swe niecne paluchy maczał Claudio Fragasso (na planie "trójki" zastąpił schorowanego Fulciego). Filmy powstały odpowiednio w 1988 i 1989 roku. W obu przypadkach mamy do czynienia z rozrywką tylko dla zahartowanych miłośników włoszczyzny trzeciej świeżości, przed czym lojalnie przestrzegam. 



6/03/2019

Train spécial pour Hitler (1977)

dir. Alain Payet



Podczas gdy włoskie kino nazisploitation obfitowało w naturalistyczne obrazy gwałtów, tortur i przemocy wszelakiej, jego francuski odpowiednik oparty był na nieco bardziej subtelnej formule. Produkowane przez wytwórnię Eurociné obrazy skupiały się przede wszystkim na erotyce, co najwyżej celebrując fetyszyzm, ale unikając z reguły czytelnych konotacji z tematyką Holokaustu. Tytuły pokroju „Helga, la louve de Stilberg” czy „Elsa Fräulein SS” chętnie przy tym podbierały od głośnych dokonań nurtu. W przypadku „Train spécial pour Hitler” aka „Helltrain” aka „Hitler’s Last Train”, punkt wyjścia jest w zasadzie identyczny jak w „Salonie Kitty” Tinto Brassa, z tą różnicą, że w tym przypadku mamy... burdel na kółkach. 


Wszystko zaczyna się w momencie, gdy członkowie SS podejmują decyzję o stworzeniu mobilnego domu publicznego dla kadry oficerskiej. Umiejscowiony w pociągu przybytek ma stać się miejscem relaksu dla żołnierzy na froncie. Jego szefową zostaje piosenkarka z klubu nocnego, ulubienica wpływowego SS-mana, Ingrid (gwiazda francuskiego sexploitation, Monica Swinn)...


O fabule ciężko napisać cokolwiek więcej, albowiem jest ona do bólu sztampowa i wyjątkowo uboga. Na akcję składa się szereg „pikantnych” scenek, przetykanych nużącymi scenami dialogowymi. W drugiej połowie, w miarę zbliżania się do frontu, tempo nieco się rozkręca, co jednak niekoniecznie oznacza że robi się ciekawie – ot, do całego spektaklu dołączone zostają po prostu sceny potyczek z partyzantami, strzelaniny itp., itd. 


Stojący za kamerą Alain Payet wyspecjalizowany był w kinie pornograficznym i trzeba mu oddać, że sceny erotyczne filmuje z reguły w całkiem stylowy sposób, unikając przy tym z reguły dosłowności. Nie ma za to ręki do aktorów i za grosz talentu, jeśli chodzi o budowanie dramaturgii. Rytm opowieści jest monotonny i usypiający niczym stukot kół tytułowego pociągu. Widzowie poszukujący bezeceństw również poczują się mocno zawiedzeni, bo bodaj najmocniejsze fragmenty historii dotyczą poklepywania prostytutek po tyłkach przez członków ruchu oporu. No chyba, że kogoś zniesmaczy widok dorosłego faceta jadącego na dziewczynie niczym na koniu.


Perwersji brak, przemocy również, a i dawkowana szczodrze golizna szybko zaczyna nużyć. „Train spécial pour Hitler” to jeden z tych wyjątkowych przypadków, gdy sięganie po bulwersującą w założeniu tematykę nie przynosi żadnych wymiernych rezultatów. To tanie kino wojenne, podlane eksploatacyjnym sosem, który miast jednak emocjonować, przynosi gorzkie rozczarowanie. Ciekawscy zdecydowanie powinni sięgnąć po nazistowskie orgie w wydaniu spaghetti, tutaj panoszy się bowiem nuda. 


5/15/2019

Extremely Wicked, Shockingly Evil and Vile (2019)

dir. Joe Berlinger



Jaki Ted Bundy jest każdy widzi. Podły, okrutny, zły. A jaki jego obraz wyziera z filmu Joe Berlingera? To już ciężko jednoznacznie określić. Twórcy kolejnej produkcji o jednym z najsłynniejszych seryjnych morderców w dziejach postawili na rozwiązanie nieoczywiste, które jednak nie przyniosło wymiernych rezultatów.


Większość fabuły rozgrywa się bowiem w więzieniu i na sali sądowej. Począwszy od pierwszego aresztowania, towarzyszymy Tedowi w jego zmaganiach z wymiarem sprawiedliwości. To, co uchodzić mogło za najciekawszą część czteroodcinkowego serialu dokumentalnego „Conversations with a Killer: The Ted Bundy Tapes”, czyli właśnie proces i podwójna ucieczka tytułowego bohatera z mamra, tutaj stanowi kanwę całego filmu. Można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że „Extremely Wicked, Shockingly Evil and Vile” to swoisty suplement do tamtej produkcji Netflixa.


Nie jest to bynajmniej próba wyeksploatowania tematu, jak miało to miejsce w przypadku biografii w reżyserii Matthew Brighta z 2002 roku czy niskobudżetowego „Bundy: An American Icon” z 2008. Spragnieni szokujących szczegółów podanych w sosie gore odejdą z kwitkiem. Po prawdzie, Berlinger podejmuje narrację tam, gdzie inni zazwyczaj kończą – już po morderstwach, skupiając się nie na morderczej odysei, ale na… No właśnie: na czym? Jeżeli bowiem film miał udzielić odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę był Ted Bundy, to niestety sztuka ta się nie powiodła. Co więcej: dziwne przeskoki czasowe mają prawo drażnić. Nie ulega wątpliwości, że był to zabieg celowy, jednak przeciętny widz będzie się zastanawiał, co na ten przykład działo się z Bundy’m po ucieczce z budynku sądu w Aspen.


Ci zaś, którzy historię co nieco znają, zastanawiać się nie będą musieli, ale też nie znajdą tutaj żadnych nieznanych faktów. W gruncie rzeczy to poprawna telewizyjna robota, która stara się być po prostu „na czasie”. Największe novum stanowi bowiem decyzja o uczynieniu z postaci dziewczyny Bundy'ego równorzędnej bohaterki. Jej wątek jest jednak średnio wciągający i wepchnięty na siłę: ot, zakochane dziewczę, które potrzebuje czasu, aby przejrzeć na oczy, że jej rycerz na koniu to wyrachowany, pozbawiony uczuć morderca. A w międzyczasie pije (tzn. ona, on zabija i gwałci)… Figura oparta na kliszach, której rozbudowana tutaj obecność ma za zadanie stanowić chyba jedynie kontrapunkt, w myśl zasady: potrzeba nam kobiecej heroiny.


No i jest oczywiście Ted: socjopata o olbrzymim uroku osobistym, wygadany, z przylepionym do twarzy uśmiechem. Facet, który na pierwszy rzut oka „muchy by nie skrzywdził”. Niezdolny do odczuwania empatii, wiedziony wewnętrzną potrzebą destrukcji, sprytny lawirant. Oddać trzeba na pewno, że obsadzenie w tej roli Zaca Efrona było strzałem w dziesiątkę. Ze swym wyglądem wiecznego chłopca, aktor doskonale wykorzystuje okazję do stworzenia postaci wyrazistej i niejednoznacznej. Ten sam Efron, który jeszcze do niedawna był tylko „niezłym ciachem” dla nastolatek z mokrymi majtkami, wyrósł  na odtwórcę, który okazuje się mieć nie tylko urodę, ale i talent. Dobra kreacja, która mogłaby być jeszcze lepsza przy sprawniej napisanym scenariuszu.


Intrygująco prezentuje się również drugi plan. Choć w tym przypadku można mówić już tylko i wyłącznie o „ciekawostkach”. John Malkovich odcina kupony, wcielając się w postać sędziego, który wsadził Bundy’ego na krzesło elektryczne. Znany z „Teorii wielkiego podrywu” Jim Parsons gra prokuratora, ale… my wciąż przed oczami mamy Sheldona, więc ciężko to uznać za trafioną decyzję castingową. Haley Joel Osment tyje i tyje, odgrzewając kotlety - w tym przypadku grając „dobrego ducha” narzeczonej Teda. Fani Metalliki z kolei wypatrywać będą Jamesa Hetfielda, ale ten miga na ekranie dosłownie przez moment jako policjant z drogówki. 


Patrząc na całokształt można śmiało stwierdzić, że potencjał był, ale gdzieś po drodze rozpłynął się w mętnych ambicjach twórców. Największym plusem produkcji pozostaje bowiem udział wspomnianego Efrona. Ci, którzy szukają bardziej kompleksowego podejścia do biografii Bundy’ego, mogą sięgnąć po „Deliberate Stranger” z 1986 roku z Markiem Harmonem lub - z nowszych – po „Stranger Beside Me” z 2002. Albo też – by za daleko nie szukać – po wspomniany dokument, w którym na własne uszy usłyszymy, jak Ted miga się od wyznania prawdy.




4/18/2019

Stone Cold (1991)

dir. Craig R. Baxley




Wysyp B-klasowego kina akcji jaki nastąpił w latach 80., sprawił że producenci intensywnie rozglądali się za potencjalnymi gwiazdami tego typu produkcji. Wiadomo, był Arnie, był Sly, Chuck, potem również Van Damme i Seagal. Ale zapotrzebowanie w drugiej połowie dekady i na początku następnej wydawało się wcale nie słabnąć, w związku z czym na rynek wypływały kolejne tytuły z udziałem umięśnionych, władających (albo markujących takie umiejętności) sztukami walki, potencjalnych herosów eskapistycznej rozrywki. Pośród wielu, którzy nigdy nie dotarli „na szczyt” był również The Boz, a właściwie Brian Bosworth. Były zawodnik futbolu amerykańskiego, który po odniesionej kontuzji zdecydował się zrobić karierę w filmie.

Debiutancki obraz z udziałem emerytowanego sportowca, „Stone Cold” (na polskim rynku VHS dostępny przed laty pod tytułem „Zimny jak głaz”) choć zadebiutował na ekranach w 1991 roku, stanowi idealny przykład niefrasobliwej, ejtisowej rozrywki. Główny bohater to twardy glina z Alabamy, który zostaje zawieszony za swoje „brutalne metody”. Okazję postanawia wykorzystać FBI, proponując mu pracę „pod przykrywką”. Joe Huff, teraz jako „John Stone”, wnika w szeregi gangu motocyklowego, by rozpracować go od środka…

Brzmi znajomo, prawda? Obraz Craiga R. Baxleya sklecony został z klisz i sprawdzonych motywów, a następnie podrasowany dawką „niewymuszonego luzu”. W praktyce oznacza to, iż musimy na słowo uwierzyć, że Bosworth stanowi przyszłość kina akcji, a jego szelmowski uśmiech i obcisłe slipy (!) to hit sezonu. Już początek doskonale obrazuje, że twórcy nie starali się wysilać i po prostu sięgnęli do katalogu oklepanych wzorców: Huff wkracza do sklepu, w którym właśnie odbywa się napad i daje potężnego łupnia bandziorom. Wprawdzie w 1991 roku niekoniecznie wszyscy widzowie musieli kojarzyć „Brudnego Harry’ego”, ale „Cobrę” ze Stallonem sprzed lat pięciu z pewnością mieli obcykaną. I tak oto lecimy dalej: oferta od federalnych jest rzecz jasna nie do odrzucenia, a nasz twardziel bez trudu wkrada się w łaski dowodzącego gangiem bossa. Wszelkie przeszkody zostają błyskawicznie wyeliminowane, a na drodze pojawia się urodziwa flama w opałach.

Byłoby to może ciężkie do strawienia, gdyby nie fakt, iż „Stone Cold” nie daje siebie choćby przez chwilę traktować poważnie. Dialogi, nie dość że sztuczne, to jeszcze kipią nadmuchanym testosteronem, co bez przerwy owocuje efektami niezamierzenie komicznymi. Jako zaś, że w świecie motocyklistów nikt się nie patyczkuje, to i trup ścieli się gęsto. Finał na terenie sądu to już kompletna wolnoamerykanka, ze zbirami rozwalającymi każdego, kto stanie im na drodze. Sensu w tym za grosz, ale frajda – jeśli kupujecie i szanujecie konwencję – jest pierwsza klasa. Niejeden miłośnik VHS-owego dziedzictwa doceni również z pewnością obsadę: Lance Henriksen świetnie bawi się jako szef klubu i wcielone zło w jednym, a grający jego prawą rękę William Forsythe dzielnie dotrzymuje mu kroku.

Boz w filmach gra do dziś – z reguły w takich, których nikt nie ogląda. „Stone Cold” zaś, które zaliczyło klapę w momencie premiery, jak na ironię dla wielu jest dziś pozycją kultową, a zarazem najlepszą w dorobku Boswortha. To był ten moment, gdy chłopak z Oklahomy miał wrażenie że staje się gwiazdą wielkiego formatu. Moment trwał bardzo krótko, ale pozostały po nim wspomnienia. Wychodzi na to, że nawet wyrób seropodobny, wraz z upływem czasu nabiera szlachetności. Zapewne głównie dla sentymentalnych, ale ja tam Joe Huffowi w trakcie seansu kibicowałem.


4/16/2019

Puppet Master: The Littlest Reich (2018)

dir. Sonny Laguna, Tommy Wiklund



Przyznam bez bicia, że nigdy nie należałem do zagorzałych fanów serii „Puppet Master”. Ot, był sobie film, który w epoce VHS miał szczęście cieszyć się sporą popularnością, ale próby czasu nie wytrzymał. To że na jego bazie zbudowano całą franczyzę, z akcją poszczególnych odcinków rozgrywającą się na kilku kontynentach na przestrzeni całego XX wieku to swoisty fenomen, zważywszy że od początku były to produkcje skrajnie niskobudżetowe i – co tu dużo mówić – raczej kiczowate. Mojej wyobraźni temat w każdym razie nie rozpalił, a rachubę straciłem gdzieś na etapie 4-5 części. Nie trzeba więc chyba dodawać, że i po najnowszą, trzynastą (sic!) odsłonę nie byłem skory sięgać. I nie sięgnąłbym, gdyby nie zaskakująco pozytywne opinie, z jakimi się spotkałem, a przede wszystkim – osoba scenarzysty.


Tak się bowiem składa, że za scenariusz odpowiedzialny był w tym przypadku S. Craig Zahler, który szybko dorobił się rozpoznawalnej marki, tworząc takie „męskie” wymiatacze jak „Brawl in Cell Block 99” oraz „Dragged Across Concrete”. Do seansu zasiadałem więc z wypiekami na twarzy i świadomością, że będzie „po bandzie pojechane”.


Na pierwszy rzut oka, to kolejny tani horror z gatunku direct-to-video. Po klimatycznym wstępie z udziałem Udo Kiera, przenosimy się do małomiasteczkowej sielanki, gdzie największym problemem życiowym jest rozstanie z dziewczyną i konieczność ponownego zamieszkania z rodzicami. Taki los spotyka Edgara (Thomas Lennon), pracownika sklepu z komiksami i – według wszelkiego prawdopodobieństwa – nieudacznika. Kiedy chłopak znajduje w pokoju brata starą lalkę o sporej kolekcjonerskiej wartości, decyduje się ją sprzedać. Aby to zrobić, udaje się wraz ze swoim najbliższym przyjacielem i nowo poznaną sympatia na zjazd odbywający się w hotelu, który przed laty zyskał złą sławę ze względu na swych rezydentów: Toulona i jego zabawki…


Nie zdradzę żadnej tajemnicy, pisząc że od momentu przybycia do hotelu akcja zaczyna nabierać tempa, a złowieszcze lalki ożywają, zbierając krwawe żniwo wśród uczestników zjazdu. Schemat więc oklepany mocno, ale twórcom udało się nadać mu pozory świeżości. Ponoć „The Littlest Reich” ma pełnić funkcję rebootu zużytej serii i wychodzi mu to naprawdę nieźle. Zahler i stojący za kamerą Sonny Laguna oraz Tommy Wiklund postawili na czarny humor i gore, oferując mieszankę może nie odkrywczą, ale zdolną dostarczyć frajdę również tym, którzy z cyklem do tej pory do czynienia mieli niewiele albo wcale. Sceny morderstw są całkiem pomysłowe i nad wyraz krwawe, tu i ówdzie pojawi się jakiś „szalony” wybryk (prym wiedzie „Baby Hitler”), a zasady politycznej poprawności zostają odstawione na bok. No bo wyobraźcie sobie film, w którym nazistowskie zabawki szlachtują Żydów, homoseksualistów i wszelkich „odmieńców”, spełniając wolę swego „lepszego jakościowo” stwórcy? Wydawałoby się że w dzisiejszych czasach coś takiego nie przejdzie. A jednak! Przeszło i okazuje się, że w całkiem przystępnej i zabawnej formie.


Warto również zaznaczyć, że Zahler ma świetne „pióro do postaci”: trójka głównych postaci przypomina tu bohaterów ze slasherów dla nastolatków z lat 80. Ot, dwóch nerdów, którzy wolne chwile spędzają na czytaniu i/lub rysowaniu komiksów oraz typowa dziewczyna z sąsiedztwa, dorodna, ale nie żadna piękność, w sam raz abyśmy dali wiarę że mogłaby się zabujać w przysłowiowym „looserze”. Przeciętniacy, którzy dają się lubić na tyle, że widz ma ochotę im kibicować. A skoro już przy sentymentach jesteśmy... - grzechem byłoby nie wspomnieć o soundtracku, za który odpowiedzialny jest sam... Fabio Frizzi. Tak, facet odpowiedzialny za ścieżki do najlepszych filmów Fulciego wciąż tworzy i ma się dobrze!


Sprawdzone wzorce, trochę szczeniackiej zgrywy i masa czerwonej farby, a mimo tego - a może właśnie dlatego - te półtorej godziny cieszy. Zadowoli zwłaszcza tych, którzy są zmęczeni trendami we współczesnym kinie grozy, produkcjami spod znaku found footage i bezpłciowymi opowieściami o nawiedzonych domach. Tutaj lalki nie siedzą spokojnie w rogu, by po godzinie wypaść z szafy, wzbudzając ciarki u maluczkich, te lalki urządzają konkretną rzeźnię, nie każąc jednocześnie traktować siebie zbyt serio. Wyszło fajnie, z „jajem”, bez spiny, ale też bez walącej po oczach tandety.




4/12/2019

The Warrior and the Sorceress (1984)

dir. John C. Broderick



David Carradine gra na dwa fronty, wspomagając na przemian dwie bandyckie grupy z małego miasteczka, jednocześnie dążąc do ich wzajemnego wyniszczenia. Brzmi znajomo? Toż to przecie bezczelna kalka „Straży przybocznej” Kurosawy. Tylko, że tutaj osadzona w konwencji kina sword & sorcery. W dodatku z obfitującej w grzeszne przyjemności stajni Rogera Cormana.


Głównym bohaterem jest tutaj Kain (subtelność ponad miarę!), grany przez wzmiankowanego wyżej Carradine’a tajemniczy przybysz, który wymiata mieczem ze swadą godną samego Conana. Krajobraz wokoło siebie ma zgoła apokaliptyczny: jak okiem sięgnąć ciągnie się jałowa pustynia. Tu i ówdzie zdarzają się mieściny takie jak ta: rządzone przez przemoc i wyzysk. Zaludnione przez podłe kreatury i bezlitosnych watażków, czasem też – przez fantastyczne stwory.


Oprócz ewidentnej inspiracji słynnym filmem Kurosawy, można więc spokojnie mówić w tym przypadku o miksie heroic fantasy z klimatami rodem z „Mad Maxa” i przyprawami wziętymi prosto z „Gwiezdnych wojen”. Efekt jest miejscami pokraczny, ale ma swój urok: trup się ściele gęsto, a drugi plan zaludniają roznegliżowane panie, skutecznie odciągając uwagę od idiotycznego scenariusza. Oraz koszmarnie przerysowanej gry aktorskiej. Jedynie patrząc na Carradine’a odnosi się wrażenie, że facet nawet odgrywając skończenie kretyńską scenę i wygłaszając durne dialogi, jest w stanie wyjść z zadania z twarzą.


Ci, którzy widzieli na ten przykład serię o „Deathstalkerze” lub inne tanie rip-offy z tego okresu, doskonale wiedzą, czego się spodziewać. Mocarny heros walczy z czarnym charakterem (w tym przypadku nawet dwoma) w otoczeniu dekoracji widzianych w dziesiątkach podobnych produkcji. Niewiele rzeczy ma tu sens, ewentualnie podyktowane zostały względami "koniunkturalnymi": María Socas na ten przykład, wcielająca się w tytułową czarodziejkę, przez cały film paraduje topless. Zgodnie ze wspomnieniami Carradine’a, wdzięki argentyńskiej aktorki na tyle urzekły reżysera, że ten podjął decyzję, aby w każdej scenie pojawiała się ona półnago. Jeśli i tak Wam mało, to mamy tutaj również koncept, który o ładnych parę lat wyprzedza pamiętne spotkanie z prostytutką-mutantem z „Pamięci absolutnej” – z tą różnicą, że tutaj wyginająca się w pląsach tancerka ma nie trzy, a aż cztery piersi.


Podobne „ciekawostki” można by mnożyć, najważniejsze jednak że ten odgrzewany kotlet jest lekkostrawny i z pewnością nie zawiedzie nikogo, kto docenia wkład Cormana (tutaj na stołku producenta wykonawczego) w historię kina. Jest dokładnie to, czego oczekujemy po B-klasowym szlamie z dolnej półki: krew, gumowe potwory, nieporadna szermierka i niefrasobliwe sutki. All checked!