7/18/2018

La casa 4 (1988)

dir. Fabrizio Laurenti



Czy kontynuacja nieoficjalnego włoskiego sequela amerykańskiego hitu może być w ogóle czymś godnym uwagi? Podchwytliwe pytanie, bo odpowiedź zależy od tego komu je zadać. Jedni popukają się w głowę ("kontynuacja czego?"), inni z miejsca zaczną się ślinić. Jeśli jednak dodać, że w danym projekcie wzięli udział Linda Blair oraz David Hasselhoff to zaczyna się robić całkiem wesoło. Ale po kolei...


Rodzina Brooksów przybywa na położoną w niedalekim sąsiedztwie wybrzeża wyspę, z zamiarem zakupienia znajdującej się na niej posiadłości. Jak się okazuje, na miejscu znajduje się również para badaczy zjawisk nadprzyrodzonych, skuszona złą sławą domu. W wyniku niedogodnych warunków pogodowych, wszyscy przebywający na wyspie goście, zostają odcięci od świata. Wtedy też rozpoczyna się makabryczny horror...


Znów odzywa się popularna u Włochów tendencja, aby podpinać się pod dochodowe franczyzy. Jako, że na Półwyspie Apenińskim seria "Martwe zło" rozpowszechniana była pod mało wyszukanym tytułem "La casa" (dosł. dom), już w rok po premierze drugiej części kultowej serii Sama Raimiego, w słonecznej Italii na ekranach zadebiutował "La casa 3" w reżyserii  Umberto Lenziego. Jak w większości podobnych przypadków, obraz nie zdradzał choćby najmniejszych oznak związku z fabułą oryginału. Cel jednak został osiągnięty: paru frajerów dało się nabrać i wylądowało w fotelu z popcornem, licząc na więcej wrażeń z Ashem. Na kolejny cios nie trzeba było długo czekać: jeszcze w tym samym roku zadebiutował "La casa 4". Znów chodziło jedynie o bezczelne zdyskontowanie popularności produkcji zza Oceanu i znowuż historia w najmniejszym nawet stopniu nie wykazywała punktów zbieżnych z poprzednikami.


W gruncie rzeczy otrzymujemy standardowy horror o duchach i nawiedzonej posesji. Oryginalności w tym za grosz, bowiem twórcy równo zżynają z klasyki ("Lśnienie" Kubricka kłania się w pierwszej kolejności, poza tym "Dziecko Rosemary", "Egzorcysta"...). Najciekawsze (choć nie do końca wykorzystane) jest miejsce akcji: hotel położony na odizolowanej od cywilizacji wysepce. Autor scenariusza próbuje wrzucić do mikstury nieco dekadencji spod znaku wyższych sfer (postać przebrzmiałej gwiazdy srebrnego ekranu, która po zakończeniu kariery zaczęła wdawać się w diabelskie konszachty), nie wypada to jednak zbyt przekonująco. Jest porcja gore o raczej letniej temperaturze, co stanowi pewną (lichą, bo lichą...) pociechę. No i "gwiazdy". Mocno przechodzona Blair nawet nie stara się udawać, że to jedynie chałtura, za którą wpadnie drobna suma na konto. Zważywszy, że aktorka byłą wówczas w ciąży, nie dziwi, że żadne, także włoskie, pieniądze jej nie śmierdziały. Hasselhoff, niemiecki towar eksportowy numer jeden, wówczas poszukujący źródła zatrudnienia po zakończeniu produkcji telewizyjnego hitu pt. "Knight Rider", gra z nieco większym poświęceniem. I tyle w zasadzie dobrego można powiedzieć o stronie "aktorskiej".


Z niewiadomych przyczyn, na rynku amerykańskim obraz Fabrizio Laurentiego nie był rozpowszechniany pod tytułem "Evil Dead 4". Najwyraźniej tamtejsi dystrybutorzy nie docenili tego śródziemnomorskiego wypieku. Niesprawiedliwie zamknęli więc drogę omawianej produkcji do mas szerokich, używając zgoła przeciętnej i nie przyciągającej uwagi nazwy "Witchery". Tak czy siak, kto niejedną włoszczyznę w życiu spożywał (mam na myśli również te najniższych lotów), ten z pewnością wie, czego mniej więcej się spodziewać. Taniocha, od której często wieje nudą, ale swoich amatorów z pewnością znajdzie. Najlepsze z tego wszystkiego, bo i najbliższe pojęcia guilty pleasure są sekwencje "wizyjne". 

Ocena: **



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza