12/04/2016

9 ½ Weeks (1986)

dir. Adrian Lyne


Istnieje wiele przykładów filmów, które odniosły sukces nie tylko pomimo nieprzychylności ze strony krytyki, ale i początkowej niechęci publiczności. Za doskonały przykład posłużyć może "9 1/2 tygodnia", klasyczny już tytuł w reżyserii Adriana Lyne'a, odrzucony zrazu przez widzów w amerykańskich kinach. Ogromne powodzenie zyskał dopiero za granicami Stanów Zjednoczonych (m.in. w Australii i Europie), by następnie szturmem wziąć rynek wideo i przez długie lata pozostać w awangardzie wytrawnej erotyki.


Oparty na częściowo autobiograficznej książce Elizabeth McNeill, film przybliża losy atrakcyjnej rozwódki, pracownicy nowojorskiej galerii sztuki Elizabeth McGraw (Kim Basinger), która wdaje się w niebezpieczny romans z tajemniczym Johnem Grayem (Mickey Rourke). Przystojny, obdarzony szelmowskim uśmiechem mężczyzna odkrywa przed nią świat nieznanych jej dotąd uciech. Z czasem ich specyficzna relacja nabiera mrocznego wydźwięku, wraz z tym jak przekraczane są kolejne granice, a uczucie kochanka staje się coraz bardziej zaborcze... 


W tej opowieści o Pigmalionie alkowy wyraźnie pobrzmiewają echa skandalizującego "Ostatniego tanga w Paryżu", gdzie seksualna relacja pomiędzy młodą kobietą a wdowcem w średnim wieku wiodła prosto ku destrukcji. Ciężko jednak nie spostrzec, że dzieło Lyne'a to jedynie uboższa, spłycona wersja filmu Bertolucciego. Psychologię zastępuje więc perwersja w wydaniu soft (zapomnijcie o maśle), a obskurny wymiar wyjałowionego z uczuć aktu kopulacji - zmysłowość na miarę lat 80. XX wieku. "9 1/2 tygodnia" niesie ze sobą wszelkie wady i pozytywy, jakie cechowały kino amerykańskie tego okresu: powierzchowność w ujęciu problematyki, z jaką się boryka, wizualne rozpasanie wyniesione wprost z nowego medium, jakim były muzyczne wideoklipy, przyciężki dowcip i znaczny stopień umowności świata przedstawionego.


Co twórcy nakręconego trzy lata wcześniej hitu "Flashdance" oddać z pewnością należy, to fakt, że na stylizacji zna się jak mało kto. Dzięki temu nie tylko zgrabnie unika wulgarności, ale i czyni z clou programu, którym są sceny erotyczne, małe perełki. Dopieszczone, starannie oświetlone kadry są niczym balsam dla oczu: rozegrane w błękitach, zręcznie wykorzystujące grę cieniem, ujmują swym eterycznym charakterem. W tle zaś pobrzmiewają popowe hity dekady od Duran Duran, Bryana Ferry'ego, Eurythmics i Joe Cockera (pamiętny striptiz do "You Can Leave Your Hat On"). 



Również dobór odtwórców głównych ról uznać wypada za wysoce fortunny: ponętne kształty i naturalny wdzięk Basinger,w połączeniu z charyzmą i nonszalancją Rourke'a tworzą mieszankę wybuchową, która pozwoliła uczynić z tych dwojga symbole seksu swoich czasów.



Niestety, o ile zarówno strona plastyczna, jak i niezastąpiona w takich przypadkach aktorska chemia są zapowiedzią gorących doznań, o tyle w najwyższym stopniu zawodzi treść. Błaha historyjka o obdarzonej figurą Wenus cnotce, która przechodzi przez piekielną inicjację w ramionach drapieżnego Adonisa z Wall Street, na milę zalatuje romansem sprokurowanym ku uciesze gospodyń domowych. Jako przypowieść o owej mitycznej, ciemnej stronie pożądania, obraz Lyne'a się nie sprawdza: tego akurat uchwycić na ekranie się nie udało.

Ocena: ***


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz