8/17/2017

The Last House on Dead End Street (1977)

dir. Roger Watkins



Obraz Rogera Michaela Watkinsa jest swego rodzaju legendą w światku miłośników filmowego horroru. Nakręcony w 1972 roku, do dystrybucji wypuszczony dopiero pięć lat później. O jego złej sławie decyduje nie tylko podjęta tematyka – filmy snuff, ale i cała otoczka. Do dziś wielu zaszokują ukazane tu sceny mordów, nad całością unosi się specyficzny, nihilistyczny duch oraz atmosfera obrazu zakazanego, dzieła całkowicie undergroundowego. Przez wiele lat jego nieocenzurowana wersja była praktycznie niedostępna, po świecie krążyły jedynie kopie na kasetach VHS o koszmarnej jakości. Dziś, w czasach ogólnie dostępnego Internetu, jego zdobycie nie jest już tak trudne (został wydany na DVD przez Bartel Entertainment), co nie zmienia jednakowoż jego unikatowego charakteru. 


„The Last House On Dead End Street” to historia drobnego przestępcy Terry’ego Hawkinsa, który po wyjściu z więzienia postanawia zająć się produkcją filmów. Nawiązuje więc kontakty w światku produkcji obrazów XXX, montuje własną ekipę realizatorską i przystępuje do realizacji projektu. Nikt jednak nie wie, jakiego rodzaju dzieło pragnie stworzyć Hawkins. Tymczasem jego „scenariusz” zakłada brutalne zamordowanie przed kamerą grupy osób ze światka pornobiznesu… 


Pomimo upływu lat film Watkinsa wciąż wywiera na widzu silne wrażenie, podobnie jak słynny „The Last House On The Left” Wesa Cravena, który w dużej mierze był inspiracją dla tego obrazu. Tyle że w tym przypadku ma się do czynienia z pozycją rzeczywiście dość niezwykłą. Do dziś nie jest dostępna pełna wersja reżyserska zgodna z zamysłem twórcy, stąd film ma dosyć poszarpaną konstrukcję narracyjną, widać, że wielu elementów w nim brakuje. Przydaje to uroku obcowania z czymś tylko dla wybranych. Do tego zarówno reżyser, jak i część ekipy została w napisach początkowych ukryta przez dystrybutora pod pseudonimami (Watkins figuruje na ten przykład jako Victor Janos). Podniszczona taśma, improwizowane dialogi, czasem nie do końca wyraźny obraz (jak w trakcie sekwencji ćwiartowania kobiety na stole operacyjnym) – można się miejscami poczuć, jakby rzeczywiście dostąpiło się zaszczytu obejrzenia prawdziwego filmu „ostatniego tchnienia”. Co prawda, muszę ze swej strony nadmienić, wykonanie efektów w wielu momentach pozostawia wiele do życzenia i wiele fragmentów może już tak nie szokować jak kiedyś, ale całość nadrabia to swoim niezwykłym klimatem niczym z koszmaru i… mankamentami. To paradoks, ale właśnie kiepskie aktorstwo, montaż, zdjęcia, procentują tu na plus, jeszcze sugestywniej oddziałując na odbiorcę – rzeczy, które w przypadku normalnej produkcji są niezwykle ważne, tu jakby schodzą na dalszy plan. 


Komu warto polecić „The Last House…”? Na pewno maniakom gore – mimo że tego typu sceny nie zawsze błyszczą tu realizmem, to wciąż są mocne dzięki swej otoczce. Warto też na pewno się z nim zapoznać, jeśli chce się posmakować choć odrobiny tego uczucia, jakim musi być możliwość obejrzenia obrazu snuff. Na plakatach reklamujących ten rarytas widniało hasło reklamowe: „To tylko film”. Może jednak – dla większego efektu – lepiej spróbować choć na chwilę o tym zapomnieć. Na pewno nie będzie to wtedy seans, o którym łatwo zapomnieć.

Ocena: ***½


8/16/2017

Snuff (1976)

dir. Michael Findlay, Horacio Fredriksson, Simon Nuchtern



Najpierw był niskobudżetowy film eksploatacji małżeńskiego tandemu twórczego Michaela i Roberty Findlayów pod wiele mówiącym tytułem "The Slaughter". Para ta znana jest dziś wielbicielom grindhouseowej rozrywki głównie z tzw. trylogii ciała, na którą składają się: "Touch of Her Flesh", "Kiss of Her Flesh" oraz "Curse of Her Flesh". Ich nakręcony w Argentynie obraz o którym teraz mowa to kiepsko zrealizowany i takoż zagrany dreszczowiec nawiązujący do sprawy bestialskich morderstw dokonanych przez "rodzinę" Mansona. Przez krótki czas był on wyświetlany w kilku podrzędnych kinach, po czym wszyscy o nim zapomnieli. 


Właściwa historia zaczyna się w momencie, gdy w posiadanie "The Slaughter" wchodzi niezależny dystrybutor nazwiskiem Allan Shackleton. Postanawia on zrobić użytek z nabytego filmidła, które - delikatnie mówiąc - na sukces kasowy zbytnio liczyć nie może. Shackleton decyduje się dokręcić nowe zakończenie do dzieła Findlayów, które bazować będzie na zasłyszanych przez niego pogłoskach o snuff movies, znanych też jako filmy "ostatniego tchnienia". W sfilmowanym naprędce finale grupa filmowców dokonuje przed kamerą brutalnego mordu na jednej z aktorek. Opatrzony tym drastycznym zwieńczeniem obraz ponownie wchodzi na ekrany pod nowym tytułem, tym razem rozreklamowany jako zawierający szokujący zapis prawdziwego zabójstwa... 


Dziś wiadomo już, że "Snuff" to tylko charakterystyczna dla swojej dekady próba zdyskontowania budzącej sensację tematyki. Tania i w gruncie rzeczy nieudana. Mistyfikacja wymyślona przez Shackletona prędko wyszła na jaw, a sam film znany jest dziś jedynie w kręgach najbardziej zagorzałych miłośników gore i kina eksploatacji. Zła sława, jaka go otacza, skrywa ponadto rzecz w zasadzie niewartą zachodu i stosunkowo niewinną. 


Niewinną, bo samo "bulwersujące" zakończenie, które jest głównym magnesem przyciągającym do tej pozycji, oglądane z dzisiejszej perspektywy potraktowane może być najwyżej wzruszeniem ramion. Zawarte w nim efekty są kiepsko wykonane, trudno więc byłoby komukolwiek uwierzyć, że przedstawiona scena morderstwa jest autentyczna. Czekać zaś na ową "atrakcję" trzeba ponad siedemdziesiąt minut czasu ekranowego, w trakcie którego dzieje się doprawdy niewiele. Te siedemdziesiąt minut to właśnie wspomniany "The Slaughter", i trzeba przyznać, że nic dziwnego, iż w momencie swej skromnej premiery nie wywołał ów tytuł furory. Byłby on może nawet całkiem zabawny w swej nieporadności, gdyby nie to, że jest przeraźliwie nudny. Fabuła to chaotyczny zlepek bzdur, unurzanych w zjełczałym hipisowskim sosie. Dla urozmaicenia jednostajnej bezsensowności zarejestrowanego materiału filmowi bohaterowie od czasu do czasu udają, że kogoś zabijają. Ewentualnie udają, że zażywają narkotyki. 


"Snuff" traktowane może być jako ciekawostka: raczej trudno mimo wszystko nie wspomnieć o tej pozycji w przypadku sporządzania jakiejkolwiek monografii dotykającej zagadnienia filmów "ostatniego tchnienia", jako że jest to pozycja, która w dużej mierze spopularyzowała to pojęcie. Można go także potraktować jako swoiste post scriptum do pełnego tandety, ale i ujmującego w pewnym stopniu swą nieporadnością, dorobku małżeństwa Findlayów. Blisko półtora roku po premierze przemontowanej wersji "Slaughter" oboje zginęli w wypadku helikoptera. Zdążyli jeszcze wcześniej wytoczyć Shackletonowi sprawę, ale doszło do pozasądowej ugody. Ostatnie tchnienie kina eksploatacji?

Ocena: *½ 


8/11/2017

Fast Times at Ridgemont High (1982)

dir. Amy Heckerling



Cameron Crowe swe pierwsze kroki w showbusinessie stawiał jako dziennikarz, pisząc artykuły dla magazynu Rolling Stone. W 1981 roku, opublikował opartą na własnych doświadczeniach książkę "Fast Times at Ridgemont High: A True Story", do której materiały zbierał, udając studenta w Clairemont High School w San Diego. Jeszcze zanim powieść trafiła na rynek, pojawiły się plany przeniesienia jej na ekran. Scenariusz napisał sam Crowe, a za kamerą stanęła debiutantka Amy Heckerling. Skromny, pozbawiony głośnych nazwisk oraz dużej kampanii promocyjnej film, odniósł niebywały sukces, szybko stając się kultową wśród amerykańskiej młodzieży pozycją. Autor materiału na prawdziwy sukces i sławę musiał jeszcze zaczekać ponad dekadę: "Jerry Maguire" w jego reżyserii okazał się być jednym z największych hitów sezonu 1996/97.


"Fast Times..." pozbawione jest tradycyjnej fabuły, na akcję składa się szereg epizodów, w których udział bierze grupa licealistów. Mamy więc piętnastoletnią Stacy, która za namową starszej koleżanki, postanawia rozpocząć życie erotyczne. Jest podkochujący się w niej Mark oraz jego kumpel, konik-amator imieniem Mike. Brad kończy właśnie szkołę, ale nie widzi dla siebie żadnych perspektyw poza pracą w kolejnych fast foodach. Jeff z kolei to wiecznie upalony surfer, istna zmora nauczycieli, w szczególności profesora od historii Stanów Zjednoczonych...


Przeplatające się losy bohaterów tworzą barwną mozaikę, której dodatkowego kolorytu dostarcza złożona z ówczesnych przebojów ścieżka dźwiękowa. To trochę taki Altman w wersji "light": poznajemy różne postawy, zakręty życiowe, porażki i sukcesy, refleksja należy zaś już do samego widza. Obraz Heckerling, choć w dużej mierze pozostaje bezpretensjonalną komedią, w której pierwsze skrzypce grają przygodny seks i młodzieńcze rozterki, nie unika też poważniejszych tematów (niechciana ciąża, zawiedziona przyjaźń), trzymając się jednak konsekwentnie z dala od taniego moralizatorstwa czy łzawego sentymentalizmu.


Jednym z powodów, dla których o "Beztroskich latach w Ridgemont High" wciąż się pamięta - oczywiście, pomijając walory rozrywkowe - jest obsada, pośród której znajdziemy istną kopalnię przyszłych gwiazd. Judge Reinhold, Forest Whitaker, Eric Stolz, Nicolas Cage, Jennifer Jason Leigh - wówczas nieznani, pod koniec dekady przejmą stery w hollywoodzkim kinie. Młody Sean Penn daje prawdziwy popis vis comica jako miłośnik marihuany Jeff Spicoli, Phoebe Cates zalicza z kolei pamiętną scenę topless przy basenie.


Film Heckerling słusznie zajmuje szczególne miejsce pośród kina młodzieżowego swoich czasów: to nic innego jak szalone, kiczowate lata 80. w pigułce. Dobre na stres i chandrę, z odpowiednio wyważonymi proporcjami między komizmem, a powagą. Na perypetie bohaterów spoglądamy z życzliwością i empatią, w końcu dojrzewanie to czas szczególny, a im starsi jesteśmy, z tym większym rozrzewnieniem wspominamy ten okres. 

Ocena: ****½


8/10/2017

Scarecrows (1988)

dir. William Wesley



Idę o zakład, że w przypadku pytania: "która dekada była dla filmowego horroru najważniejsza", 8 na 10 respondentów złożonych z fanów kina grozy (do tych rzecz jasna nie zaliczam współczesnej młodzieży, dla której szczytowymi osiągnięciami gatunku byłyby zapewne twory pokroju "Obecności") wskaże lata 80. Cała reszta postawi pewnie na dziesięciolecie poprzedzające. Przyczyn takiej popularności, widocznej chociażby w dzisiejszej fali nostalgii, jest przynajmniej kilka. Oczywiście, jedną z nich będzie fakt, że "pokolenie VHS" zaczyna już przeżywać kryzys wieku średniego, tęsknie spoglądając ku sielance czasów młodości. Inna sprawa, że całe lata 80. w kwestii hollywoodzkiego kina rozrywkowego były wypadkową doświadczeń dekad poprzednich, do perfekcji doprowadzając choćby stylistykę kina Nowej Przygody. Jednocześnie, wraz z narodzinami slashera, horror zaczął przeżywać prawdziwy rozkwit. Zamiast niedawnych aluzyjnych wątków wampirycznych, obudziła się prawdziwa wolność, owocując frywolnym podejściem do seksualności (co najbardziej lubią w wolnym czasie robić amerykańskie nastolatki? - bzykać się!), natężeniem przemocy, ale też specyficznym klimatem, który wywietrzał już na początku kolejnego dziesięciolecia.


Wspominam o tym wszystkim przy okazji seansu filmu "Scarecrows" Williama Wesleya, albowiem stanowi on doskonały przykład na to, jak operowanie atmosferą, szczypta czerstwych odzywek, które nijak nie przeszłyby we współczesnej produkcji oraz odrobina obrzydliwości, mogą przyprawić o szybsze bicie serca miłośnika kina klasy B. Dość powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia z pozycją co najwyżej przeciętną. A jednak przyjemność płynąca z tych osiemdziesięciu minut w towarzystwie morderczych strachów na wróble jest spora...


Fabuła jest nader prosta: cała afera zaczyna się od porwania samolotu. Grupa złodziei zmusza ojca i córkę do pilotowania awionetki, którą planują uciec za meksykańską granicę wraz ze zrabowanym łupem. Jeden z rabusiów nie ma jednak zamiaru dzielić się pieniędzmi z resztą kompanów. Wywoławszy zamieszanie, wyskakuje na spadochronie wraz z forsą i ląduje pośrodku pola kukurydzy. Zdradzeni bandyci ruszają jego tropem, nie podejrzewając nawet, na jakie niebezpieczeństwo się narażają...


Akcja rozkręca się dość powoli, ale przyznać trzeba, że debiutujący za kamerą Wesley umie kreować napięcie. Robi też dobry użytek ze skromnego budżetu - niby gołym okiem widać, że fundusze ekipa miała niewielkie, ale ograniczenie akcji w czasie i przestrzeni pozwala obrócić braki na korzyść. Znajdziemy tu całkiem sporo porządnie wykonanego gore, a i charakteryzacja tytułowych upiorów cieszy oko. Aktorstwo jest na poziomie zbliżonym do większości B-klasowców z okresu, czytaj: jest znośnie. Jeśli komuś jednak przeszkadzałyby mało naturalne zachowania poszczególnych postaci, zawsze może skupić wzrok na prześlicznej Victorii Christian, wcielającej się w zakładniczkę imieniem Kelly.


Największy mankament omawianej pozycji stanowi sam scenariusz, który jest najzwyczajniej w świecie... głupi. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kupi tych bzdur o kukłach przemieniających ludzi w bezwolne zombie. Umówmy się jednak co do jednego: nie takie absurdy łykaliśmy w dzieciństwie, z dłońmi nerwowo uczepionymi oparć fotela. De facto, można dziełu Wesleya zarzucić wiele i wcale nie dziwię się, że dziś rzadko kto o nim pamięta. Na pewno jednak nie sposób powiedzieć, że te niespełna półtorej godziny się dłużyło lub też przyniosło srogi zawód.

Ocena: ***



8/08/2017

Raw (2016)

dir. Julia Ducournau



Justine (Garance Marillier), podobnie jak jej rodzice, jest wegetarianką. W jednej z pierwszych scen filmu widzimy, jak matka dziewczyny urządza w jadłodajni dziką awanturę o kawałek mięsa znaleziony w jedzeniu córki. Chwilę później, nastolatka trafia do studenckiego kampusu. Justine dołącza do swej starszej siostry, by studiować weterynarię. W trakcie jednej z akcji inicjacyjnych dla "nowych", dziewczyna zostaje zmuszona do zjedzenia surowej króliczej nerki. I w tym momencie zaczynają się kłopoty...


Zawiązanie akcji "Raw" sprawia wrażenie wisielczego żartu. Debiut fabularny Julii Ducournau utrzymany jest jednak w tonacji serio, stanowi pokłosie fali francuskich horrorów gore, które zalały rynek na początku nowego tysiąclecia. To body horror pełną gębą, w którym pobrzmiewają echa wczesnej twórczości Davida Cronenberga. Gdybym sam miał wymieniać, do inspiracji z pewnością dorzuciłbym jeszcze takie tytuły, jak "Trouble Every Day" Claire Denis, "Dans ma peau" Mariny de Van czy całkiem jeszcze świeże "Contracted" Erica Englanda.


W skrócie i bez owijania w bawełnę: Ducournau nie stawia na oryginalność. Całą fabułę można wszak streścić w jednym, dwóch zdaniach. Zarazem mamy tutaj do czynienia z  kolejnym współczesnym horrorem, który zamiast pławić się w klimatach retro, oprócz oferowania dużych ilości posoki zalewającej ekran, zręcznie symuluje drugie dno. Nie jest to zarzut, w końcu każdy może sobie tutaj dopisać własną interpretację, co jednocześnie nie ma wielkiego wpływu na satysfakcję płynącą z seansu. Krytyka konsumpcjonizmu? You've got it! Zaduma nad drapieżną naturą człowieka? Też da się podpiąć. Wampiryczne uzależnienie, kanibalizm, nawet likantropia - wszystkie te klasyczne elementy kina grozy mają prawo przeglądać się w omawianym obrazie. Jako istota nie spożywająca mięsa, sam miałem chwilowe obawy, czy przypadkiem nie powinienem zostać porwanym przez refleksyjne tonie. Na szczęście, dałem sobie z tym spokój...


Jakby jednak nie patrzeć, "Raw"(aka "Grave") to kawał dobrej roboty od strony realizacyjnej. Owszem, mógłbym wytknąć pewne niedociągnięcia i dziury logiczne, jednak reżyserka sprawnie je maskuje, kreując zawiesistą atmosferę, mnożąc pytania, spowalniając tempo. Efekt jest naprawdę niezły: to nie żadne bezmyślne gore-fest, ale całkiem sprytnie pomyślany shocker, który skutecznie przykuwa widza do ekranu. Bardzo dobre jest aktorstwo, ze szczególnym uwzględnieniem roli głównej bohaterki, co wskazuje na to, że Ducournau ma dobrą rękę do wykonawców. Co bardziej krwiste fragmenty dodają pikanterii, ale całość trzyma się z dala od bezmyślnego szokowania. Czy chcecie, czy nie, to mięso - o dziwo! - jest całkiem świeże.

Ocena: ****



8/03/2017

Atomic Blonde (2017)

dir. David Leitch



Bondów w spódnicy było wielu. Począwszy od popartowej "Modesty Blaise", przez wytwór blaxploitation "Cleopatra Jones", po w pełni wyemancypowaną Geenę Davis z "Długiego pocałunku na dobranoc". Żadna z nich nie zagościła na dłużej w świadomości zbiorowej. Wątpliwe, aby sztuka ta udała się agentce MI6, Lorraine Broughton. Ale czy każda "misja specjalna" musi być od razu przełomowa?


"Atomic Blonde" to adaptacja powieści graficznej "The Coldest City" autorstwa Anthony'ego Johnstona i Sama Harta. Bohaterką jest tutaj wspomniana agent Broughton (Charlize Theron), która w przededniu zniszczenia muru berlińskiego, zostaje wysłana do obecnej stolicy Niemiec w celu przechwycenia listy szpiegów. Ujawnienie zawartych na niej nazwisk, grozi eliminacją najważniejszych wysłanników brytyjskiego wywiadu...


Żeby nie było narzekań: powieść graficzna=komiks. Czyli dla jednych będzie to rekomendacja, dla innych - przestroga. Bo "Atomic Blonde" to w większym stopniu dynamicznie nakręcone kino akcji, aniżeli poważny film szpiegowski. Fabuła jest na przemian naciągana, niedorzeczna albo nielogiczna. Prawda jednak taka, że nikt nie każe nam jej śledzić. Na pierwszy plan wysuwają się bowiem efektowne sceny potyczek głównej bohaterki ze zbirami zza Żelaznej Kurtyny. 


Od strony wykonania, obraz Davida Leitcha nie budzi większych zastrzeżeń. Akcja mknie naprzód jak szalona, choreografia walk na najwyższym poziomie i montaż, od którego można dostać oczopląsu. W drugiej połowie filmu, współtwórca "Johna Wicka", oferuje nam nawet sekwencję mordobicia, nakręconą w "jednym ujęciu". Nawias stąd, że nawet mało spostrzegawczy widz dojrzy gołym okiem wszystkie szwy, ale niejeden zapewne da się też ponieść emocjom. Theron jako główna bohaterka jest przebiegła, zimna i wyrachowana, przez całe dnie popija rosyjską wódkę, jak rasowy gladiator obnosi się ze swymi obrażeniami, by na sam koniec wszystkich gładko wykiwać. Partnerujący jej McAvoy bawi się swoją rolą cwaniaka i jest to pewna odmiana w jego dość monotonnej karierze.


OK, czyli kupować w takim razie czy też nie? Owszem, pod warunkiem, że wiecie, co za towar. "Atomic Blonde" stara się być wypadkową dotychczasowych doświadczeń kina szpiegowskiego, łącząc umowność klasycznych wcieleń Bonda, obskurantyzm ekranizacji prozy Johna le Carré i realistyczno-reportażową formułę spod znaku serii o Jasonie Bournie. Najbliżej tu jednak do typowej eskapistycznej rozrywki: ma być głośno, szybko i chropawo. Dodajmy do tego soundtrack na którym pobrzmiewają hity Davida Bowie'go (tak, "Putting Out Fire" zyskało drugą młodość przy okazji "Bękartów wojny" ale to kawałek z "Cat People" Schradera), New Order, The Clash, Siouxsie & the Banshees, George'a Michaela i Neny, a wyjdą dwie godziny nie wymagającej myślenia, bezpretensjonalnej kopaniny w wydaniu "retro". Bo mimo wszystko, więcej tu ukłonów w kierunku kina sprzed trzech dekady, aniżeli hołdowania współczesnym trendom. 

Ocena: ***



7/31/2017

Trip with the Teacher (1975)

dir. Earl Barton



Kino eksploatacji pierwsze kroki stawiało jeszcze w latach 30. Trzy dekady później, pośród kulturowo-politycznego zamętu, idea kręcenia rozpustnych filmowych orgii za grosze, wreszcie mogła rozwinąć skrzydła. Prawdziwy rozkwit, eksploatacyjna rozrywka przeżyła już po zmierzchu Lata Miłości, w latach 70., kiedy to niczym grzyby po deszczu wyrastały kina samochodowe, wyspecjalizowane w grindhouse-owych produkcjach.


Nieprzyzwoitych, gorszących golizną, seksem i przemocą tytułów z tego okresu mamy na pęczki. Zdecydowana większość z nich nie jest warta nawet wzruszenia ramion, choć zdarzają się pojedyncze perełki. Jakiś czas temu, za skromną kwotę, nabyłem w jednym ze sklepów internetowych wydanie 8 "Drive-In Classics" na DVD. Ufając intuicyjnie słuszności osądu dystrybutora, postanowiłem nie kombinować i na start wziąłem pierwszy lepszy z brzegu okaz, nader niewinnie zatytułowany "Trip with the Teacher".


Obraz Earla Bartona to thriller, zdradzający wyraźne inspiracje "Ostatnim domem po lewej" i "Teksańską masakrą piłą mechaniczną". Mamy więc grupkę podróżników, składającą się z czwórki nastolatek, ich opiekunki oraz kierowcy. Cała szóstka podróżuje vanem przez pustynne odludzia. W pewnym momencie, ich auto ulega awarii (to dopiero niespodzianka!), a nieopierzeni turyści zmuszeni są podporządkować się dwóm motocyklistom...


Jak na standardy grindhouse'owych double feature, "Trip with the Teacher" prezentuje się całkiem nieźle. Oczywiście, nie sposób porównywać go z wymienionymi powyżej kamieniami milowymi horroru, które pomimo upływu lat wciąż robią ogromne wrażenie. Jest to jednak przyzwoicie zrealizowany, niskobudżetowy dreszczowiec, który niejedną niewiastę musiał skłonić do mocniejszego wtulania się w ramiona partnera na przednim (lub tylnim) siedzeniu krążownika szos. Sceny psychicznego i fizycznego terroru, jakim poddawane są bezbronne dziewczęta, wypadają całkiem przekonująco, choć bywa też że scenariusz pokłada zbyt wielkie zaufanie w bierność ofiar.


Największym atutem tej piekielnej przejażdżki, okazuje się być występ Zalmana Kinga. Późniejszy twórca "Dzikiej orchidei", swe pierwsze kroki stawiał jako aktor w telewizji oraz w kinie niezależnym. Jako psychopata Al, dominujący nad swoim bratem gwałciciel i morderca, ten niespecjalnie utalentowany reżyser, tworzy zapadający w pamięć, sugestywny portret pozbawionego hamulców potwora w ludzkiej skórze. Reszta obsady zdecydowanie ustępuje mu miejsca, nie ulega wszak wątpliwości, że tego typu popisowa rola to prawdziwy skarb w przypadku groszowego przedsięwzięcia spoza mainstreamu.


"Trip..." ucieszy wytrawnych koneserów eksploatacyjnej brei. Nie jest tak ponury i gwałtowny, jak wielu spośród jego "rówieśników", niemniej półtorej godziny upływa szybko i bezboleśnie. Jest wyrazisty szwarccharakter, grupa nastolatek w opałach, nieco napięcia, a i klimat też niczego sobie. 

Ocena: ***


7/22/2017

Mind Ripper (1995)

dir. Joe Gayton



W połowie lat 90., w czasach zmierzchu VHS, Wes Craven postanowił pomóc swemu synowi w karierze i objąć patronat nad adaptacją scenariusza pociechy. "Mind Ripper", trafił najpierw na antenę prywatnej sieci HBO, a niedługo potem zadebiutował na rynku video. Dystrybutor najwyraźniej wyszedł z założenia, że użycie nazwiska "Craven" na okładce nie wystarczy, toteż zastosował sprytną sztuczkę i opatrzył obraz tytułem "The Hills Have Eyes III". Podczepianie marnych produkcji pod znane franczyzy, to zabieg niegdyś powszechny, bardzo chętnie stosowany zwłaszcza przez Włochów, którzy masowo płodzili w latach 70. i 80. tanie pseudo-sequele hollywoodzkich hitów. W tym akurat przypadku, bezpośrednim łącznikiem jest nazwisko producenta wykonawczego. Nie zmienia to wszak faktu, że omawiana pozycja nie ma żadnego związku z głośną serią.


Skojarzenia z kultowym horrorem z 1977 roku, może budzić samo miejsce akcji: pustynia w Nowym Meksyku (?), gdzie znajduje się tajny ośrodek badawczy amerykańskiego Rządu. Zatrudnieni z nim naukowcy, pracują nad stworzeniem superczłowieka. Używają do tego celu znalezionego pośród piasków nieboszczyka. Przywrócony do życia trup okazuje się być zwichrowaną istotą, która pragnie tylko jednego: zniszczyć swych twórców...



Inspiracje "Frankensteinem" jak najbardziej czytelne, choć akurat tym razem mamy do czynienia z jednym z tych wypadków, gdy bezrefleksyjne wymienianie powieści Mary Shelley jako źródła natchnienia, stanowi rodzaj świętokradztwa. "Mind Ripper" (aka "The Outpost" aka "The Hills Have Eyes III") to typowy przykład kina klasy C., które przez cały okres świetności kaset VHS, święciło triumfy w osiedlowych wypożyczalniach. Marna, pełna nonsensownych rozwiązań fabuła, kiepskie aktorstwo (ok, Lance Henriksen to Lance Henriksen, ale cała reszta kolokwialnie ujmując "ssie"), czerstwe dialogi i żałosne "efekty specjalne" czynią z filmu Joe Gaytona świetny przykład na to, iż kiedyś naprawdę niewiele trzeba było, aby widz w napięciu śledził najbardziej nawet wtórną i głupiutką fabułę. Sam jako dzieciak, nie raz dałem złapać się na podobny haczyk i przez długie lata byłem święcie przekonany, iż na ten przykład taki "Amerykański Ninja" to kawał świetnego kina akcji. Cóż, czas weryfikuje wiele osądów.


Żeby nie było, że wyłącznie narzekam: samozwańcze "Wzgórza mają oczy 3" odznaczają się ponurą atmosferą, która dodaje całości chropawego uroku. Nawet kiedy z pantałyku próbują zbić widza nieśmieszne wtręty o charakterze "humorystycznym", klimat jest ciężki i gęsty. Im dalej jednak, tym większe znużenie ogarnia, bo scenariusz wykorzystuje praktycznie każdą możliwą kliszę gatunkową, a frajda z tej na poły amatorskiej próby sprostania legendzie własnego nazwiska jest minimalna. Ciekawostką z kolei fakt, iż ów wytwór czystego nepotyzmu, doczekał się niedawno wydania na Blu-Ray. Dystrybutor Code Red DVD, postanowił wrócić do dziwnych praktyk z czasów ekspansji wynalazku o nazwie direct-to-video i z dumą obwieszcza na okładce swego wydania, iż o to mamy do czynienia z kontynuacją dyptyku Cravena seniora. Historia lubi się powtarzać? 

Ocena: **



7/17/2017

Wonder Woman (2017)

dir. Patty Jenkins



Podczas, gdy filmowe uniwersum Marvela rozrasta się w zastraszającym tempie, będąc na półmetku tzw. "Fazy III", DC Comics niezdarnie próbuje nadgonić stracony czas, wypuszczając kolejne filmy mające tworzyć podwaliny dla późniejszej ekspansji. Póki co, wieści z obozu Warner Bros. nie napawają optymizmem: po chybionym "Batman v Superman: Dawn of Justice", wielkimi krokami zbliża się pierwsza odsłona "Justice of League". Fakt, że ze stanowiska reżysera tej produkcji ustąpił niedawno Zack Snyder, dla wielu odchodząc w niesławie, zwiastuje kolejne problemy. Projekt "The Batman" z Benem Affleckiem znajduje się w rozsypce. W międzyczasie, fani otrzymali również długo wyczekiwaną "Wonder Woman", która miała szansę przynajmniej częściowo zmyć dotychczasowe grzechy studia. Czy tak też stało się w istocie?


Każdy, kto choć trochę interesuje się amerykańskimi komiksami o superbohaterach, z pewnością zna genezę tej postaci. Dla reszty jednak krótkie streszczenie: oto mamy zamieszkaną przez plemię wojowniczych Amazonek wyspę o nazwie Themyscira. Kobiety żyją sobie na niej w błogiej atmosferze dyscypliny i pokoju. Aż tu nagle, krach!, na ukrytą przed oczami śmiertelników wysepkę, trafia rozbitek. To major Trevor (Chris Pine), szpieg walczący po stronie wojsk Ententy z Niemcami. Tak oto, córka królowej Hipolity (Connie Nielsen), obdarzona mocami nadanymi jej przez samego Zeusa, Diana Prince (Gal Gadot), odkrywa prawdę o targanym konfliktami świecie zewnętrznym. Piękna i nieustraszona potomkini tronu, decyduje się towarzyszyć żołnierzowi w podróży do Londynu i pomóc w zakończeniu Wielkiej Wojny...


Gwoli ścisłości, Wonder Woman w pierwotnej wersji, walczyła u boku aliantów z nazistami, nie z armią Kaisera. Kto wie, być może twórcy stwierdzili, że lepiej nie narażać się niepotrzebnie na kontrowersje, świecąc widzom po oczach swastykami, wybrali więc przysłowiowe "mniejsze zło". Cała reszta w miarę wiernie trzyma się oryginalnego konceptu postaci (choć i tu znajdzie się pewne novum, dotyczące pochodzenia bohaterki), w skondensowanej, dwuipółgodzinnej formie wysokobudżetowego widowiska oferując wstęp do przygód jednej z założycielek Ligi Sprawiedliwości.


W kwestii nadziei pokładanych w feministycznej wersji herosa w trykotach, z przykrością muszę skonstatować, iż ta jaskółka wiosny nie uczyni. Film Patty Jenkins w dużej mierze powiela grzechy wcześniejszych produkcji ze stajni DC: pełnej powagi nie są w stanie rozładować powtykane tu i ówdzie, żarty z brodą, po rozbudowanej ekspozycji następuje rozbuchana rozwałka, dyrygowana przez średnio uzdolnionych speców od CGI. Lejący się z ekranu patos ma prawo doprowadzić co mniej odpornych widzów do wstrząsu anafilaktycznego, postaci są jednowymiarowe, czarny charakter - nieciekawy. Trzeba wszak oddać sprawiedliwość, że "WW" nie jest tak chaotyczna i niekonsekwentna jak wspomniany "Batman v Superman", a i poziom nadęcia jest tu mniejszy niż chociażby w takim "Człowieku ze Stali". Można więc mówić o pewnym kroku naprzód, choć wciąż włodarze z wytwórni wydają się być przeświadczeni, że tym, co zapewnia blockbusterowi sukces, jest podniosła muzyka Hansa Zimmera oraz przeciągana ponad miarę, finałowa konfrontacja, zdominowana przez apokaliptyczne tony (czyt. duuużo ognia!).


Co się zaś tyczy samej bohaterki tytułowej, to śmiało można stwierdzić, że stanowi ona idealną partię dla swego kolegi po fachu z planety Krypton. Egzotyczna uroda Gadot może stanowić pewien wabik, nie ma się jednak co okłamywać: jest równie nijaka i bezpłciowa jak kosmiczny harcerz Henry Cavill. Pod względem uroku osobistego i ekranowej charyzmy, przegrywa ze swoja poprzedniczką, Lyndą Carter, w przedbiegach. I to jest chyba właśnie największy, obok braku dystansu, grzech uniwersum DC: podczas gdy Marvel stara się w choćby nikłym stopniu rozbudowywać postaci pod względem motywacji i rysu psychologicznego, ich konkurenci wciąż wierzą, że komiksowi herosi to twory z kartonu. Szlachetne, nieugięte, prawe, ale pozbawione ducha. Batmanie, gdzie jesteś?

Ocena: ***



7/11/2017

Alien: Covenant (2017)

dir. Ridley Scott



Realizacji kolejnego, po "Prometeuszu", installmentu w ramach cyklu o Obcym sygnowanego nazwiskiem Ridleya Scotta, towarzyszyła prawdziwa burza na rozmaitych forach internetowych. Fani serii mieli za złe twórcy "Ósmego pasażera Nostromo" fakt, iż by przeforsować swoją wizję narodzin ksenomorfów, zablokował przygotowywany od dłuższego czasu projekt Neilla Blomkampa. Satysfakcja "nienawistników" przyszła w momencie premiery: choć Scott od dawna grabi sobie odcinaniem kuponów od dawnych sukcesów, to tym razem miarka się przebrała. Pomimo, że zachodnia krytyka spojrzała na jego kolejne dzieło łaskawym okiem, często doszukując się w nim pozytywów (na uznawanym za opiniotwórczy, portalu Rotten Tomatoes, film uzyskał "certyfikat świeżości"), miłośnicy galaktycznej franczyzy byli bezlitośni: słynny reżyser stworzył rozbuchanego gniota, który stanowi gwóźdź do trumny cyklu, który i tak leży i kwiczy od czasów chybionego crossoveru "Alien vs. Predator". Czy istotnie jest tak źle i historia oceni "Przymierze" jako przejaw twórczej impotencji jednego z najbardziej utytułowanych reżyserów Hollywood końca XX wieku? Przyjrzyjmy się sprawie bliżej.


Co zwraca z miejsca uwagę, to że Scott, zapewne za namowami ludzi ze studia, delikatnie odciął się od swych ambitnych zamiarów stworzenia wagnerowskiej w duchu genezy zarówno Obcego, jak i ludzkości. Owszem, "Przymierze" kontynuuje wątki z "Prometeusza", wyraźnie jednak skręca w kierunku rozrywkowego kina science-fiction, bardzo ostrożnie dawkując pseudo-filozoficzne wtręty. Z jednej strony to dobrze, bo bełkot na poziomie gimnazjalisty w wydaniu zadufanego w sobie starca potrafi wpędzić w zażenowanie. Użycie słowa "alien" w tytule daje wyraźny sygnał, że szósta odsłona serii ma zamiar przypodobać się wymagającym zwolennikom oryginalnej tetralogii. I może byłoby fajnie, gdyby nie to, że ostatecznie gotowy obraz staje w przysłowiowym "rozkroku": będąc niczym więcej jak infantylnym blockbusterem, stara się jednocześnie symulować "głębię", której w nim wcale nie ma.


Nad samą fabułą nie ma sensu się specjalnie rozpisywać, gdyż jest ona równie prosta i uboga, jak w przypadku pierwszej części: znów mamy grupę podróżników, przemieszczających się statkiem przez przestrzeń kosmiczną. Od załogi Nostromo odróżnia ich cel: tutaj astronauci zmierzają w kierunku nowego "domu", planety zastępczej dla wyniszczonej Ziemi. Zamiast spodziewanego Edenu, trafią jednak na nieprzyjazny grunt, gdzie czai się nieznane dotąd ludzkości zagrożenie...


Czasem prostota jest źródłem sukcesu. Tak było w przypadku kanonicznej produkcji z 1979. Czasy się jednak zmieniają i próba wepchnięcia widowni tego samego konceptu w nieznacznie zmienionych dekoracjach, to nic innego, jak oddanie strzału we własną stopę. Scenariusz autorstwa Johna Logana i Dante Harpera jest wtórny, a co gorsza - nafaszerowany idiotycznymi rozwiązaniami. Poszczególne postaci dramatu to wzbudzające niechęć okazy skretynienia. Dochodzi tym samym do paradoksalnej sytuacji, w której jedynym bohaterem, któremu gotowi jesteśmy kibicować, okazuje się być, pozbawiony uczuć wyższych, ale za to przynajmniej logicznie rozumujący, czarny charakter. O samej obsadzie nie warto wspominać: poziom trzyma jedynie niezawodny Fassbender, cała reszta równie dobrze mogłaby przerzucić się na współpracę ze studiem Asylum.


"Covenant" to jednak w istocie nie tyle porażka ekipy realizacyjnej i twórców, a kolejny dowód na to, że wielkie studia nie chcą słuchać, co mają do powiedzenia odbiorcy ich produktów. Wolą spreparować odtwórczy, nafaszerowany kiepskim CGI (uwierzcie, nie przesadzam, tutaj jest naprawdę kiepsko!), zachowawczy wyrób filmopodobny, systematycznie obniżając tym samym standardy, aniżeli wyjść naprzeciw oczekiwaniom widowni. Dość powiedzieć, że najlepszą sceną w całym filmie jest ta pod prysznicem: klasycznie slasherowa, krwawa i kiczowata. Wizjonerstwa w tym jednak za grosz, tak jak i w cytowaniu XIX-wiecznych poetów.


Co się zaś tyczy samego pana Scotta... Cóż, jeżeli rzeczywiście istnieją pośród was tacy, którzy poczuli się rozczarowani i zaskoczeni poziomem jego ostatniego dzieła, przypomnijmy: kiedy ostatnio pan Scott stworzył coś naprawdę godnego uwagi i przypisywanej mu przez niektórych "wielkości"? W mojej subiektywnej ocenie, "Hannibal" był całkiem przyzwoitym thrillerem. Świadom jednak, że wielu kontynuacja "Milczenia owiec" nie przypadła do gustu, cofam się jeszcze dalej. Długo, długo nic... Docieramy do "Czarnego deszczu" - również dobrego dreszczowca, choć i to żadne rewelacyjne osiągnięcie. Mkniemy więc dalej, aż docieramy do... "Blade Runnera"! I nagle okazuje się, że "mistrz" Scott wyreżyserował w swej karierze zaledwie dwa naprawdę ponadczasowe obrazy: "Obcego" i "Łowcę androidów" właśnie. Szokujące? Dla niektórych z pewnością. Ja złudzenia straciłem już dawno temu, mniej więcej w momencie oglądania, fascynującego skądinąd, dokumentu "Dangerous Days: Making Blade Runner", kiedy to uświadomiłem się, że ostateczny kształt jednego z arcydzieł science-fiction był wypadkową wielu czynników, pracy niezliczonej rzeszy ludzi, a nie geniuszu pojedynczej jednostki. Z tą oto refleksją pozostawiam was drodzy czytelnicy. A pan, panie Scott? Ma pan wreszcie swoje "mistyczne źródło wszechświata". Zadowolony? Skończył pan? Miejmy nadzieję, że to już było "The Final Cut"...

Ocena: **



7/05/2017

Macchie solari (1975)

dir. Armando Crispino



Upalne lato w Rzymie. Wiecznym Miastem wstrząsa seria samobójczych śmierci jego mieszkańców. Naukowcy jako przyczynę tragicznych zdarzeń wskazują plamy słoneczne. Młoda pani patolog (Mimsy Farmer), pod wpływem spotkania z bratem jednej z ofiar, katolickim księdzem (Barry Primus), zaczyna wierzyć, że nie wszystkie zgony były spowodowane anomaliami. Wszystko wskazuje na to, że po mieście krąży przebiegły morderca, który wykorzystuje krytyczną sytuację do własnych celów...


Obraz Armando Crispino rozpoczyna się jako katastroficzny horror, w którym zagrożenie z kosmosu sprowadza na przypadkowych obywateli obłęd. Zaraz potem wykonuje niespodziewaną woltę i skręca w kierunku klasycznego giallo. Twórcy, opierając się ponoć na prawdziwych wydarzeniach, zaproponowali frapujący punkt wyjścia. Film otwiera ciąg sekwencji, w których obserwujemy samobójcze śmierci przypadkowych ludzi. Mocne uderzenie na start, chwilę potem znajdujemy się w szpitalnej sali, gdzie zgromadzone zostały zwłoki ofiar upalnego szaleństwa. Te początkowe sceny wciąż mają prawo robić spore wrażenie, zwłaszcza na widzach nieprzywykłych do podobnych efektów szoku. Dalej jest już znacznie bardziej konwencjonalnie: wraz z panią doktor i duchownym, podążamy tropem zabójcy, któremu zamarzyła się "zbrodnia doskonała".


Crispino, który karierę rozpoczynał, terminując jako asystent reżysera przy produkowanych masowo, trywialnych komediach, zręcznie generuje atmosferę psychozy i zagrożenia, dzięki czemu jego obraz wybija się ponad przeciętny poziom ówczesnych dreszczowców z ojczyzny pizzy. Co ciekawe, reżyser zakończył swoją przygodę z kinem w roku premiery "Macchie solari", fanom horroru pozostawiając po sobie zaledwie dwie pozycje (oprócz omawianej, jest jeszcze "L'etrusco uccide ancora" z 1972 roku). Obie zyskały sobie po latach status kultowych, na czym sam twórca skorzystał zapewne w stopniu znikomym.


"Autopsy" (pod takim tytułem film prezentowany był na rynku anglojęzycznym) trafi przede wszystkim do tych spośród koneserów kryminałów "w czarnych rękawiczkach", których ogarnia znużenie na myśl o kolejnej schematycznej pogoni za zamaskowanym psychopatą. Wprawdzie druga połowa filmu, może się okazać w tym kontekście nieco rozczarowująca, niemniej klimat obłąkania i lejącego się z nieba, zabójczego żaru, pozostawiają wyraźnie niepokojący posmak, który nie znika przez długi czas po seansie. 

Ocena: ****