12/30/2017

Get Crazy (1983)

dir. Allan Arkush



Rok 1983 zbliża się wielkimi krokami. Jak zwykle, najgorętszą imprezę sylwestrową przygotowuje słynny menadżer i impresario, Max Wolfe (Allen Garfield). Historia jego show sięga końca szalonych lat 60., od tamtego czasu wystąpiły na nim niezliczone gwiazdy. Nie inaczej ma być tym razem. Szyki Wolfe'owi pragnie jednak pokrzyżować pozbawiony skrupułów biznesmen Colin Beverly (Ed Begley, Jr.), który nie cofnie się przed żadnym podstępem, aby przejąć prawa do odbywającego się co roku koncertu noworocznego w Saturn Theatre...


Obraz Allana Arkusha, jednego z protegowanych Rogera Cormana (pod jego skrzydłami realizował m.in "Hollywood Boulevard" i "Deathsport"), to grubo ciosana satyra na showbusiness. Poziomem, nierzadko absurdalnego, dowcipu nie odbiega znacząco od dokonań tria ZAZ, choć do takiego "Czy leci z nami pilot?" i tak daleko. Slapstickowe gagi przetykane są karykaturalnymi portretami zblazowanej, rockandrollowej braci. Miejscami niebezpiecznie ociera się to o kabaret, szarżujący humor balansuje na granicy przyswajalności, choć zdarzają się też patenty całkiem udane.


Największym atutem omawianej pozycji jest - co do tego wątpliwości być nie może - obsada. Pal licho Daniela Sterna czy Eda Begleya. Pal nawet Paula Bartela i Mary Woronov o urodziwej Stacey Nelkin ("Halloween III") nie wspominając. To epizody w wykonaniu takich osobistości, jak Malcolm McDowell, Lou Reed i John Densmore przyciągają autentyczną uwagę. Najjaśniej spośród wymienionych błyszczy McDowell, który w nieco może nazbyt przerysowany sposób parodiuje Micka Jaggera, niemniej i tak swą charyzmą byłby w stanie podzielić się z kilkoma tuzinami mniej utalentowanych odtwórców. Reed z kolei przyjemnie ujmuje autodystansem jako zmanierowany piosenkarz folkowy, będący wypadkową stylu Boba Dylana i... byłego wokalisty Velvet Underground. 


Zbieranina muzycznych indywiduów w ogóle jest tu niezwykle barwna i ratuje lichy, czysto pretekstowy scenariusz. Łatwiej dzięki temu przyswoić poszczególne, nieświeże grepsy, a momenty stricte "odlotowe" też się znajdą. Któż bowiem nie marzy o tym, by zobaczyć pamiętnego Alexa z "Mechanicznej pomarańczy", jak prowadzi filozoficzny dialog ze swoim penisem? 

Ocena: ***


12/15/2017

Wonder Wheel (2017)

dir. Woody Allen



Mickey (Justin Timberlake) jest ratownikiem z plaży na Coney Island. Pewnego dnia poznaje Ginny (Kate Winslet), niespełnioną aktorkę, która obecnie zarabia na życie jako kelnerka. Ginny tkwi w nieszczęśliwym związku z Humptym (James Belushi), trzeźwym alkoholikiem i prostakiem. Wspólnie wychowują jej kilkuletniego syna z pierwszego małżeństwa. Sfrustrowana kobieta bez większych oporów ulega urokowi przystojnego ratownika, który obsypuje ją komplementami i zabiera na romantyczne spacery po mało uczęszczanych zakamarkach Nowego Jorku. Romans kwitnie w najlepsze, gdy na horyzoncie pojawia się Carolina (Juno Temple), dwudziestosześcioletnia córka Humpty'ego, ukrywająca się przed zbirami nasłanymi przez jej męża, wpływowego mafiozo. Mickey zakochuje się w młodej i urodziwej dziewczynie, jednocześnie jednak nie potrafi zamknąć związku z Ginny...


Po raz pierwszy od paru ładnych lat, gotów jestem przyznać, że Woody Allen mnie rozczarował. Sytuacja jest tu analogiczna, jak w przypadku "Wszystko gra" i "Nieracjonalnego mężczyzny" - wówczas reżyser "Manhattanu" brał na warsztat Dostojewskiego, tym razem, tak jak przy okazji "Blue Jasmine", serwuje wariację na temat "Tramwaju zwanego pożądaniem". Proporcje są identyczne: "Nieracjonalny..." i "Na karuzeli..." to filmy znacznie słabsze od swych poprzedników. O ile jednak w pierwszym z wymienionych tytułów, pomieszanie tonacji komediowo-dramatycznej dawało się jakoś kupić, o tyle w najnowszym dziele Nowojorczyka rozdźwięk między typowo allenowską miłostką, a ponurą konstatacją budzi już sprzeciw. Początkowe, lekkie frazy pasują jak pięść do nosa względem depresyjnych tonów z finału, gdzie na domiar złego istotną kwestię odgrywa wątek gangsterski. Allen wciąż porusza się po tym samym terytorium, coraz częściej jednak gubi panowanie nad spójnością konwencji. Raz więc mamy komedię romantyczną  z przerysowanymi wtrętami rodem z kryminału, kiedy indziej - nieprzekonującą tragedię antyczną. Najgorsze zaś w tym wszystkim to, że każdy z tych tematów twórca już przerabiał i to ze znacznie lepszym skutkiem. 


Oczywiście, jako miłośnik twórczości reżysera, jestem w stanie dostrzec jasne strony tej rozchwianej stylistycznie historii. Przepiękne na ten przykład, miejscami po wirtuozersku odrealnione, są zdjęcia Vittorio Storaro (obaj panowie współpracowali już ze sobą przy okazji "Café Society"). Przyjemnie osadzona jest też owa opowieść w latach 50. XX wieku - wiadomo wszak, że Allen czuje te retro-klimaty jak mało kto. Nieodmiennie dobre jest też aktorstwo: Winslet tworzy kreację może i balansującą na granicy groteski, ale wciąż wypada przekonująco (choć zachwytów na miarę roli Cate Blanchett z "Blue Jasmine" się nie spodziewam), a Timberlake po raz kolejny udowadnia, że przed kamerą czuje się wcale nieskrępowany i posiada naturalny talent. Belushi na drugim planie niby stanowi tylko tło, udaje mu się jednak uczłowieczyć postać gbura i damskiego boksera, jaka przypadła mu w udziale. O występie Temple powiedzieć można zaś tyle, że to kolejna uwodzicielska allenowska figura: ma przede wszystkim dobrze wyglądać, braki intelektu nadrabiając głębokim dekoltem.


Nie od dziś wiadomo, że kiedy brak mu pomysłów, pan Allen zagląda do szuflady i wyciąga z niej stare pomysły, niejednokrotnie średnio błyskotliwe. Przy jego tempie kręcenia ciężko jednak byłoby utrzymywać wciąż ten sam wysoki poziom merytoryczny i jakościowy kolejnych dzieł. Może rzecz też w tym, że znacznie łatwiej przyswaja się nieświeże, ale wciąż przyjemne w odbiorze błahostki pokroju "Miłości w blasku księżyca" czy nawet zeszłorocznej, amazonowej "wtopy" pod tytułem "Crisis in Six Scenes", aniżeli mizantropijne, ocierające się o banał rozważania. Bo że piekło nie zna furii takiej, jak wzgardzona kobieta, wiemy przecież nie od dziś.

Ocena: ***


12/13/2017

Sei donne per l'assassino (1964)

dir. Mario Bava



Oto jest! Obraz, który zdefiniował cały nurt giallo, film którego dalekosiężny wpływ można porównywać jedynie z siłą oddziaływania takich tytułów, jak "Psychoza" czy "Podglądacz". Nie tak dawno pisałem o "La ragazza che sapeva troppo", tam jednak Mario Bava zatrzymał się w połowie drogi, wciąż oscylując na granicy podlanego gotykiem kryminału. W "Sei donne per l'assassino" reżyser oddalił się od prostoty kręconych masowo w RFN krimi na podstawie prozy Edgara Wallace'a i postanowił skupić na czynach samego mordercy. Stylowy miks seksu i przemocy był przypadkiem bez precedensu: zdaniem wielu krytyków, "Blood and Black Lace" to pierwszy w dziejach przykład body count movie.


Cała akcja związana jest z luksusowym domem mody. Jedna z jego pracownic zostaje brutalnie zamordowana. Jej współpracownicy są zszokowani, policja wszczyna dochodzenie. Inspektor szybko dochodzi do wniosku, że zabójcą musi być jeden z zatrudnionych w firmie mężczyzn. Sprawa nabiera tempa, gdy zaczynają ginąć kolejne osoby...


Podczas kręcenia omawianej pozycji, Bava wreszcie dostał pełną swobodę twórczą i wykorzystał okoliczności z godną podziwu precyzją i determinacją. Sięgając po stały schemat kryminalnej zagadki spod znaku Agathy Christie, gdzie każda z podejrzanych osób miała powody, by dokonać zabójstwa, przesunął akcenty na grozę i makabrę. Przyodziany w długi płaszcz, ukrywający twarz pod maską, w czarnych rękawiczkach, oprawca to kwintesencja irracjonalnego zła, które później rozbłyśnie ze zdwojoną mocą w amerykańskich slasherach. Jest bezwzględny niczym dzika bestia, ale też - co warte odnotowania - nie zawsze kalkuluje na chłodno, zdarzają mu się potknięcia. Same sceny uśmiercania ofiar to prawdziwe mistrzostwo operowania zarówno napięciem, jak i efektem szoku. Choć z perspektywy lat przegrywają pod względem okrucieństwa z dziełami wielu naśladowców, wciąż robią wrażenie za sprawą maestrii wykonania. Dodajmy do tego wkład Bavy jako operatora zdjęć, generującego przepyszne kadry o wysoce nasyconych barwach, a otrzymamy kamień milowy w rozwoju horroru. 


W świetle powyższych faktów, łatwo zapomnieć, że "Sei donne..." to wciąż kino klasy B., gdzie często efekt, jaki dana scena ma wywrzeć na odbiorcy, jest ważniejszy od logiki. Przesada poszczególnych aktorów, chybione linie dialogowe czy ogólna "umowność" świata przedstawionego działają jednak w tym przypadku na zasadzie dopuszczalnej przez konwencję. Bava w pojedynkę zagospodarował niszę, jaka powstała po latach faszystowskiego reżimu i okresie dyktatu włoskiego neorealizmu. Przyniósł nową jakość tam, gdzie w najlepsze panoszyły się zmurszałe wzorce jeszcze sprzed II Wojny Światowej. Bez niego, pod znakiem zapytania stanęłyby nie tylko "Suspiria" czy "Profondo Rosso" Dario Argento, ale i cała rzesza późniejszych, hołubionych przez miłośników kina grozy majstersztyków, z "Halloween" Carpentera na czele. 

Ocena: *****



Gli invasori (1961)

dir. Mario Bava



Pamiętam, jak w dzieciństwie z zapartym tchem śledziłem dramatyczne losy Kirka Douglasa w "Wikingach" Richarda Fleischera. Ten rozmach, porywające sceny akcji, skala tragizmu, którą porównać możnaby chyba jedynie z trylogią "Gwiezdnych wojen" (sic!). Aż pragnie się więcej. Potem były jeszcze "Długie łodzie wikingów", ale w tym przypadku emocje nie były już tak dogłębne. Traf chciał, że dopiero wiele lat później przyszło mi się zmierzyć z filmem Mario Bavy "Erik the Conqueror", którą to pozycję śmiało można określić mianem "ubogiego krewnego" pierwszego z wymienionych obrazów.


Tytułowy bohater dzieła jest synem wodza wikingów. Jako kilkuletni chłopiec, Erik (George Ardisson) zaginął podczas bitewnego zgiełku na terenie Anglii. Królowa Alice zdecydowała się przygarnąć potomka największego wroga swego męża i wychować jak własnego. Przeszłość upomni się jednak o swoje, gdy po dwudziestu latach spokoju, wojowniczy wikingowie znów najadą wyspy brytyjskie, a przewodzić im będzie Eron (Cameron Mitchell), brat Erika...


"Gli invasori" to jeszcze jedna włoska kopia hollywoodzkich wysokobudżetowych widowisk. Od strony technicznej, pozycja ustępuje amerykańskim produkcjom w stosunkowo niewielkim stopniu. Na pewno pochwalić należy warstwę wizualną: w rozbuchanych barwach Technicoloru Bava-operator po raz kolejny dowodzi znajomości fachu. Scenografia, jak i poszczególne rekwizyty (w tym statki naturalnej wielkości) dowodzą ambicji twórców w chęci dorównania zamorskim wzorcom. Cóż z tego jednak, skoro sama fabuła to ciężki do przełknięcia mariaż gatunkowych schematów i taniego romansu. Podpatrzone w annałach kina spod znaku płaszcza i szpady chwyty prezentują się dziś co najmniej naiwnie i prowokują śmiech widza. Kluczowe meandry scenariusza, z mojżeszowym rodowodem bohatera na czele, to nic innego jak czystej wody popłuczyny po wspomnianym obrazie Fleischera. 


Odgrzewanie kotletów i "nobilitująca" współpraca z drugoligowymi gwiazdami z importu (Cameron Mitchell wystąpi później u reżysera w "Blood & Black Lace") musiały siłą rzeczy wpływać deprymująco na Bavę, który już wówczas, po sukcesie "The Mask of Satan", pragnął obrać kurs ku zupełnie odmiennej tematyce. W tym samym roku twórca maczał swe palce w trzech innych przygodowych produkcjach ("L'ultimo dei Vikinghi" poruszał ponadto podobną tematykę, co omawiana pozycja), z których każda nosi znamiona rzemieślniczej chałtury. Zmęczony (przyszły) ojciec giallo przez jakiś czas rozważał nawet porzucenie reżyserii i zajęcie się efektami specjalnymi. Szczęśliwie, dalsza jego kariera poszła jednak w dobrym kierunku...

Ocena: **



12/08/2017

Last Shift (2014)

dir. Anthony DiBlasi



Funkcjonariusz Loren (Juliana Harkavy) właśnie rozpoczyna pracę w policji. Jej pierwsza noc służby to zadanie w sam raz dla "żółtodzioba": pilnowanie zamkniętego posterunku, który niebawem przeznaczony zostanie do rozbiórki. Zapowiada się długa, nużąca warta. Podczas, gdy cała załoga przeniosła się do nowego budynku, dziewczyna zabija czas lekturą podręcznika dla początkujących stróżów prawa. Wkrótce jednak, senność przepędzają niepokojące incydenty. Co chwila na numer komisariatu dzwoni rozhisteryzowana dziewczyna, która twierdzi, że ktoś czyha na jej życie. Jest spotkanie oko w oko z agresywnym włóczęgą. W rurach buczy i stuka, przedmioty same się przesuwają. Czy to wyobraźnia płata figle czy może miejsce jest nawiedzone?


"Last Shift" to niskobudżetowy, oparty na prostym koncepcie horror. I jako taki, zasługuje na pewną taryfę ulgową ze strony widza. Trzeba oddać twórcom, że udało im się wykreować na ekranie gęsty klimat grozy i osaczenia. Towarzysząc przez półtorej godziny jednej bohaterce i mając do dyspozycji ograniczoną przestrzeń, wykorzystali nadarzające się okazje do podkręcania suspensu - przede wszystkim w trakcie pierwszej połowy seansu - całkiem sprawnie. Bardzo dobrze radzi sobie również odtwórczyni głównej roli, na której spoczywało spore brzemię, którego ciężar udało jej się udźwignąć.


Podstawowy zarzut, jaki można mieć względem filmu Anthony'ego DiBlasi dotyczy samej fabuły. Mało wyszukany punkt wyjścia, zgodnie z założeniem, trzeba w miarę upływu czasu nieco skomplikować. Ale im więcej wiemy na temat tajemnicy posterunku, tym większe ogarnia nas rozczarowanie. Klaustrofobiczna aura przestaje być już tak intrygująca, gdy zewsząd wychodzą pokraczne mary i duchy pospolite. Reżyser sięga po proste sztuczki, nie szczędząc odbiorcy tzw. jump scenes. A to jakiś kształt nam mignie w tle, a to coś wyskoczy, a to na chwilę kadr wypełni jegomość w upiornej masce. Prymitywne chwyty z repertuaru kina klasy B. wbiją może w fotel niedzielnego odbiorcę mainstreamu, u mnie jednak szybko wywołują ziewanie. Nie pomaga też przerysowana, niby-demoniczna gra aktorów wcielających się w poszczególne "strachy": popaprana familia Charlesa Mansona to w tym przypadku oczywisty, ale i jakże zleżały, punkt odniesienia.


Jak na skromny, zrealizowany niskim nakładem środków projekt, "Last Shift" posiada sporo atutów (z których największym jest bodaj sama lokacja: opuszczony komisariat na Florydzie), nie wychodzi jednak poza sztampową formułę współczesnego kina grozy, gdzie w nieskończoność eksploatuje się te same, ograne chwyty. Sam reżyser otwarcie przyznawał się do inspiracji takimi klasykami, jak "Atak na posterunek 13." czy "Koszmar z ulicy Wiązów", nie sposób wszak ukryć, że w dużej mierze opierał się również na bardziej współczesnych obiektach badań, ze szczególnym uwzględnieniem odgrzewanych ghost stories i jałowego found footage. Komu nie przeszkadza taki miks, śmiało może sięgnąć, choć potencjał był na pewno większy.

Ocena: ***



12/06/2017

The Serpent's Egg (1977)

dir. Ingmar Bergman



Berlin, pierwsza połowa lat 20. Amerykański Żyd Abel Rosenberg (David Carradine), obecnie bezrobotny cyrkowiec, pewnego dnia odkrywa, że jego brat popełnił samobójstwo. Po złożeniu zeznań na policji, mężczyzna decyduje się zamieszkać przez jakiś czas u byłej żony denata, szansonistki imieniem Manuela (Liv Ullmann). Tymczasem, prowadzący śledztwa w kilku sprawach dotyczących niewyjaśnionych zgonów inspektor policji (Gert Fröbe), dopuszcza możliwość powiązania z tymi zdarzeniami śmierci brata Abla. Poszczególne tropy prowadzą nieodmiennie do jednego miejsca: kliniki świętej Anny, gdzie przeprowadzane są tajemnicze eksperymenty...


"The Serpent's Egg" to pozycja wyjątkowa w dorobku Ingmara Bergmana. Znany z intymnych, kameralnych dramatów psychologicznych reżyser, zabrał się za osadzony w dekadenckiej atmosferze Republiki Weimarskiej kryminał. Nakręcony w Monachium obraz był koprodukcją amerykańsko-niemiecką, cały projekt nadzorował zaś słynny producent Dino De Laurentiis. To, że przedsięwzięcie doszło do skutku, było wynikiem wyprowadzki Szweda z ojczystego kraju po oskarżeniu o uchylanie się od płacenia podatków. Sprawa zaowocowała załamaniem nerwowym u twórcy, który zdecydował się na jakiś czas osiedlić w RFN. Przedstawiona w filmie historia jest więc niejako pokłosiem problemów autora, kreowany na ekranie nastrój paranoi i pogłębiającego się szaleństwa oddaje mroczny stan ducha, w jakim znajdował się słynny reżyser.


Dla wielu miłośników jego twórczości, "Jajo węża" może okazać się ciężkie do przełknięcia: choć znajdziemy tutaj cechy charakterystyczne dla jego ascetycznego stylu, jako całość obraz nie przypomina niczego, co w swej długiej karierze popełnił twórca "Persony". W momencie premiery, krytyka kręciła nosami, uznając rzecz za płytką próbę zdefiniowania korzeni nazizmu. Z perspektywy lat ocena nie uległa znaczącej zmianie: "jedyny hollywoodzki film" Bergmana postrzegany jest jako jedno z jego najsłabszych osiągnięć. Warto jednak zdystansować się od postrzegania omawianej pozycji przez pryzmat spuścizny wielkiego mędrca celuloidu i spojrzeć na nią świeżym okiem.


Choć bowiem "Serpent's Egg" pod wieloma względami zasługuje sobie na miano artystycznej porażki (pośród opinii można nawet natknąć się na użycie terminu "camp"), to osobiście doceniam wysiłki twórcze, mające na celu stworzenie dusznej, apokaliptycznej wizji. Schyłkowy klimat upadłego cesarstwa sąsiaduje z makabryczną zagadką z pogranicza brukowej literatury. Karkołomna to kreacja, podbudowana jednak solidnie stylowymi kadrami Svena Nykvista, klaustrofobicznymi lokacjami. Wraz z akrobatą Ablem zwiedzamy ciemne piwnice stolicy Niemiec, przybytki rozpusty, ponure lochy. Finałowe partie sprawiają wrażenie wziętych z zupełnie innej, nie-bergmanowskiej bajki, są jednak na tyle sugestywnie spreparowane, że wciąż mogą przyprawić widza o dreszcze. Wówczas nawet wprawiające w skonfundowanie fragmenty "od czapy" (vide: napad histerii bohatera na komisariacie), nabierają innego wydźwięku. Można odrzucić, zasłaniając się wysublimowanym smakiem, ale można się też właśnie rozsmakować.

Ocena: ****



11/27/2017

Malocchio (1975)

dir. Mario Siciliano



Bogaty playboy Peter Crane (Jorge Rivero) wiedzie beztroski tryb życia, większość czasu spędzając na imprezowaniu i podrywaniu kobiet. Jego bezrefleksyjna egzystencja zostanie zachwiana przez szereg ciężkich do wytłumaczenia zdarzeń. Wszystko zaczyna się od sugestywnego koszmaru, który daje przystojnemu utracjuszowi nieco do myślenia. Niedługo potem, mężczyzna poznaje atrakcyjną Francuzkę Yvonne (Lone Fleming), która zwierza mu się ze swojej wizji, zgodnie z którą Peter ją zamorduje. W istocie, niedługo potem kobieta ginie, a milioner zaczyna zadawać sobie pytanie: czy to naprawdę on jest zabójcą?



Film Mario Siciliano to przykład giallo z domieszką okultystycznego horroru. Wyraźnie pobrzmiewają tutaj echa głośnego "Egzorcysty", co pozwala wysunąć przypuszczenie, że twórcy pragnęli uszczknąć co nieco z ogromnej popularności obrazu Williama Friedkina. Jak to Włosi jednak, podeszli do sprawy dość niechlujnie, w efekcie czego "Malocchio" częściej śmieszy, niż straszy czy intryguje. Fabuła jest tu zgoła nonsensowna, a brak ciekawych postaci bynajmniej nie pomaga w zaangażowaniu się przez widza w akcję. Przez większość czasu towarzyszymy naszemu Casanovie, który stanowi mierny materiał na głównego bohatera: bezpłciowy, pozbawiony głębi psychologicznej i na dodatek słabo grany przez Hiszpana Rivero. Pod koniec, na pierwszy plan wysuwa się prowadzący dochodzenie w sprawie morderstw policjant, ale i jego persona ni ziębi, ni grzeje: ot, kolejny glina, jakich we włoskich produkcjach z tego okresu bez liku.


"Malocchio" (aka "Evil Eye") wyróżnia się na tle nurtu głównie za sprawą paranormalnych aspektów i kilku udziwnień. Aby zobrazować wątły stan umysłu lowelasa, reżyser wrzuca tu i ówdzie pachnące surrealizmem sceny, które to stanowią zarazem najjaśniejszy punkt programu. Szkoda jedynie, że często są wepchnięte do historii jakby na siłę. Kiedy zaś zbliżamy się już do rozwiązania kluczowej zagadki (opętanie? szaleństwo?) i scenariusz wreszcie ma szansę uzasadnić wszystkie te rewelacje, zamiast wyczekiwanej puenty otrzymujemy lekceważący czas i inteligencję odbiorcy unik. Z ciekawości, dla kilku momentów i ścieżki od Stelvio Ciprianiego można, ale i tak zdecydowanie poniżej gatunkowej średniej.

Ocena: **½




11/23/2017

La ragazza che sapeva troppo (1963)

dir. Mario Bava



Po ukończeniu zdjęć do przygodowego "Gli invasori" (aka "Erik the Conqueror"), Mario Bava na poważnie rozważał porzucenie reżyserii na rzecz pracy przy efektach specjalnych. Sytuacja uległa zmianie, gdy do akcji wkroczył tandem obrotnych producentów ze Stanów: Samuel Arkoff i Jim Nicholson, właściciele American International Pictures, namówili Włocha do powrotu za kamerę, oferując współfinansowanie jego kolejnego projektu. Scenariusz, na którym miał się oprzeć Bava, w swej pierwotnej wersji był komedią z wątkami kryminalnymi, dopiero w trakcie realizacji, historia zaczęła nabierać nieco bardziej mrocznej perspektywy. Twórca "Mask of Satan", rozczarowany miałką fabułą, skupił się przede wszystkim na stronie technicznej, wykorzystując szereg chwytów i elementów właściwych dla kina grozy. Efekt jego wysiłków przeszedł do historii kina jako pierwsze giallo w dziejach...


Bohaterką "La ragazza che sapeva troppo" jest młoda Amerykanka Nora Davis (Letícia Román), która udaje się na wakacje do słonecznego Rzymu. Zatrzymuje się w domu swej ciotki, ta jednak, pierwszej nocy po przybyciu dziewczyny, umiera w wyniku choroby. Zaraz potem, Nora zostaje zaatakowana na ulicy przez rabusia i jest przypadkowym świadkiem morderstwa. Niefortunny początek urlopu kończy się dla biedaczki w szpitalu, jak się jednak okazuje, nikt nie daje wiary jej rewelacjom na temat zbrodni, którą rzekomo widziała na własne oczy. Sceptycznie nastawiony jest również młody lekarz Marcello (John Saxon). Wyraźnie zadurzony w turystce doktor decyduje się mimo wszystko pomóc jej w prywatnym śledztwie...


Rozpowszechniany w USA pod tytułem "Evil Eye", obraz Bavy jest wypadkową szeregu inspiracji. Z jednej strony mamy tutaj do czynienia z ekranową wersją tanich kryminalnych czytadeł, z drugiej - znajdą się również odniesienia do stylu Hitchcocka (oryginalny tytuł filmu nawiązuje zresztą w bezpośredni sposób do jednego z dzieł "mistrza suspensu"). I pomimo, że omawiana pozycja jest w pierwszej kolejności jedynie celuloidowym ekwiwalentem brukowych powieści dla miłośników szarad, włoski reżyser udowadnia, że na polu budowania napięcia może poszczycić się nie lada talentem. Naiwna opowieść o mało rozgarniętej trzpiotce tropiącej seryjnego zabójcę, nabiera w jego ujęciu klasy. Bava jeszcze raz przypomina, że najlepiej sprawdza się jako autor przemyślnie, z wyczuciem i precyzją skomponowanych kadrów. Łatwiej dzięki temu przełknąć nietrafione akcenty humorystyczne, kiepskie aktorstwo czy idiotyczne zakończenie, które nie sprawdza się nawet jako przewrotny żart.


Choć w dużej mierze mamy tutaj do czynienia z przyjemną błahostką (w wersji na rynek amerykański lekki, komediowy ton został dodatkowo uwypuklony), dla poszukującego korzeni gatunku kinomana, "La ragazza" stanowić musi siłą rzeczy nie lada frajdę. Znajdziemy tutaj przynajmniej kilka podstawowych atrakcji, które później wejdą na stałe do repertuaru filmów giallo. Jest więc detektyw-amator, seria zabójstw popełnianych przez tajemniczą postać, niekompetencja policji czy wreszcie motyw wyliczanki wpasowany w modus operandi psychopaty. Czego wciąż brakuje to - pomijając bardziej subtelne aspekty - krwawe morderstwa ukazywane z perspektywy sprawcy oraz stały element jego ubioru, czyli czarne rękawiczki. Nie od razu przecie jednak Rzym zbudowano (nomen omen), toteż Bava żelazne ramy nurtu doprecyzowywał w o rok późniejszym "Sei donne per l'assassino". I tak to się zaczęło...

Ocena: ****



11/21/2017

Le Samouraï (1967)

dir. Jean-Pierre Melville



Działa w sposób metodyczny, zawsze opanowany, odzywa się rzadko, a jak już, to ostrożnie i lakonicznie. Czysty profesjonalizm, odziany w prochowiec, obdarzony zimnym spojrzeniem błękitnych oczu. Jef Costello (Alain Delon) jest płatnym zabójcą. Po wykonaniu kolejnego zlecenia, zostaje zatrzymany przez policję. Pomimo trudnego do podważenia alibi, badający sprawę komisarz (François Périer) jest przekonany, że to właśnie Costello jest sprawcą. Z braku dowodów, mężczyzna zostaje wypuszczony na wolność, jednak teraz po piętach depczą mu także jego zleceniodawcy, przeświadczeni, że Jef zgodził się współpracować z wymiarem sprawiedliwości...


"Le Samouraï" to żelazny klasyk francuskiego kina kryminalnego od Jean-Pierre Melville'a, twórcy takich obrazów jak "W kręgu zła" czy "Glina" (w obu także występuje Delon). Oszczędny styl reżysera to pokłosie chropowatej maniery twórców Nowej Fali. Niespieszna narracja i często statyczne kadry, kontrastowane są jednak co rusz przez błyskotliwe, niezwykle efektowne jazdy kamery. Pozwala to wykreować gęsty klimat osaczenia i moralnej ambiwalencji. O głównym bohaterze wiemy niewiele, poza tym, że to niezwykle sprawna maszyna do zabijania. Mimo tego, chcąc, nie chcąc, zmuszeni jesteśmy mu kibicować. Samotnik, porównany na wstępie do samuraja, jawi się jako wysokiej klasy zawodowiec o wypracowanym na własny użytek, niezłomnym kodeksie postępowania. W tej roli bryluje największy gwiazdor francuskiego kina. Delon gra minimalistycznie, uwagę przyciągają głównie jego oczy, odwzorowujące emocje kłębiące się w umyśle bohatera. 


O dorobku Melville'a powiedziano już zapewne wszystko, co do powiedzenia było, a jednak wciąż wpływ jaki na kino sensacyjne miał i wciąż ma "Le Samouraï" jest nie do przecenienia. Inspiracje, cytaty i zapożyczenia z tego obrazu znajdziemy później u szeregu twórców, z czego wypada wspomnieć tak znaczące obrazy, jak "Driver" Waltera Hilla, "Król Nowego Jorku" Abla Ferrary, "Życie Carlita" Briana De Palmy czy "Ghost Dog" Jima Jarmuscha. Oczywiście, lista jest znacznie obszerniejsza, bo w zasadzie każdy film podejmujący tematykę "ostatniego zadania" zmęczonego życiem kryminalisty, w mniejszym lub większym stopniu zaciąga dług wdzięczności wobec omawianej pozycji. Co istotne, sam Melville, konstruując swój szary, przygnębiający półświatek, za wzór obierał sobie amerykańskie kino noir, niezwykle ceniony przez francuskich filmowców i krytyków nurt. Wciąż fascynujące, gorzkie w posmaku, niezmiennie od dekad przynosi natchnienie kolejnym pokoleniom reżyserów. Nie wierzycie? Sprawdźcie pod tym kątem chociażby taki "Drive" Refna...

Ocena: *****



11/20/2017

La muerte llama a las 10 (1974)

dir. Juan Bosch



Choć kolebką giallo są Włochy, swych sił w specyficznej stylistyce mieszającej kryminał z dreszczowcem, niejednokrotnie próbowali również twórcy wywodzący się spoza Półwyspu Apenińskiego. W Hollywood najbardziej pojętnym uczniem mistrzów pokroju Argento i Bavy był Brian De Palma, na kontynencie europejskim z kolei najwięcej wyrobów giallo-podobnych powstało w Hiszpanii. Miłośnicy nurtu z pewnością kojarzą takie tytuły jak "Los ojos azules de la muñeca rota", "Jack el destripador de Londres" czy, będące przedmiotem poniższej recenzji, "La Muerte llama a las diez".


Pod nieobecność przebywającego w Wietnamie chłopaka, Peggy (Gillian Hills) wynajmuje pokój na piętrze swego apartamentu mężczyźnie poleconemu jej przez znajomych. Niedługo potem, dziewczyna dostaje telefon od ukochanego, który niespodziewanie wrócił zza granicy i pragnie spotkać się w odosobnionym miejscu. Peggy udaje się pod wskazany adres, gdzie zostaje zaatakowana przez tajemniczego osobnika. Cudem udaje jej się ujść z życiem, jednak od tego momentu giną kolejne osoby z jej otoczenia...


Film Juana Boscha włoskie specjały małpuje całkiem wiernie, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że twórcy lekcję odrabiali na kolanie. Scenariusz naszpikowano bezsensownymi rozwiązaniami, tożsamość zabójcy jest łatwa do odgadnięcia, a poziom realizacji pozostawia wiele do życzenia. Sama intryga nie należy do szczególnie wciągających, co przekłada się na znikome napięcie w trakcie seansu.


"The Killer Wore Gloves" (prawda, że anglojęzyczny tytuł jest niezwykle oryginalny i wyrafinowany?) posiada wszelkie mankamenty charakterystyczne dla "żółtego" kina, wliczając w to słabe aktorstwo, fikuśne dialogi i brak poszanowania dla zasad logiki, jednocześnie niewiele oferując w zamian. To niskobudżetowa podróbka, którą dla lepszego efektu osadzono w zawsze będącej w modzie, londyńskiej scenerii. Amatorów przyciągnąć może uroda odtwórczyni głównej roli, ewentualnie kilka scen zabójstw, które raz wykonane są lepiej, kiedy indziej - gorzej (widowiskowa śmierć przez uduszenie powoduje na ten przykład ostry napad śmiechu). Podsumowując: tylko dla tych, którzy "zaliczyli" już cały podstawowy kanon nurtu, a teraz szukają ciekawostek.

Ocena: **½



Helter Skelter (1976)

dir. Tom Gries



Nocą z 8 na 9 sierpnia 1969 roku w położonej na uboczu posiadłości przy 10050 Cielo Drive doszło do zbrodni, która wstrząsnęła opinią publiczną na całym świecie. Czworo napastników z zimną krwią zamordowało przebywających wówczas w domu Sharon Tate, Wojciecha Frykowskiego, Jaya Sebringa i Abigail Folger. Blady strach padł zarówno na zwykłych mieszkańców Los Angeles, jak i na śmietankę towarzyską Hollywood. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie, tym bardziej, że już kolejnej nocy dokonano podobnych zabójstw w znacznie oddalonej od Beverly Hills dzielnicy Los Feliz. Ofiarami byli tym razem Leno i Rosemary LaBianca, do których należała sieć sklepów spożywczych. Policja z początku nie powiązała ze sobą obu zbrodni, ponadto w wyniku jej opieszałości nie wzięto pod uwagę licznych tropów, które pozwoliłyby na wcześniejsze odkrycie tożsamości sprawców obu brutalnych napaści. Dopiero w grudniu tego samego roku, za sprawą zeznań jednej z morderczyń, zagadka dwóch upiornych letnich nocy została rozwiązana. Dla kalifornijskiego wymiaru sprawiedliwości był to jednak dopiero początek drogi zmierzającej do skazania sprawców. Proces, który rozpoczął się w czerwcu 1970 roku, potrwać miał do marca roku następnego i szybko zyskał sobie określenie "procesu stulecia". 


O poszukiwaniach winnych bestialskich mordów, a także, przede wszystkim, o przebiegu wydarzeń na sali sądowej opowiada wydana w 1974 roku książka "Helter Skelter", autorstwa Vincenta Bugliosiego (we współpracy z Curtem Gentry), prokuratora, który występował jako główny oskarżyciel w sprawie Mansona i jego zwolenników. Napisana z pierwszej ręki, niezwykle rzetelna pozycja jest nie tylko kopalnią wiedzy na temat okoliczności związanych z tamtymi szokującymi wydarzeniami, jest też lekturą porywającą, taką, która wprost prosi się o przeniesienie na ekran. Zadania tego podjął się już dwa lata później Tom Gries, realizując na potrzeby telewizji film pod tym samym tytułem, co literacki pierwowzór. 


Twórcom wyraźnie przyświecała idea możliwie jak najbardziej wiernego trzymania się książki, co dziełu wyszło tylko na dobre. Pozwolę sobie jednak w tym miejscu na drobną dygresję - pełna wersja tego obrazu trwa trzy godziny, podczas, gdy okrojona - zaledwie dwie. Nie miałem styczności z owym skróconym wariantem, ufam jednak, iż sięganie po niego mija się z celem. Wynika to z prostego faktu - nawet w przypadku trzygodzinnego seansu niezbędne były pewne skróty i pomijanie mniej znaczących wątków, pozbawianie więc historii kolejnych aspektów dla zmniejszenia metrażu wydaje się być działaniem zgoła karkołomnym. Tak czy inaczej - ekipa odwaliła tu kawał porządnej roboty i nawet telewizyjna konwencja oraz wymuszone przez nią ograniczenia nie są w stanie zepsuć dobrego wrażenia, jakie towarzyszy oglądaniu "Helter Skelter". Pod względem aktorskim poziom bywa nieco nierówny, jednak znaczna większość odtwórców zasługuje na pochwałę. Na pierwszy plan wybija się wcielający się w Charlesa Mansona Steve Railsback - jego głównym atutem jest to, że na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda jak niesławny przywódca "Rodziny", posiada nawet podobne jemu obłąkańcze spojrzenie. Dzięki tym "podobieństwom" można wybaczyć jego zbytnią skłonność do szarżowania oraz - jakby nie patrzeć - zbyt wysoki, jak na tą postać, wzrost (Manson liczył sobie zaledwie 157 centymetrów). Odtwarzający postać Bugliosiego George DiCenzo pole do popisu ma znacznie mniejsze, ale może właśnie dzięki oszczędności środków, wypada równie, jeśli nie bardziej przekonująco niż demoniczny Railsback. Na drugim planie również można by wymienić kilka perełek, które skutecznie przyćmiewają słabsze występy. 


"Helter Skelter", gdy patrzeć od strony sztuki filmowej, do zaoferowania posiada raczej niewiele, jednakże jako paradokumentalna rekonstrukcja jednej z najgłośniejszych i najbardziej szokujących spraw w annałach dwudziestowiecznej kryminalistyki zdecydowanie spełnia swoją rolę i zasługuje na uznanie. Oczywiście, w pierwszej kolejności polecam lekturę, jednakże - pośród masy eksploatacyjnego śmiecia, które nieprzerwanie powstaje wokół tematu Mansona i "Rodziny" - film Griesa wyróżnia się zdecydowanie chlubnie.

Ocena: ****½


11/17/2017

Mascara (1987)

dir. Patrick Conrad



Cannon Films działało od 1967 roku do 1994. Największe sukcesy firma święciła w latach 80., głównie za sprawą produkowanych masowo akcyjniaków z udziałem takich ikon gatunku, jak Chuck Norris, Jean-Claude Van Damme czy Charles Bronson. Kasowe zyski ośmieliły kierujący spółką duet Menahem Golan / Yoram Globus do spróbowania sił w ambitniejszym repertuarze. I tu zaczęły się schodki, bowiem tandem producentów z Izraela doskonale wiedział, jak tworzyć efektowne i mało wymagające filmy rozrywkowe, nie miał za to bladego pojęcia o kinie artystycznym. Obok projektów uznanych twórców, które nie miały wielkich szans na finansowanie z innych źródeł (jak "Otello" Zeffirellego czy "Love Streams" Cassavetesa), Cannon Films zainwestowało fundusze w szereg spektakularnych fiask, pośród których znajdziemy takie celuloidowe dziwadła, jak noirowy para-pastisz "Tough Gusy Don't Dance" w reżyserii Normana Mailera, wersję losów Maty Hari z udziałem Sylvii Kristel czy omawiany tutaj dreszczowiec Belga nazwiskiem Patrick Conrad (jeśli nie kojarzycie tego pana, to spokojnie - nie ma powodów do wstydu).


Komisarz Bert Sanders (Michael Sarrazin) za dnia jest wzorcowym obywatelem, szanowanym stróżem prawa i znawcą sztuki wysokiej. Pod osłoną nocy szef policji oddaje się jednak wstydliwym namiętnościom w szemranym klubie o nazwie Mister Butterfly. Kiedy jedna z jego "przyjaciółek" z tej jaskini grzechu ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, Sanders decyduje się osobiście nadzorować śledztwo w tej sprawie...


Dzieło Conrada w pełni zasługuje na miano rarytasu. Po premierze film okazał się być niewypałem i błyskawicznie popadł w zapomnienie, z którego nie został wydobyty po dziś dzień. Czyni to zeń niezwykle łakomy kąsek dla kolekcjonerów unikatowych doznań. "Mascara" to w istocie piękna katastrofa: zrealizowany z pseudoartystowskim zadęciem thriller erotyczny, śmiało eksplorujący tematy dewiacji, oprócz sadomasochistycznych praktyk oferując zbrodnię, pożądanie i - last but not least - kazirodztwo. Komisarz policji jest więc nie tylko zakochanym w operze estetą, ale i stałym bywalcem przystani fetyszystów, gdzie drag queens wyśpiewują z playbacku słynne arie, a odziani w lateks jegomoście folgują do woli swym żądzom. Niepokojące obrazy sączą się poprzez ekran, perwersja narasta, a wszystko to utrzymane w stylistyce eurotrashowego hołdu dla złego smaku. Przestylizowana forma spotyka na swej drodze szemranego montażystę, aktorzy miejscami sprawiają wrażenie, jakby grali dla samej zgrywy, a kuriozalne dialogi dudnią w uszach jeszcze długo po tym, jak zostaną wypowiedziane 
(poniżej pierwszy z brzegu przykład, czyli pierwsze linie dialogowe w całym filmie. 
Mężczyzna do kobiety, która o mało nie potrąciła go na przejściu dla pieszych:
- Hey, you think You own the goddamn' road or something?
- I could've killed you.
- Well, you didn't. Nice try.
- Thank you!
- Don't mention it.
- Good night.)
Nie wiadomo w zasadzie czy się zakochać, czy też śmiać do rozpuku. "Mascara" popada ze skrajności w skrajność, bo ciekawe pomysły (te w większości zawarte zostały w pierwszej połowie) sąsiadują z iście ułańską, ocierającą się o czysty absurd, fantazją.


Nie ma nic bardziej nobilitującego dla szmiry, niż udział respektowanej, cenionej obsady. Nie inaczej jest w tym przypadku. Charlotte Rampling dobrana zgodnie z jej dekadenckim emploi wyhodowanym na rolach w takich filmach jak "Zmierzch bogów" oraz "Nocny portier" i bodaj jako jedyna z ekipy wychodzi z przedsięwzięcia z twarzą. Znany m.in z "Czyż nie dobija się koni?" Sarrazin wypada w roli zwichrowanego policjanta zgoła karykaturalnie, a wcielający się w przystojnego projektanta Derek de Lint pełni formę w zasadzie tylko dekoracyjną. Na drugim planie mamy jeszcze epizodyczny występ Romy Haag w roli transwestyty, wyśpiewującego tęsknym głosem szlagier pod tytułem "Help Me Make It Through The Night".


Campowe arcydzieło czy może beznadziejny gniot? Prawdopodobnie po trosze to i to. Z pewnością zaś: uczta dla miłośników złego kina. Wyobraźcie sobie skrzyżowanie "Cruising" Williama Friedkina z grafomanią spod znaku późnego Joe Eszterhasa, a otrzymacie w miarę wierny obraz tego, czym tak naprawdę jest "Mascara". Pełnym egzaltacji uniesieniem na miarę najlepszego libretta, które jakiś zboczony umysł postanowił unurzać w ekskrementach, rzucić na ścianę, a efekt zaprezentować jako dzieło sztuki. 

PS. Z braku odpowiednich do takich przypadków kryteriów oceniania, tym razem wstrzymuję się od oceny według skali, niech recenzja mówi za film sama, podobnie jak ma to miejsce w przypadku cyklu "Midnite Confessions".


11/13/2017

HHhH (2017)

dir. Cédric Jimenez



Niektóre tematy powracają w kinie niczym bumerang. Co ciekawe, sprawa zamachu na Reinharda Heydricha cieszy się wśród filmowców nawet większą popularnością, aniżeli skierowany przeciwko samemu Hitlerowi spisek pod przewodnictwem pułkownika Stauffenberga. Może rzecz w tym, że akcja czeskich komandosów zakończyła się powodzeniem, a sam "Kat Pragi" to postać niezwykle barwna i fascynująca. Ambitny i bezwzględny, Heydrich robił błyskawiczną karierę w kręgach SS, będąc de facto prawą ręką Himmlera. To on odgrywał pierwsze skrzypce przy opracowywaniu tzw. "Endlösung der Judenfrage" ("ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej"), a terror, jaki zaprowadził jako protektor Czech i Moraw, stał się wręcz legendarny, co z kolei stanowiło bezpośrednią przyczynę wydania nań wyroku śmierci przez ruch oporu. Zaledwie rok po premierze "Anthropoida", na ekrany wszedł kolejny obraz skupiający się na brawurowej operacji, której celem była eliminacja osoby Obergruppenführera Heydricha.


Podczas, gdy wspomniany film Seana Ellisa ukazywał wydarzenia z perspektywy oddelegowanych do wykonania misji czeskich patriotów, "HHhH" (tytuł to akronim utworzony od popularnego we wtajemniczonych kręgach III Rzeszy powiedzenia "Himmlers Hirn heißt Heydrich", czyli: mózg Himmlera zwie się Heydrich) stara się przedstawić bardziej kompleksową wizję wydarzeń. Pierwsze czterdzieści minut jest więc skrótem złożonym z najważniejszych punktów w życiorysie Heydricha. Następnie przechodzimy do przygotowań do zamachu, ukazanych z perspektywy jego wykonawców. Na koniec zostawiono rozciągnięty w czasie "epilog", w którym to przedstawione są reperkusje, do jakich doszło po śmierci słynącego z nieprzejednania i zimnej krwi nazisty.


Tak oto, dzieło Cédrica Jimeneza rozpada się na trzy części. Kiedy już dajemy się wciągnąć w biograficzną partię, scenariusz wykonuje zwrot, a cała wcześniejsza narracja okazuje się być niczym więcej, jak lekcją historii w pigułce, sprokurowaną zapewne specjalnie pod niedouczonego amerykańskiego widza. W drugiej połowie, napięcie drastycznie spada, tonąc w zalewie niepotrzebnych wątków i chybionych prób zbudowania więzi między odbiorcą, a bohaterskimi spadochroniarzami. Po cóż bowiem w i tak mocno już "zatłoczonej", dwugodzinnej fabule, wtręty romansowe, skoro i tak nie będą one miały szansy wybrzmieć? I po co całą 1/3 historii poświęcać na szczegółowe zobrazowanie działań skierowanych przeciwko Czechom, skoro akurat tutaj można było pójść "na skróty", oddając więcej czasu bohaterom we wcześniejszych etapach.


Od strony realizacyjnej, "The Man with the Iron Heart" (tytuł alternatywny) nie budzi większych zastrzeżeń, pozostając konsekwentnym w kwestiach formalno-wizualnych. Niezłe jest aktorstwo (choć może za bardzo... netfliksowe, że się tak wyrażę?), przy czym w pamięć najbardziej zapada kreacja Jasona Clarke'a, który pomimo nieco zbyt topornej fizjonomii, jest całkiem przekonujący w roli Heydricha. Największy mankament stanowi sam scenariusz: twórcy wyraźnie nie byli w stanie się zdecydować, jaki kierunek obrać. Nieco niezdarnie próbując zamknąć w jednym filmie przynajmniej dwa oddzielne, polegli. Szkoda, bo największy potencjał rzecz miała jako czysto biograficzna pomoc dydaktyczna, wystarczyło tylko pogłębić psychologię i pogrzebać co nieco w "szczegółach". Porównanie między "Anthropoid" i "HHhH" (oba tytuły kręcone były w tym samym czasie), musi więc siłą rzeczy wypadać na korzyść tego pierwszego. 

Ocena: ***