10/20/2017

Tschick (2016)

dir. Fatih Akin



Czternastoletni Maik (Tristan Göbel) to typowy okaz "nerda". Po cichu podkochuje się w koleżance z klasy, ale nie ma śmiałości, by jej o swoim uczuciu opowiedzieć. W ramach wypracowania na zadany temat, chłopak przygotowuje esej o swojej matce-alkoholiczce. Rodzice Maika są po rozwodzie, więc ciężko winić nastolatka za jego rozchwianie emocjonalne. Pewnego dnia, w jego klasie zjawia się nowy uczeń: Andrej Tschichatschow (Anand Batbileg), odziany w dresy, popijający wódkę z gwinta w przerwach między lekcjami dziwak. Tschick, jak szybko zostaje ochrzczony outsider o mongolskich rysach, nie cieszy się popularnością wśród rówieśników, nie wyłączając w tym względzie Maika. Traf jednak chce, że los połączy tę dwójkę i wyśle na przygodę ich życia...


Fatih Akin, twórca głośnego "Głową w mur", wziął na warsztat bestsellerową powieść dla młodzieży autorstwa Wolfganga Herrndorfa. Prosta historia o podróży dwóch wyobcowanych nastolatków skradzionym samochodem to waląca często z "grubej rury", ale odznaczająca się naturalnym wdziękiem opowieść o ucieczce przed opresyjnym społeczeństwem. Jak często bywa w takich przypadkach: Tschick, choć zewnętrznie odpychający: śmierdzący spirytusem typ w ortalionie i z wymiętoszoną foliową siatką w garści, skrywa wrażliwe wnętrze i jest nad wiek dojrzały. Będzie więc nie tylko rozrywkowym kompanem dla cichego, nieśmiałego Maika, ale i kimś w rodzaju starszego brata. W trakcie eskapady, spotkają na swej drodze innych podobnych im wyrzutków, a całość wieńczy słodko-gorzki finał.


Urodzony w Hamburgu reżyser nie sili się specjalnie na oryginalność: "Tschick" to typowa inicjacyjna historia dla nastoletniej widowni. Można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że to obraz zgoła niedzisiejszy, pozbawiony cyfrowych fajerwerków i wyszukanych "łamańców" narracyjnych. W czasach, kiedy wszyscy już przestudiowali chronologiczne galimatiasy spod znaku Tarantino, a postmodernistyczny chaos zjada własny ogon, Akin celuje w prostotę, chwali bezinteresowność i czystą przyjaźń. I tym podbija widza. 


"Goodbye Berlin" (anglojęzyczny tytuł produkcji) nie miał najmniejszych szans, aby stać się festiwalowym objawieniem, podobnie jak marne były widoki, aby odniósł znaczący sukces w box office. W dobie smartfonów i portali społecznościowych, wypada równie nieefektownie jak stara fotografia z wakacji zrobiona polaroidem w zestawieniu z selfie biuściastej blondyny o wydętych wargach. Skromny, opatrzony banalnym wręcz morałem, na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie "obciachowego", niczym słuchany przez bohaterów szlagier Richarda Claydermana. Docenią go więc zapewne głównie ci, którzy pamiętają, jakie to uczucie, gdy taśma z kasety zostaje wciągnięta przez magnetofon. Moim zdaniem: ujmujący.

Ocena: ****



10/17/2017

Saturday the 14th (1981)

dir. Howard R. Cohen



Przełom lat 70. i 80. Nowy podgatunek horroru, slasher, zdobywa coraz większą popularność. Wiosną 1980 roku, na przekór zwyczajowym narzekaniom krytyki, ekrany zdobywa szturmem skromny przedstawiciel nurtu pod tytułem "Piątek 13." w reżyserii Seana Cunninghama. W ślad za sukcesem filmu idzie fala naśladownictw: oprócz oficjalnych kontynuacji, pojawia się szereg imitacji, które dziś nazwalibyśmy zapewne mianem "spin-offów", rip-offów" czy jakichś tam jeszcze "offów". Do tej obszernej listy zalicza się komedia grozy "Saturday the 14th".


Małżeństwo z dwójką dzieci dziedziczy stara posiadłość. Po przybyciu do domu, okazuje się, że jest to zwykła rudera, na dodatek, zdaniem niektórych, nawiedzona. Najmłodsza latorośl przez przypadek otwiera złowrogą "Księgę Zła", uwalniając tym samym całą gromadę demonów. Po okolicy kręci się para wampirów, pani domu z dnia na dzień zmienia się w stroniącą od światła słonecznego dziwaczkę, a wkrótce do grona nieproszonych lokatorów dochodzi upiorny doktor Van Helsing...


Jak łatwo wywnioskować z powyższego opisu, obraz Howarda Cohena ze słynną serią, poza tytułem, wspólnego ma niewiele. To raczej przyciężka parodia klasycznych horrorów, w której spotkamy zamieniających się w nietoperze krwiopijców i szereg bestii rodem z kina klasy B. z lat 50. Mało wyrafinowany dowcip obliczony został na gusta odbiorców familijnej rozrywki. Wieje kiczem, ale raczej źle pojmowanym: "Saturday the 14th" sprawia wrażenie prostackiej, wykastrowanej z dwuznaczności odpowiedzi na kultowy "Rocky Horror Picture Show".


Aby jednak nie być zbyt okrutnym w ocenie omawianej pozycji, trzeba przyznać, że ma prawo wzbudzać nostalgię wśród widzów dorastających w latach 80. Umowność świata przedstawionego, nieco rubaszne podejście i frywolny klimat bywają ujmujące. Widząc zaś na wstępie logo wytwórni Rogera Cormana New World Pictures, automatycznie obniżamy poprzeczkę, dzięki czemu te niespełna półtorej godziny upływa w niezobowiązującej atmosferze. Czyli: jest głupawo, ale szczęśliwie obyło się bez bólu żuchwy.

Ocena: **


10/16/2017

Le meraviglie di Aladino (1961)

dir. Henry Levin, Mario Bava



Sukces "La maschera del demonio" stanowił gigantyczny zwrot w karierze Mario Bavy: po latach terminowania przy błahych komediach i lichym kinie sandałowym, Włoch wreszcie miał szansę udowodnić, że jako samodzielny twórca jest w stanie dostarczyć produkt nie tylko ambitniejszy, ale i o sporym potencjale kasowym. Musiały jednak upłynąć trzy lata, aby reżyser dostał zielone światło dla swojego projektu "La ragazza che sapeva troppo", kolejnego kamienia milowego, tym razem dla rozwoju gatunku giallo. W międzyczasie, ceniony operator pracował przy trzech projektach: przygodowym "Gli invasori", odwołującym się do greckiej mitologii "Ercole al centro della Terra" oraz czerpiącym z baśni 1001 nocy "Le meraviglie di Aladino". W przypadku dwóch ostatnich tytułów, Bava znów odrabiał lekcję na stanowisku drugiego reżysera.


Samej historii przybliżać raczej nikomu nie trzeba, ograniczę się więc do szybkiego streszczenia dla zapominalskich: Aladyn to bujający w obłokach lekkoduch. Chłopak wchodzi w posiadanie magicznej lampy. Jej mieszkaniec, wszechpotężny Dżin, obiecuje swemu nowemu panu spełnić jego trzy życzenia. Zanim jednak nasz sympatyczny safanduła zdobędzie serce ukochanej z czasów dzieciństwa, będzie musiał pokrzyżować szyki przebiegłemu wezyrowi...


W kontekście dorobku Bavy, "The Wonders of Aladdin" to jeszcze jedna "pańszczyźniana orka", na której ostateczny kształt twórca "Mask of Satan" nie miał żadnego wpływu. Nakręcony w koprodukcji włosko-francusko-amerykańskiej obraz stanowi mix sprawdzonych chwytów: trochę slapstickowego humoru, pojedynki na szable, fakirzy i latające dywany. Rozrywka w sam raz na niedzielny seans przy rodzinnym stole. Oczywiście, pod warunkiem, że ktokolwiek w dzisiejszych czasach jest w stanie zaakceptować taką poczciwą ramotkę. 


Z braku naprawdę angażujących elementów fabuły, warto zwrócić uwagę na samą obsadę. Donald O'Connor, wówczas już mocno przebrzmiała gwiazda hollywoodzkich musicali (m.in. "Deszczowa piosenka"), robi  w roli tytułowej użytek ze swojego vis comica, przy okazji do cna rozmieniając na drobne niegdysiejszą popularność. Michèle Mercier i  Terrence Hill wcielają się w książęcą parę, zaś wisienkę na torcie stanowi kurtuazyjny występ Vittorio De Siki jako poczciwego Dżina.  


"Le meraviglie di Aladino" posiada pewien staroświecki urok, anachroniczny sznyt, nijak to jednak nie ratuje widza przed znużeniem. Sto minut trwania to zdecydowanie zbyt długo, jak na tak pstrokaty przejaw kiczowatej wyobraźni włoskiego przemysłu naśladowczego.

Ocena: **



10/13/2017

Raising Cain (1992) Re-Cut

dir. Brian De Palma



"Raising Cain" było powrotem Briana De Palmy po ośmiu latach do hitchcockowskich klimatów. Po porażce "The Bonfire of the Vanities", reżyser postanowił jeszcze raz wkroczyć na znajome terytorium i robić to, co umiał najlepiej: nakręcił psychologiczny dreszczowiec, składając po raz kolejny hołd mistrzowi suspensu. Tym razem trop prowadził do słynnej "Psychozy", jednak efekt końcowy rozczarował krytykę: zabrakło drapieżności i odwagi, jakimi odznaczały się takie obrazy, jak "Dressed To Kill" czy "Body Double". Dla wielu, "Cain" to De Palma staczający się w ponure czeluście lat 90.: pozbawiony wizjonerskiej pasji, niezdecydowany pomiędzy autorską wizją, a wymaganiami wielkich studiów filmowych.






Przyznam, że i mi przy pierwszym spotkaniu nie przypadł do gustu ten nieco przekombinowany thriller o rozpadzie osobowości. Trudno nie docenić wizualnej maestrii, muzycznych tematów od Pino Donaggio czy ocierającej się o groteskę, ale wciąż porywającej kreacji Johna Lithgowa, jako całość jednak, "Mój brat Kain" sprawia wrażenie filmu wykastrowanego, zachowawczego. Sam twórca szybko połapał się, że popełnił błąd, decydując się na istotne zmiany w narracji i przefasowanie chronologii z pierwotnego zamysłu na bardziej przystępną dla masowego widza.



Właściwa historia zaczyna się 20 lat po premierze obrazu, kiedy to holenderski reżyser Peet Gelderblom opublikował w sieci przemontowaną, w oparciu o oryginalny scenariusz (czyt. sprzed autorskich modyfikacji), wersję "Kaina". Gelderblom poukładał sceny w kolejności zgodnej z pierwotnym założeniem. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania: sam De Palma zachwycił się pracą wykonaną przez Holendra i umieścił fan-edit o nazwie "Re-Cut" na kolekcjonerskim wydaniu Blu-Ray, tym samym oficjalnie namaszczając go jako "wersję reżyserską". 


Będąc świeżo po seansie rzeczonego wariantu, oddaję sprawiedliwość Gelderblomowi: są powody do mruczenia! "Raising Cain: Re-Cut" to zupełnie inny, znacznie lepszy film. Pierwsze pół godziny dosłownie przyprawia o zawrót głowy (nomen omen), wrzucając zdezorientowanego widza w sam środek akcji. De Palma, jakiego kochamy: stylistycznie wyrafinowany, na granicy kiczu i geniuszu. Znacznie bardziej interesująco prezentują się także odniesienia do idola reżysera, bo o ile wersja kinowa sprawiała wrażenie odtwórczego ćwiczenia na bazie słynnego dzieła Hitchcocka z 1960 roku, o tyle w nowym wydaniu niezwykły przypadek Cartera, nosi już cechy inteligentnej żonglerki cytatami. Łatwe wcześniej do przeoczenia niuanse nabierają wyrazistego smaku, a widz zadaje sobie jedyne słuszne pytanie: po co mi "kinówka", skoro mogę mieć "real deal"?


Nie będę więcej kadził, gorąco za to polecam ten niespodziewany "Director's Cut", gdyż stawia on niedoceniony w momencie premiery obraz w zupełnie innym świetle. Zresztą, wpiszcie w wyszukiwarce ciąg słów-kluczy: raising cain re-cut i poczytajcie opinie: nie jestem odosobniony w zachwycie. Albo w ogóle nic nie czytajcie więcej, tylko od razu zdobądźcie kopię i oglądajcie!

Ocena: *****



10/10/2017

Never Talk to Strangers (1995)

dir. Peter Hall



Doktor psychiatrii Sarah Taylor (Rebecca De Mornay) bada oskarżonego o serię zabójstw na tle seksualnym Maxa Cheskiego (Harry Dean Stanton) pod kątem niepoczytalności. Po godzinach pracy, poukładana pani psycholog wiedzie samotne życie, wciąż próbując się uporać z tajemniczym zniknięciem jej narzeczonego. Pewnego dnia, spotyka ujmującego Portorykańczyka imieniem Tony (Antonio Banderas). Choć kobieta wzbrania się przed wstępowaniem w nowy związek, naturalny urok ognistego Latynosa przełamuje jej opory. W momencie, gdy romans zaczyna rozkwitać, Sarah staje się celem tajemniczego prześladowcy. Czyżby jej nowy kochanek był czyhającym na jej życie psychopatą? A może to szantaż ze strony jej przebywającego w celi śmierci pacjenta?


"Never Talk to Strangers" to typowy wykwit kina lat 90. Jeszcze jeden thriller erotyczny, który pragnąłby zdyskontować oszałamiający sukces "Nagiego instynktu". Tak jak jednak miało to miejsce w przypadku "Slivera", "Barw nocy" czy "Sideł miłości", próby dorównania hitowi Paula Verhoevena przyniosły marne rezultaty. Stojący za kamerą Brytyjczyk Peter Hall uznawany jest za jednego z najwybitniejszych reżyserów szekspirowskich drugiej połowy XX wieku. Zmarły 17 września tego roku twórca wyraźnie jednak nie czuje formuły "pikantnego" dreszczowca i w zetknięciu z przekombinowanym i wtórnym scenariuszem wyraźnie załamuje ręce. Pod jego batutą, gwiazdorski duet De Mornay/Banderas, wypada niczym para aktorów z opery mydlanej, a napięcie ledwo zipie.


Z perspektywy czasu, omawiany tytuł ma jednak szansę zyskać jako swoista "guilty pleasure", stając obok takich anty-arcydzieł epoki, jak "Jade" czy "Showgirls". Co prawda, film Halla nie jest w połowie nawet tak bezwstydnym okazem campu, jak drugi z wymienionych obrazów, niemniej i tutaj koneserzy kiczu znajdą coś dla siebie. Dęta psychologia i fabularne twisty, które miast zaskakiwać wywołują zduszony rechot to dwa największe "plusy" "Never Talk to Strangers". Oczywiście, nie licząc pary odtwórców głównych ról. De Mornay, mimo że w trakcie zdjęć była już grubo po trzydziestce, wciąż olśniewa urodą, a na dodatek w kilku scenach śmiało porzuca krępujący jej wdzięki stanik. Banderas, wówczas wciąż pretendujący do miana pierwszoligowej gwiazdy Hollywood (przypomnijmy: "Desperado" to ten sam rocznik) chwyta się przysłowiowej brzytwy i wyciska z przerysowanej postaci "bodyguarda" maksimum wdzięku i południowej zadziorności.


Skłamałbym, pisząc, że nie darzę tej produkcji dużą dozą sympatii. "Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym" w wysoce niezdarny sposób stara się kopiować hitchcockowskie patenty, w roli wabika wykorzystując pieprzny kontekst. Finał jest tu tyleż przewrotny, co idiotyczny, a clou programu, czyli sceny erotyczne, bawią swym jaskrawym przestylizowaniem. Mając na względzie powyższe fakty, wciąż jednak wzdycham do młodzieńczego obiektu pożądania: od pierwszego seansu "Ryzykownego interesu" Rebecca mogła dla mnie grać w czymkolwiek, a i tak sięgnąć było warto.

Ocena: **½



5 bambole per la luna d'agosto (1970)

dir. Mario Bava



Miliarder George Stark (Teodor Corrà) zaprasza na swoją prywatną wyspę grupę znajomych. Pośród gości znajduje się profesor Gerry Farrell (William Berger), wybitny naukowiec, który niedawno opracował formułę, dzięki której planuje zrewolucjonizować świat przemysłu. Wynalazca szybko przekonuje się, że na jego patent czyha trzech uczestników weekendowego wypoczynku. Pomimo, że mężczyźni oferują mu grube pieniądze za wyłączny dostęp do jego odkrycia, profesor pozostaje niewzruszony i odrzuca ich hojne propozycje. Nagle, jeden po drugim, wczasowicze zaczynają ginąć z rąk nieznanego sprawcy...


"5 bambole per la luna d'agosto" powstało w tym samym roku, co głośne giallo "Il rosso segno della follia". Rok później, na ekrany wejdzie inne przełomowe dzieło Mario Bavy, proto-slasher "Reazione a catena". Można więc śmiało powiedzieć, że jest to okres, gdy słynny włoski reżyser znajdował się u szczytu swoich możliwości. A jednak, omawiany obraz nie tylko nie należy do cenionych przez krytykę, nawet sam twórca przyznawał z perspektywy czasu, że "Five Dolls for an August Moon" jest jednym z jego najsłabszych dokonań. Co ciekawe, pod względem fabuły, nastroju i formy, wykazuje rzeczona pozycja spore podobieństwo względem wspomnianego "A Bay of Blood". I tu i tam mamy sielskie lokacje, w obu przypadkach akcja skupia się nie metodycznym likwidowaniu kolejnych postaci. Za inspirację posłużyła Bavie tym razem powieść Agathy Christie „Dziesięciu małych Murzynków”, arcydzieło literatury kryminalnej i niedościgniony wzorzec dla przyszłych pokoleń, w tym dla autorów brukowych łamigłówek "w żółtej okładce".


Może też w tym tkwi szkopuł: twórca "Sei donne per l'assassino" wziął na warsztat archetypiczną dla gatunku sytuację, przysłowiowy "samograj" i straciwszy czujność, poległ. Efektem jego starań jest bowiem wyzuty z napięcia dreszczowiec z rosnącym systematycznie body countem. Kiepsko zagrany, z jałową intrygą i nieprzekonującymi zwrotami akcji. Bava, podobnie jak jego krajanie-naśladowcy, nie miał wielkiego talentu do prowadzenia aktorów, chętnie wpychał w ich usta katastrofalne linie dialogowe, skupiając się przy tym głównie na stronie wizualnej i kreowaniu nastroju. "Five Dolls..." można więc uznać za intrygującą wpadkę: nie zabraknie tutaj ciekawych zabiegów montażowych i unikalnych kompozycji kadru, które mają za zadanie przysłonić braki fabularno-wykonawcze. Ostatecznie jednak, idiotyczny epilog staje się przysłowiowym "gwoździem do trumny" i pozostawia podobny niesmak, jak nieprawdopodobnie kuriozalne zakończenie innego filmu reżysera, uznawanego za pierwsze giallo w dziejach "La ragazza che sapeva troppo".


Stylowy, ale sztuczny, makabryczny, acz pozbawiony krwistych fajerwerków (miłośnicy gore nie znajdą tutaj wielu powodów do radości), przewrotny i przeszarżowany zarazem, "5 bambole per la luna d'agosto" nie jest z pewnością najgorszym dokonaniem w bogatej filmografii Włocha, ma jednak prawo rozczarować. W zestawieniu z przełomowymi dziełami Bavy, ta wprawka z kryminalnych szarad jawić się musi jako regres. Z drugiej strony: to, co doniosłe i kreujące trendy, często okupione jest towarzystwem prób o znamionach przeciętności. 

Ocena: **½



10/06/2017

Blade Runner 2049 (2017)

dir. Dennis Villeneuve



Odziany w staromodny skórzany płaszcz z podszewką, oficer K. (Ryan Gosling) z LAPD, wykonuje niewdzięczną pracę "blade runnera". Gdy w"wywęszy" jakiegoś nielegalnego replikanta, jego zadaniem jest likwidacja osobnika. Podczas rutynowej akcji, zabiwszy jednego ze zbiegów, policjant trafia na trop grubej afery. Takiej, która może zmienić koleje historii...


Podczas, gdy Ridley Scott kazał nam się głowić nad tym, czy Harrison Ford jest androidem czy też nie, Villeneuve "wali z grubej rury": tak, jego bohater jest replikantem, o czym zresztą doskonale wie zarówno on sam, jak i jego otoczenie. Obdarzony psim spojrzeniem błękitnych oczu Ryana Goslinga K., należy do kolejnej generacji "sztucznych ludzi", takich, którzy nigdy się nie buntują, nie kłamią, zawsze posłusznie wypełniają rozkazy. Nawet w nim jednak coś pęknie, gdy jego kolejna misja i jej znaczenie zaczną go przerastać. Znajdujemy się więc z powrotem na znajomym gruncie, gdzie kluczowe zdają się być pytania o kwintesencję człowieczeństwa, o to, czym jest dusza, na jakim etapie maszyna zaczyna odczuwać empatię, nienawiść, czy jest w ogóle zdolna do miłości?


To wszystko już było w oryginale z 1982 roku i nie będę bajdurzył, że twórca "Arrival" wniósł do tematu coś istotnie nowego, na poważnie zasiał ziarno wątpliwości. Nie, Kanadyjczyk skupia się przede wszystkim na kontynuacji myśli przewodniej poprzednika, czasem po prostu zmienia nieco perspektywę. Grunt, że dzięki dopracowywanemu przy okazji swych wcześniejszych filmów warsztatowi, jest w stanie zaoferować jedno z najbardziej imponujących dokonań kina science-fiction XXI wieku.


Czekacie zapewne, aż w ślad za piewcami omawianego tytułu, okrzyknę go arcydziełem. A tu figa! "Blade Runner 2049" pełen jest dziur logicznych, które widoczne są już przy pierwszym seansie. Co gorsza, Villeneuve nie wierzy zbytnio w inteligencję widza i ma brzydki zwyczaj "dopowiadania". W praktyce oznacza to, że na wypadek gdyby odbiorca za długo gapił się w dno pudełka po popcornie, to reżyser mu powtórzy co musi wiedzieć, ewentualnie wepchnie w usta któregoś z bohaterów kwestię, która wiele wyjaśni. Przyznam szczerze, że nie lubię być traktowany w ten sposób: wolę raczej "niejasności" i pobudzanie wyobraźni, aniżeli przysłowiowe "wykładanie kawy na ławę".


Porzućmy jednak w tym miejscu nieco nazbyt napuszone kwestie filozoficzne, a nawet samą fabułę: prawda bowiem jest taka, że to właśnie scenariusz jest najsłabszą stroną "Łowcy androidów" na miarę nowego tysiąclecia. Tutaj liczy się przede wszystkim wizja. I jakaż to jest wizja! Zanurzony po skronie w stylistyce neo-noir, wysadzany neonowymi błyskotkami, na przemian ponury i kolorowy, "BR2049" to obraz stworzony do oglądania na dużym ekranie. A najlepiej na jeszcze większym: w wersji dostosowanej do rozmiarów kin IMAX, film dosłownie powala. Nie jest to jednak festyniarski popis efektów, którego moglibyśmy się spodziewać po Michaelu Bayu, co to to nie! To podrasowana rzeczywistość sprzed trzydziestu lat: chropowata, dekadencka, mroczna, a jednocześnie porażająca swym pięknem i majestatem. Wespół z odpowiedzialnym za zdjęcia Rogerem Deakinsem, Villeneuv tworzy klimat, który dosłownie wgniata w fotel. Wykorzystując podpatrzone u klasyków czarnego kryminału koncepty, prezentuje nam rzeczywistość toczoną przez rozkład, pozbawioną nadziei, niebezpieczną i depresyjną. To doznanie intensywne, perfekcyjne pod względem spójności świata przedstawionego, konsekwentne tak od strony plastycznej, jak i w kwestii nastroju.


Ton narracji idealnie podkreśla ścieżka dźwiękowa: skomponowany przez Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa soundtrack opiera się głównie na wariacjach wokół tematów Vangelisa. Bywa więc lirycznie, ale kiedy trzeba, muzyka jest w stanie podkreślić dramatyzm sytuacji i przyprawić o ciarki. Wreszcie ktoś utemperował Zimmera z jego bombastycznością i pokierował ją na właściwe tory.


Kolejna kwestia to aktorstwo. I tutaj w zasadzie obyło się bez większych zaskoczeń. Jaki Gosling jest, każdy widzi. Ja tam za typem przepadam od czasów "Drive": dobrze sprawdza się w rolach przygaszonych przez życie samotników. I jako pełen zwątpienia K./Joe "działa" bez zarzutu. Wszyscy też z pewnością zastanawiali się, jak po trzech dekadach wypadnie w roli Deckarda Harrison Ford. Otóż nie jest już tak zblazowany, jak niegdyś, reżyser wygrywa jego pooraną zmarszczkami twarz, ukazuje zmęczenie. Co do kwestii "człowieczeństwa" jego postaci: nie nastawiajcie się na nie lada zaskoczenia, to naprawdę nie jest tym razem aż tak istotne. Nie stara się też nawet Villeneuve zastąpić pamiętnego Roya Batty'ego równie elektryzującym antagonistą: pod tym względem jest raczej ubogo. Na pocieszenie dostajemy przesadnie demonicznego Jareda Leto, który sprawia wrażenie, jakby czuł się nieco spłoszony po negatywnym odbiorze jego interpretacji Jokera. Miłą niespodzianką pośród obsady jest za to Ana de Armas, która - paradoksalnie - tworzy najbardziej ludzką figurę w tym zestawie. Co ciekawe, to właśnie pytania odnośnie jej postaci okazują się być najciekawsze w całym zestawie pod tytułem: "czy on czuje, czy tylko mu się tak wydaje?".


Nowy "Blade Runner" wygrywa przede wszystkim jako ekstatyczny blockbuster "na poziomie". Choć niewolny od wad, wciąż pozostaje kinem z krwi i kości, takim które budzi prawdziwe emocje, stworzonym z pasji, nawet jeśli dostosowanej do potrzeb i wrażliwości masowego klienta multipleksu. To nie kolejny "Obcy/Prometeusz" od Scotta, o którym zapomnicie w pięć minut po opuszczeniu sali kinowej. To jeden z tych przypadków, gdzie po zapaleniu świateł przez obsługę, dalej siedzicie i wpatrujecie się w lecące na ekranie napisy z myślą: "kurde, będę miał o czym pogadać ze znajomymi!". A po powrocie do domu odpalacie soundtrack, by przedłużyć wrażenia z seansu. 

Ocena: *****



10/04/2017

Crisis in Six Scenes (2016)

dir. Woody Allen



Z duchem czasu trzeba iść. Prawda (nomen omen) stara jak sam świat: wszak ten, co się nie dostosuje, prędzej czy później zginie. Mimo wszystko, gdy oficjalnie ogłoszono, że Woody Allen nakręci miniserial dla Amazon Studios, niejeden z pewnością zachodził w głowę nad tym "co tu się właściwie dzieje?". Zaraz potem kolejna bomba: jedną z głównych ról zagra Miley Cyrus. Były "króliczek" (czy jak je tam zwą?) Disney Studios, a obecnie rozwydrzona skandalistka w produkcji jednego z najwybitniejszych reżyserów naszych czasów. Świat stanął na głowie...


Nie ma jednak co wszczynać paniki, bowiem "Crisis in Six Scenes" to dobrze nam znany Allen, neurotyk i pocieszny safanduła. Fabuła sześcioodcnikowej serii (każdy odcinek liczy sobie niespełna pół godziny, co daje w sumie blisko dwuipółgodzinny seans) przedstawia perypetie pary małżeńskiej w podeszłym wieku. On (reżyser we własnej osobie) jest autorem książek dla dzieci, który bezskutecznie próbuje sprzedać swój pomysł na telewizyjny show animowany. Ona (Elaine May) pracuje jako terapeuta małżeński. Pewnej nocy, w ich położonym z dala od miejskiego zgiełku domu pojawia się niespodziewany gość. To Lennie Dale (Cyrus), zbiegła z więzienia rewolucjonistka, która próbuje uciec do swych "braci" na Kubę. Nim jednak ucieczka do "komunistycznego raju" nastąpi, dziewczyna potrzebuje miejsca, w którym mogłaby przeczekać zamieszanie z dala od depczących jej po piętach organów ścigania. Dom państwa Muntzinger wydaje się być zaś wymarzonym schronieniem. Tak oto, poszukiwana kryminalistka zamienia życie swych gospodarzy oraz ich bliskich w dom wariatów z czystego zdarzenia...


Opinie krytyki po internetowej premierze były druzgocące: "Crisis..." określano jako nieśmieszny, przegadany i rozciągnięty ponad miarę, w zasadzie "nieoglądalny" żart z brodą. Ok, nawet jeśli skromne przedsięwzięcie Nowojorczyka zahacza o grubo ciosaną farsę, to i tak należy dziwić się tak ostrej reakcji. To Allen lekki, przystępny, frywolny, w formie zbliżonej najbardziej do tej, jaką reprezentował na przełomie wieków, kiedy to powstały błahe, ale wciąż przyjemne komedie w rodzaju "Drobnych cwaniaczków" czy "Klątwy skorpiona". Tym samym, czepianie się osiemdziesięciolatka, że nie nakręcił przełomowego dzieła, które wyniosłoby streamingowy biznes na wyższy poziom, to tak, jakby wytykać Nolanowi, że bez ustanku próbuje nam udowodnić, że jest największym wizjonerem X muzy od czasów Kubricka. Bicie piany, ot co!


Po prawdzie, jestem w stanie wybaczyć twórcy "Manhattanu" nawet ekscentryczną decyzję obsadową pod tytułem "Hannah Montana". Cyrus, jaka jest, każdy widzi. Reżyser dopasował jej (znikome) umiejętności, do swych potrzeb, obsadzając w roli butnej i zacietrzewionej terrorystki. Wilk syty i owca cała. Umiejscawiając zaś akcję w drugiej połowie lat 60., pozwolił sobie na dosadny prztyczek w nos dziełu kontestacji, bezlitośnie wykpiwając cytujących "przewodniczącego" Mao "bojowników o wolność". Dowcipne, inteligentne dialogi fruwają z prędkością karabinu maszynowego, a klasyczne figury z "allenowego" repertuaru powracają w jedynie nieco mizerniejszym wydaniu (z głównym bohaterem na czele). A że miejscami cała ta heca sprawia wrażenie kompilacji odrzutów ze "Złotej Ery" twórcy? Trudno, ja konwencję i tak kupuję w ciemno. Kiedy w pewnym momencie, pośród zamieszania, postać odtwarzana przez Allena słyszy dzwonek do drzwi i pyta sama siebie: a to kto znowu? Bracia Marx?", doskonale wiemy, do czego pije. Radosny rozgardiasz, chaos, anarchia pod kontrolą. Szkoda, że szaleni bracia faktycznie nie mogli pojawić się we własnych osobach na tej imprezie. Może utarliby przy okazji nosa kilku nadętym pismakom.

Ocena: ****



The Bad Batch (2016)

dir. Ana Lily Amirpour



Ana Lily Amirpour miała mocne wejście. Jej debiutancki "A Girl Walks Home Alone at Night" podbił zarówno krytykę, jak i zaspokoił gusta co bardziej wymagających fanów kina grozy. W przypadku natychmiastowego sukcesu pierwszego dzieła, reguła w świecie filmu nie różni się specjalnie od słynnej maksymy z biznesu muzycznego: drugi album to dopiero prawdziwy sprawdzian. Taki, którego większość zespołów nie jest w stanie zdać na satysfakcjonującym poziomie. Analogicznie, reżyser z błyskotliwym debiutem wpada w pułapkę: jak tu udowodnić, że dany mu kredyt zaufania został należycie wykorzystany. Co do kolejnego obrazu w filmografii Amirpour, zdania były już mocno podzielone.


We wstępie "The Bad Batch" z miejsca zostajemy wrzuceni na głęboką wodę: główna bohaterka imieniem Arlen (Suki Waterhouse), ze świeżo wytatuowanym na karku numerem skazańca, porzucona zostaje na pograniczu Stanów Zjednoczonych. Rozciągająca się na południe od Teksasu "ziemia niczyja", to przypominające rezerwat, ogromne więzienie, do którego trafiają wszelkiej maści kryminaliści i wyrzutki społeczeństwa. Jakby tego było mało, zaraz po przekroczeniu granicy, dziewczyna zostaje porwana przez rodzinę kanibali. Udaje jej się zbiec, jednak dopiero po tym, jak oprawcy pozbawią ją dwóch kończyn. Kaleka, jednoręka i jednonoga, biedaczka trafia następnie do społeczności o nazwie Comfort. Zamieszkujący ją recydywiści żyją z poszanowaniem podstawowych zasad cywilizacji. Można więc uznać, że najgorsze Arlen ma już za sobą. Wciąż jednak, nie przestaje myśleć o zemście...


Efektowny początek rozbudza apetyt widza. Obserwując scenę rozczłonkowywania dorodnego, dziewczęcego ciała przy dźwiękach hitu Ace of Base "All That She Wants", łatwo popaść w zachwyt. Odpowiednio odmierzone proporcje makabry i czarnego humoru zdają w pełni egzamin. Potem jednak Amirpour zwalnia nieco tempo, a my mamy szansę ochłonąć. Kiedy bohaterka zabija jedną ze sprawczyń swego kalectwa, osieracając przy tym małą dziewczynkę, zaczynamy się zastanawiać: dokąd to wszystko zmierza. Reżyserki nie interesuje jednak krwawa rozrywka spod znaku revenge flick. Zamiast tego, miesza smaki, dorzuca do swej potrawy niespodziewane przyprawy. Będzie więc psychodeliczna sekwencja odlotu narkotykowego, tkliwy wątek rodem z "Papierowego księżyca" czy w końcu: romans pełną gębą. Nie wiedzieć jak, ale wszystko razem jakoś trzyma się w jednym kawałku, nawet jeżeli z czasem zdradza coraz wyraźniejsze objawy perwersyjnego żartu.


Znajdą się zapewne tacy, którzy będą chcieli odczytywać dystopijną fabułę w kontekście obecnych realiów politycznych. Ja bynajmniej nie zamierzam się bawić w takie rozważania, bo tylko skończony dupek mieszałby politykę ze sztuką (vide: Godard i wylewający się z większości jego dokonań, lewacki bełkot, który zdążył się zestarzeć bardziej niż animacje poklatkowe z "Jazona i Argonautów"). W końcu dzieło Amirpour to przede wszystkim postmodernistyczna zabawa w gatunkową żonglerkę. Zaskakujące cameo w wykonaniu Keanu Reevesa i Jima Carreya stanowią z kolei oczywisty ukłon w stronę pokolenia kinomanów, które dorastało na przełomie ostatnich dwóch dekad minionego wieku. Pierwszy z wymienionych panów bawi się postacią seksualnego guru z haremem świeżo zapłodnionych niewiast. Gwiazda "Maski" i "Głupiego i głupszego" kokietuje z kolei w roli lumpa-niemowy. 


Nie odnajdą się w rzeczywistości "The Bad Batch" zarówno (pseudo)intelektualiści poszukujący głębi i filozoficznych rozważań, jak i odbiorcy przywiązani do utartych schematów. Ten film nie ma bowiem żadnego "drugiego dna", jest za to czystej wody frajdą, którą docenią widzowie zmęczeni post-grindhouse'owymi wybrykami pod patronatem Rodrigueza i Tarantino. Amirpour zręcznie zwodzi, podbiera od innych, ale posiada własną wrażliwość, a jakość którą oferuje, jest owocem raczej samorodnego talentu, aniżeli erudycji.

Ocena: ****



10/02/2017

From a Whisper to a Scream (1987)

dir. Jeff Burr



Nie wiedzieć czemu, strasznie przepadam za wszelakimi antologiami grozy. "Twilight Zone: The Movie", "Creepshow" czy "Black Sabbath" - te tytuły kojarzą wszyscy fani horroru. Wiadomo: uznani twórcy, gwiazdorska obsada - to się przekłada na renomę. Jeffa Burra ciężko zaś byłoby uznać za "celebrytę" pośród reżyserskiej braci. Wystarczy jeden rzut oka na filmografię tego pana, by stwierdzić: oto B-klasowy weteran. Na jego dorobek składają się głównie średnio udane sequele w ramach drugoligowych franczyz (za wyjątek uznać można jedynie trzecią część "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną"). Może rzecz w tym, że już fabularny debiut tego pana pod tytułem "From a Whisper to a Scream", po oschłym przyjęciu w momencie premiery, został skazany na zapomnienie. Całkiem niesłusznie...


Jak zapewne się domyślacie, "From a Whisper to a Scream" (aka "The Offspring") to właśnie jeden z nowelowych horrorów. Cztery historie zostały spięte za pomocą klamry: dziennikarka zjawia się późnym wieczorem w bibliotece, aby przepytać jej właściciela na temat jego siostrzenicy, skazanej na śmierć seryjnej morderczyni. Zamiast grzebać w rodzinnych brudach, bibliotekarz opowiada reporterce o niechlubnych wyjątkach z historii swego rodzinnego miasta. Czyżbym zapomniał dodać, że w rolę sędziwego księgarza wciela się sam Vincent Price? Ano właśnie...


Pierwsza spośród opowiedzianych w zaciszu czytelni historii, dotyczy niejakiego Stanleya (Clu Gulager). Stanley jest starym kawalerem, mieszka wspólnie ze swoją schorowaną siostrą i po cichu wzdycha do atrakcyjnej koleżanki z pracy. W końcu udaje mu się zebrać na odwagę i zaprosić kobietę na kolację. Wymarzona randka będzie miała jednak tragiczny finał...


W drugim segmencie poznajemy Jesse'go (Terry Kiser), drobnego oszusta, który ledwie uchodzi życiem z konfrontacji z dwoma gangsterami. Od niechybnej śmierci ratuje go stary Murzyn (Harry Caesar). Kiedy Jesse odkrywa sekret długowieczności swego dobroczyńcy, zaczyna go szantażować...


W kolejnej noweli cofamy się do lat 30. XX wieku. Amarrillis (Didi Lanier) jest zakochana w członku trupy cyrkowej, Stevenie (Ron Brooks). Na drodze do wspólnego szczęścia połykacza szkła i małomiasteczkowej dziewczyny, staje zaborcza Kobieta-Wąż (Rosalind Cash)...


Ostatnia opowieść osadzona została w czasach Wojny Secesyjnej. Oddział Konfederatów, odkrywszy, że obie strony konfliktu zawarły pokój, decyduje się ruszyć w stronę najbliższego miasta, by "pocieszyć" tamtejsze wdowy. Zamiast nieukojonych w żalu kobiet, żołnierze napotykają na swej drodze grupę osieroconych dzieci. Nim się obejrzą, wojacy stają się zakładnikami bojowo nastawionej dziatwy...


Nie zamierzam twierdzić, że "From a Whisper..." to niedoceniona perła. Niskobudżetowy projekt posiada sporo wad, a poziom poszczególnych historii jest dość zróżnicowany. Najsłabiej w tym zestawieniu prezentuje się odsłona trzecia: dość nijaka i pozbawiona napięcia. Pod względem klimatu najlepsze są pierwsza i ostatnia, druga z kolei posiada w zanadrzu nieoczekiwany twist. Można by się przyczepić do dość kiczowatego rozwiązania w finale otwierającej noweli, jeśli jednak potraktować ów chwyt jako rodzaj wisielczego żartu, to raczej nie powinniśmy mieć powodów do narzekań. Rzadko też zdarza się, aby podobne kompilacje tworzyły spójną masę, w której każda opowieść to popis wysokiej klasy suspensu. Mając to na względzie, śmiało mogę stwierdzić, że obraz Burra to godna polecenia pozycja na jesienny wieczór dla każdego horrormaniaka.

Ocena: ***½