12/08/2017

Last Shift (2014)

dir. Anthony DiBlasi



Funkcjonariusz Loren (Juliana Harkavy) właśnie rozpoczyna pracę w policji. Jej pierwsza noc służby to zadanie w sam raz dla "żółtodzioba": pilnowanie zamkniętego posterunku, który niebawem przeznaczony zostanie do rozbiórki. Zapowiada się długa, nużąca warta. Podczas, gdy cała załoga przeniosła się do nowego budynku, dziewczyna zabija czas lekturą podręcznika dla początkujących stróżów prawa. Wkrótce jednak, senność przepędzają niepokojące incydenty. Co chwila na numer komisariatu dzwoni rozhisteryzowana dziewczyna, która twierdzi, że ktoś czyha na jej życie. Jest spotkanie oko w oko z agresywnym włóczęgą. W rurach buczy i stuka, przedmioty same się przesuwają. Czy to wyobraźnia płata figle czy może miejsce jest nawiedzone?


"Last Shift" to niskobudżetowy, oparty na prostym koncepcie horror. I jako taki, zasługuje na pewną taryfę ulgową ze strony widza. Trzeba oddać twórcom, że udało im się wykreować na ekranie gęsty klimat grozy i osaczenia. Towarzysząc przez półtorej godziny jednej bohaterce i mając do dyspozycji ograniczoną przestrzeń, wykorzystali nadarzające się okazje do podkręcania suspensu - przede wszystkim w trakcie pierwszej połowy seansu - całkiem sprawnie. Bardzo dobrze radzi sobie również odtwórczyni głównej roli, na której spoczywało spore brzemię, którego ciężar udało jej się udźwignąć.


Podstawowy zarzut, jaki można mieć względem filmu Anthony'ego DiBlasi dotyczy samej fabuły. Mało wyszukany punkt wyjścia, zgodnie z założeniem, trzeba w miarę upływu czasu nieco skomplikować. Ale im więcej wiemy na temat tajemnicy posterunku, tym większe ogarnia nas rozczarowanie. Klaustrofobiczna aura przestaje być już tak intrygująca, gdy zewsząd wychodzą pokraczne mary i duchy pospolite. Reżyser sięga po proste sztuczki, nie szczędząc odbiorcy tzw. jump scenes. A to jakiś kształt nam mignie w tle, a to coś wyskoczy, a to na chwilę kadr wypełni jegomość w upiornej masce. Prymitywne chwyty z repertuaru kina klasy B. wbiją może w fotel niedzielnego odbiorcę mainstreamu, u mnie jednak szybko wywołują ziewanie. Nie pomaga też przerysowana, niby-demoniczna gra aktorów wcielających się w poszczególne "strachy": popaprana familia Charlesa Mansona to w tym przypadku oczywisty, ale i jakże zleżały, punkt odniesienia.


Jak na skromny, zrealizowany niskim nakładem środków projekt, "Last Shift" posiada sporo atutów (z których największym jest bodaj sama lokacja: opuszczony komisariat na Florydzie), nie wychodzi jednak poza sztampową formułę współczesnego kina grozy, gdzie w nieskończoność eksploatuje się te same, ograne chwyty. Sam reżyser otwarcie przyznawał się do inspiracji takimi klasykami, jak "Atak na posterunek 13." czy "Koszmar z ulicy Wiązów", nie sposób wszak ukryć, że w dużej mierze opierał się również na bardziej współczesnych obiektach badań, ze szczególnym uwzględnieniem odgrzewanych ghost stories i jałowego found footage. Komu nie przeszkadza taki miks, śmiało może sięgnąć, choć potencjał był na pewno większy.

Ocena: ***



12/06/2017

The Serpent's Egg (1977)

dir. Ingmar Bergman



Berlin, pierwsza połowa lat 20. Amerykański Żyd Abel Rosenberg (David Carradine), obecnie bezrobotny cyrkowiec, pewnego dnia odkrywa, że jego brat popełnił samobójstwo. Po złożeniu zeznań na policji, mężczyzna decyduje się zamieszkać przez jakiś czas u byłej żony denata, szansonistki imieniem Manuela (Liv Ullmann). Tymczasem, prowadzący śledztwa w kilku sprawach dotyczących niewyjaśnionych zgonów inspektor policji (Gert Fröbe), dopuszcza możliwość powiązania z tymi zdarzeniami śmierci brata Abla. Poszczególne tropy prowadzą nieodmiennie do jednego miejsca: kliniki świętej Anny, gdzie przeprowadzane są tajemnicze eksperymenty...


"The Serpent's Egg" to pozycja wyjątkowa w dorobku Ingmara Bergmana. Znany z intymnych, kameralnych dramatów psychologicznych reżyser, zabrał się za osadzony w dekadenckiej atmosferze Republiki Weimarskiej kryminał. Nakręcony w Monachium obraz był koprodukcją amerykańsko-niemiecką, cały projekt nadzorował zaś słynny producent Dino De Laurentiis. To, że przedsięwzięcie doszło do skutku, było wynikiem wyprowadzki Szweda z ojczystego kraju po oskarżeniu o uchylanie się od płacenia podatków. Sprawa zaowocowała załamaniem nerwowym u twórcy, który zdecydował się na jakiś czas osiedlić w RFN. Przedstawiona w filmie historia jest więc niejako pokłosiem problemów autora, kreowany na ekranie nastrój paranoi i pogłębiającego się szaleństwa oddaje mroczny stan ducha, w jakim znajdował się słynny reżyser.


Dla wielu miłośników jego twórczości, "Jajo węża" może okazać się ciężkie do przełknięcia: choć znajdziemy tutaj cechy charakterystyczne dla jego ascetycznego stylu, jako całość obraz nie przypomina niczego, co w swej długiej karierze popełnił twórca "Persony". W momencie premiery, krytyka kręciła nosami, uznając rzecz za płytką próbę zdefiniowania korzeni nazizmu. Z perspektywy lat ocena nie uległa znaczącej zmianie: "jedyny hollywoodzki film" Bergmana postrzegany jest jako jedno z jego najsłabszych osiągnięć. Warto jednak zdystansować się od postrzegania omawianej pozycji przez pryzmat spuścizny wielkiego mędrca celuloidu i spojrzeć na nią świeżym okiem.


Choć bowiem "Serpent's Egg" pod wieloma względami zasługuje sobie na miano artystycznej porażki (pośród opinii można nawet natknąć się na użycie terminu "camp"), to osobiście doceniam wysiłki twórcze, mające na celu stworzenie dusznej, apokaliptycznej wizji. Schyłkowy klimat upadłego cesarstwa sąsiaduje z makabryczną zagadką z pogranicza brukowej literatury. Karkołomna to kreacja, podbudowana jednak solidnie stylowymi kadrami Svena Nykvista, klaustrofobicznymi lokacjami. Wraz z akrobatą Ablem zwiedzamy ciemne piwnice stolicy Niemiec, przybytki rozpusty, ponure lochy. Finałowe partie sprawiają wrażenie wziętych z zupełnie innej, nie-bergmanowskiej bajki, są jednak na tyle sugestywnie spreparowane, że wciąż mogą przyprawić widza o dreszcze. Wówczas nawet wprawiające w skonfundowanie fragmenty "od czapy" (vide: napad histerii bohatera na komisariacie), nabierają innego wydźwięku. Można odrzucić, zasłaniając się wysublimowanym smakiem, ale można się też właśnie rozsmakować.

Ocena: ****



11/27/2017

Malocchio (1975)

dir. Mario Siciliano



Bogaty playboy Peter Crane (Jorge Rivero) wiedzie beztroski tryb życia, większość czasu spędzając na imprezowaniu i podrywaniu kobiet. Jego bezrefleksyjna egzystencja zostanie zachwiana przez szereg ciężkich do wytłumaczenia zdarzeń. Wszystko zaczyna się od sugestywnego koszmaru, który daje przystojnemu utracjuszowi nieco do myślenia. Niedługo potem, mężczyzna poznaje atrakcyjną Francuzkę Yvonne (Lone Fleming), która zwierza mu się ze swojej wizji, zgodnie z którą Peter ją zamorduje. W istocie, niedługo potem kobieta ginie, a milioner zaczyna zadawać sobie pytanie: czy to naprawdę on jest zabójcą?



Film Mario Siciliano to przykład giallo z domieszką okultystycznego horroru. Wyraźnie pobrzmiewają tutaj echa głośnego "Egzorcysty", co pozwala wysunąć przypuszczenie, że twórcy pragnęli uszczknąć co nieco z ogromnej popularności obrazu Williama Friedkina. Jak to Włosi jednak, podeszli do sprawy dość niechlujnie, w efekcie czego "Malocchio" częściej śmieszy, niż straszy czy intryguje. Fabuła jest tu zgoła nonsensowna, a brak ciekawych postaci bynajmniej nie pomaga w zaangażowaniu się przez widza w akcję. Przez większość czasu towarzyszymy naszemu Casanovie, który stanowi mierny materiał na głównego bohatera: bezpłciowy, pozbawiony głębi psychologicznej i na dodatek słabo grany przez Hiszpana Rivero. Pod koniec, na pierwszy plan wysuwa się prowadzący dochodzenie w sprawie morderstw policjant, ale i jego persona ni ziębi, ni grzeje: ot, kolejny glina, jakich we włoskich produkcjach z tego okresu bez liku.


"Malocchio" (aka "Evil Eye") wyróżnia się na tle nurtu głównie za sprawą paranormalnych aspektów i kilku udziwnień. Aby zobrazować wątły stan umysłu lowelasa, reżyser wrzuca tu i ówdzie pachnące surrealizmem sceny, które to stanowią zarazem najjaśniejszy punkt programu. Szkoda jedynie, że często są wepchnięte do historii jakby na siłę. Kiedy zaś zbliżamy się już do rozwiązania kluczowej zagadki (opętanie? szaleństwo?) i scenariusz wreszcie ma szansę uzasadnić wszystkie te rewelacje, zamiast wyczekiwanej puenty otrzymujemy lekceważący czas i inteligencję odbiorcy unik. Z ciekawości, dla kilku momentów i ścieżki od Stelvio Ciprianiego można, ale i tak zdecydowanie poniżej gatunkowej średniej.

Ocena: **½




11/23/2017

La ragazza che sapeva troppo (1963)

dir. Mario Bava



Po ukończeniu zdjęć do przygodowego "Gli invasori" (aka "Erik the Conqueror"), Mario Bava na poważnie rozważał porzucenie reżyserii na rzecz pracy przy efektach specjalnych. Sytuacja uległa zmianie, gdy do akcji wkroczył tandem obrotnych producentów ze Stanów: Samuel Arkoff i Jim Nicholson, właściciele American International Pictures, namówili Włocha do powrotu za kamerę, oferując współfinansowanie jego kolejnego projektu. Scenariusz, na którym miał się oprzeć Bava, w swej pierwotnej wersji był komedią z wątkami kryminalnymi, dopiero w trakcie realizacji, historia zaczęła nabierać nieco bardziej mrocznej perspektywy. Twórca "Mask of Satan", rozczarowany miałką fabułą, skupił się przede wszystkim na stronie technicznej, wykorzystując szereg chwytów i elementów właściwych dla kina grozy. Efekt jego wysiłków przeszedł do historii kina jako pierwsze giallo w dziejach...


Bohaterką "La ragazza che sapeva troppo" jest młoda Amerykanka Nora Davis (Letícia Román), która udaje się na wakacje do słonecznego Rzymu. Zatrzymuje się w domu swej ciotki, ta jednak, pierwszej nocy po przybyciu dziewczyny, umiera w wyniku choroby. Zaraz potem, Nora zostaje zaatakowana na ulicy przez rabusia i jest przypadkowym świadkiem morderstwa. Niefortunny początek urlopu kończy się dla biedaczki w szpitalu, jak się jednak okazuje, nikt nie daje wiary jej rewelacjom na temat zbrodni, którą rzekomo widziała na własne oczy. Sceptycznie nastawiony jest również młody lekarz Marcello (John Saxon). Wyraźnie zadurzony w turystce doktor decyduje się mimo wszystko pomóc jej w prywatnym śledztwie...


Rozpowszechniany w USA pod tytułem "Evil Eye", obraz Bavy jest wypadkową szeregu inspiracji. Z jednej strony mamy tutaj do czynienia z ekranową wersją tanich kryminalnych czytadeł, z drugiej - znajdą się również odniesienia do stylu Hitchcocka (oryginalny tytuł filmu nawiązuje zresztą w bezpośredni sposób do jednego z dzieł "mistrza suspensu"). I pomimo, że omawiana pozycja jest w pierwszej kolejności jedynie celuloidowym ekwiwalentem brukowych powieści dla miłośników szarad, włoski reżyser udowadnia, że na polu budowania napięcia może poszczycić się nie lada talentem. Naiwna opowieść o mało rozgarniętej trzpiotce tropiącej seryjnego zabójcę, nabiera w jego ujęciu klasy. Bava jeszcze raz przypomina, że najlepiej sprawdza się jako autor przemyślnie, z wyczuciem i precyzją skomponowanych kadrów. Łatwiej dzięki temu przełknąć nietrafione akcenty humorystyczne, kiepskie aktorstwo czy idiotyczne zakończenie, które nie sprawdza się nawet jako przewrotny żart.


Choć w dużej mierze mamy tutaj do czynienia z przyjemną błahostką (w wersji na rynek amerykański lekki, komediowy ton został dodatkowo uwypuklony), dla poszukującego korzeni gatunku kinomana, "La ragazza" stanowić musi siłą rzeczy nie lada frajdę. Znajdziemy tutaj przynajmniej kilka podstawowych atrakcji, które później wejdą na stałe do repertuaru filmów giallo. Jest więc detektyw-amator, seria zabójstw popełnianych przez tajemniczą postać, niekompetencja policji czy wreszcie motyw wyliczanki wpasowany w modus operandi psychopaty. Czego wciąż brakuje to - pomijając bardziej subtelne aspekty - krwawe morderstwa ukazywane z perspektywy sprawcy oraz stały element jego ubioru, czyli czarne rękawiczki. Nie od razu przecie jednak Rzym zbudowano (nomen omen), toteż Bava żelazne ramy nurtu doprecyzowywał w o rok późniejszym "Sei donne per l'assassino". I tak to się zaczęło...

Ocena: ****



11/21/2017

Le Samouraï (1967)

dir. Jean-Pierre Melville



Działa w sposób metodyczny, zawsze opanowany, odzywa się rzadko, a jak już, to ostrożnie i lakonicznie. Czysty profesjonalizm, odziany w prochowiec, obdarzony zimnym spojrzeniem błękitnych oczu. Jef Costello (Alain Delon) jest płatnym zabójcą. Po wykonaniu kolejnego zlecenia, zostaje zatrzymany przez policję. Pomimo trudnego do podważenia alibi, badający sprawę komisarz (François Périer) jest przekonany, że to właśnie Costello jest sprawcą. Z braku dowodów, mężczyzna zostaje wypuszczony na wolność, jednak teraz po piętach depczą mu także jego zleceniodawcy, przeświadczeni, że Jef zgodził się współpracować z wymiarem sprawiedliwości...


"Le Samouraï" to żelazny klasyk francuskiego kina kryminalnego od Jean-Pierre Melville'a, twórcy takich obrazów jak "W kręgu zła" czy "Glina" (w obu także występuje Delon). Oszczędny styl reżysera to pokłosie chropowatej maniery twórców Nowej Fali. Niespieszna narracja i często statyczne kadry, kontrastowane są jednak co rusz przez błyskotliwe, niezwykle efektowne jazdy kamery. Pozwala to wykreować gęsty klimat osaczenia i moralnej ambiwalencji. O głównym bohaterze wiemy niewiele, poza tym, że to niezwykle sprawna maszyna do zabijania. Mimo tego, chcąc, nie chcąc, zmuszeni jesteśmy mu kibicować. Samotnik, porównany na wstępie do samuraja, jawi się jako wysokiej klasy zawodowiec o wypracowanym na własny użytek, niezłomnym kodeksie postępowania. W tej roli bryluje największy gwiazdor francuskiego kina. Delon gra minimalistycznie, uwagę przyciągają głównie jego oczy, odwzorowujące emocje kłębiące się w umyśle bohatera. 


O dorobku Melville'a powiedziano już zapewne wszystko, co do powiedzenia było, a jednak wciąż wpływ jaki na kino sensacyjne miał i wciąż ma "Le Samouraï" jest nie do przecenienia. Inspiracje, cytaty i zapożyczenia z tego obrazu znajdziemy później u szeregu twórców, z czego wypada wspomnieć tak znaczące obrazy, jak "Driver" Waltera Hilla, "Król Nowego Jorku" Abla Ferrary, "Życie Carlita" Briana De Palmy czy "Ghost Dog" Jima Jarmuscha. Oczywiście, lista jest znacznie obszerniejsza, bo w zasadzie każdy film podejmujący tematykę "ostatniego zadania" zmęczonego życiem kryminalisty, w mniejszym lub większym stopniu zaciąga dług wdzięczności wobec omawianej pozycji. Co istotne, sam Melville, konstruując swój szary, przygnębiający półświatek, za wzór obierał sobie amerykańskie kino noir, niezwykle ceniony przez francuskich filmowców i krytyków nurt. Wciąż fascynujące, gorzkie w posmaku, niezmiennie od dekad przynosi natchnienie kolejnym pokoleniom reżyserów. Nie wierzycie? Sprawdźcie pod tym kątem chociażby taki "Drive" Refna...

Ocena: *****



11/20/2017

La muerte llama a las 10 (1974)

dir. Juan Bosch



Choć kolebką giallo są Włochy, swych sił w specyficznej stylistyce mieszającej kryminał z dreszczowcem, niejednokrotnie próbowali również twórcy wywodzący się spoza Półwyspu Apenińskiego. W Hollywood najbardziej pojętnym uczniem mistrzów pokroju Argento i Bavy był Brian De Palma, na kontynencie europejskim z kolei najwięcej wyrobów giallo-podobnych powstało w Hiszpanii. Miłośnicy nurtu z pewnością kojarzą takie tytuły jak "Los ojos azules de la muñeca rota", "Jack el destripador de Londres" czy, będące przedmiotem poniższej recenzji, "La Muerte llama a las diez".


Pod nieobecność przebywającego w Wietnamie chłopaka, Peggy (Gillian Hills) wynajmuje pokój na piętrze swego apartamentu mężczyźnie poleconemu jej przez znajomych. Niedługo potem, dziewczyna dostaje telefon od ukochanego, który niespodziewanie wrócił zza granicy i pragnie spotkać się w odosobnionym miejscu. Peggy udaje się pod wskazany adres, gdzie zostaje zaatakowana przez tajemniczego osobnika. Cudem udaje jej się ujść z życiem, jednak od tego momentu giną kolejne osoby z jej otoczenia...


Film Juana Boscha włoskie specjały małpuje całkiem wiernie, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że twórcy lekcję odrabiali na kolanie. Scenariusz naszpikowano bezsensownymi rozwiązaniami, tożsamość zabójcy jest łatwa do odgadnięcia, a poziom realizacji pozostawia wiele do życzenia. Sama intryga nie należy do szczególnie wciągających, co przekłada się na znikome napięcie w trakcie seansu.


"The Killer Wore Gloves" (prawda, że anglojęzyczny tytuł jest niezwykle oryginalny i wyrafinowany?) posiada wszelkie mankamenty charakterystyczne dla "żółtego" kina, wliczając w to słabe aktorstwo, fikuśne dialogi i brak poszanowania dla zasad logiki, jednocześnie niewiele oferując w zamian. To niskobudżetowa podróbka, którą dla lepszego efektu osadzono w zawsze będącej w modzie, londyńskiej scenerii. Amatorów przyciągnąć może uroda odtwórczyni głównej roli, ewentualnie kilka scen zabójstw, które raz wykonane są lepiej, kiedy indziej - gorzej (widowiskowa śmierć przez uduszenie powoduje na ten przykład ostry napad śmiechu). Podsumowując: tylko dla tych, którzy "zaliczyli" już cały podstawowy kanon nurtu, a teraz szukają ciekawostek.

Ocena: **½



Helter Skelter (1976)

dir. Tom Gries



Nocą z 8 na 9 sierpnia 1969 roku w położonej na uboczu posiadłości przy 10050 Cielo Drive doszło do zbrodni, która wstrząsnęła opinią publiczną na całym świecie. Czworo napastników z zimną krwią zamordowało przebywających wówczas w domu Sharon Tate, Wojciecha Frykowskiego, Jaya Sebringa i Abigail Folger. Blady strach padł zarówno na zwykłych mieszkańców Los Angeles, jak i na śmietankę towarzyską Hollywood. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie, tym bardziej, że już kolejnej nocy dokonano podobnych zabójstw w znacznie oddalonej od Beverly Hills dzielnicy Los Feliz. Ofiarami byli tym razem Leno i Rosemary LaBianca, do których należała sieć sklepów spożywczych. Policja z początku nie powiązała ze sobą obu zbrodni, ponadto w wyniku jej opieszałości nie wzięto pod uwagę licznych tropów, które pozwoliłyby na wcześniejsze odkrycie tożsamości sprawców obu brutalnych napaści. Dopiero w grudniu tego samego roku, za sprawą zeznań jednej z morderczyń, zagadka dwóch upiornych letnich nocy została rozwiązana. Dla kalifornijskiego wymiaru sprawiedliwości był to jednak dopiero początek drogi zmierzającej do skazania sprawców. Proces, który rozpoczął się w czerwcu 1970 roku, potrwać miał do marca roku następnego i szybko zyskał sobie określenie "procesu stulecia". 


O poszukiwaniach winnych bestialskich mordów, a także, przede wszystkim, o przebiegu wydarzeń na sali sądowej opowiada wydana w 1974 roku książka "Helter Skelter", autorstwa Vincenta Bugliosiego (we współpracy z Curtem Gentry), prokuratora, który występował jako główny oskarżyciel w sprawie Mansona i jego zwolenników. Napisana z pierwszej ręki, niezwykle rzetelna pozycja jest nie tylko kopalnią wiedzy na temat okoliczności związanych z tamtymi szokującymi wydarzeniami, jest też lekturą porywającą, taką, która wprost prosi się o przeniesienie na ekran. Zadania tego podjął się już dwa lata później Tom Gries, realizując na potrzeby telewizji film pod tym samym tytułem, co literacki pierwowzór. 


Twórcom wyraźnie przyświecała idea możliwie jak najbardziej wiernego trzymania się książki, co dziełu wyszło tylko na dobre. Pozwolę sobie jednak w tym miejscu na drobną dygresję - pełna wersja tego obrazu trwa trzy godziny, podczas, gdy okrojona - zaledwie dwie. Nie miałem styczności z owym skróconym wariantem, ufam jednak, iż sięganie po niego mija się z celem. Wynika to z prostego faktu - nawet w przypadku trzygodzinnego seansu niezbędne były pewne skróty i pomijanie mniej znaczących wątków, pozbawianie więc historii kolejnych aspektów dla zmniejszenia metrażu wydaje się być działaniem zgoła karkołomnym. Tak czy inaczej - ekipa odwaliła tu kawał porządnej roboty i nawet telewizyjna konwencja oraz wymuszone przez nią ograniczenia nie są w stanie zepsuć dobrego wrażenia, jakie towarzyszy oglądaniu "Helter Skelter". Pod względem aktorskim poziom bywa nieco nierówny, jednak znaczna większość odtwórców zasługuje na pochwałę. Na pierwszy plan wybija się wcielający się w Charlesa Mansona Steve Railsback - jego głównym atutem jest to, że na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda jak niesławny przywódca "Rodziny", posiada nawet podobne jemu obłąkańcze spojrzenie. Dzięki tym "podobieństwom" można wybaczyć jego zbytnią skłonność do szarżowania oraz - jakby nie patrzeć - zbyt wysoki, jak na tą postać, wzrost (Manson liczył sobie zaledwie 157 centymetrów). Odtwarzający postać Bugliosiego George DiCenzo pole do popisu ma znacznie mniejsze, ale może właśnie dzięki oszczędności środków, wypada równie, jeśli nie bardziej przekonująco niż demoniczny Railsback. Na drugim planie również można by wymienić kilka perełek, które skutecznie przyćmiewają słabsze występy. 


"Helter Skelter", gdy patrzeć od strony sztuki filmowej, do zaoferowania posiada raczej niewiele, jednakże jako paradokumentalna rekonstrukcja jednej z najgłośniejszych i najbardziej szokujących spraw w annałach dwudziestowiecznej kryminalistyki zdecydowanie spełnia swoją rolę i zasługuje na uznanie. Oczywiście, w pierwszej kolejności polecam lekturę, jednakże - pośród masy eksploatacyjnego śmiecia, które nieprzerwanie powstaje wokół tematu Mansona i "Rodziny" - film Griesa wyróżnia się zdecydowanie chlubnie.

Ocena: ****½


11/17/2017

Mascara (1987)

dir. Patrick Conrad



Cannon Films działało od 1967 roku do 1994. Największe sukcesy firma święciła w latach 80., głównie za sprawą produkowanych masowo akcyjniaków z udziałem takich ikon gatunku, jak Chuck Norris, Jean-Claude Van Damme czy Charles Bronson. Kasowe zyski ośmieliły kierujący spółką duet Menahem Golan / Yoram Globus do spróbowania sił w ambitniejszym repertuarze. I tu zaczęły się schodki, bowiem tandem producentów z Izraela doskonale wiedział, jak tworzyć efektowne i mało wymagające filmy rozrywkowe, nie miał za to bladego pojęcia o kinie artystycznym. Obok projektów uznanych twórców, które nie miały wielkich szans na finansowanie z innych źródeł (jak "Otello" Zeffirellego czy "Love Streams" Cassavetesa), Cannon Films zainwestowało fundusze w szereg spektakularnych fiask, pośród których znajdziemy takie celuloidowe dziwadła, jak noirowy para-pastisz "Tough Gusy Don't Dance" w reżyserii Normana Mailera, wersję losów Maty Hari z udziałem Sylvii Kristel czy omawiany tutaj dreszczowiec Belga nazwiskiem Patrick Conrad (jeśli nie kojarzycie tego pana, to spokojnie - nie ma powodów do wstydu).


Komisarz Bert Sanders (Michael Sarrazin) za dnia jest wzorcowym obywatelem, szanowanym stróżem prawa i znawcą sztuki wysokiej. Pod osłoną nocy szef policji oddaje się jednak wstydliwym namiętnościom w szemranym klubie o nazwie Mister Butterfly. Kiedy jedna z jego "przyjaciółek" z tej jaskini grzechu ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, Sanders decyduje się osobiście nadzorować śledztwo w tej sprawie...


Dzieło Conrada w pełni zasługuje na miano rarytasu. Po premierze film okazał się być niewypałem i błyskawicznie popadł w zapomnienie, z którego nie został wydobyty po dziś dzień. Czyni to zeń niezwykle łakomy kąsek dla kolekcjonerów unikatowych doznań. "Mascara" to w istocie piękna katastrofa: zrealizowany z pseudoartystowskim zadęciem thriller erotyczny, śmiało eksplorujący tematy dewiacji, oprócz sadomasochistycznych praktyk oferując zbrodnię, pożądanie i - last but not least - kazirodztwo. Komisarz policji jest więc nie tylko zakochanym w operze estetą, ale i stałym bywalcem przystani fetyszystów, gdzie drag queens wyśpiewują z playbacku słynne arie, a odziani w lateks jegomoście folgują do woli swym żądzom. Niepokojące obrazy sączą się poprzez ekran, perwersja narasta, a wszystko to utrzymane w stylistyce eurotrashowego hołdu dla złego smaku. Przestylizowana forma spotyka na swej drodze szemranego montażystę, aktorzy miejscami sprawiają wrażenie, jakby grali dla samej zgrywy, a kuriozalne dialogi dudnią w uszach jeszcze długo po tym, jak zostaną wypowiedziane 
(poniżej pierwszy z brzegu przykład, czyli pierwsze linie dialogowe w całym filmie. 
Mężczyzna do kobiety, która o mało nie potrąciła go na przejściu dla pieszych:
- Hey, you think You own the goddamn' road or something?
- I could've killed you.
- Well, you didn't. Nice try.
- Thank you!
- Don't mention it.
- Good night.)
Nie wiadomo w zasadzie czy się zakochać, czy też śmiać do rozpuku. "Mascara" popada ze skrajności w skrajność, bo ciekawe pomysły (te w większości zawarte zostały w pierwszej połowie) sąsiadują z iście ułańską, ocierającą się o czysty absurd, fantazją.


Nie ma nic bardziej nobilitującego dla szmiry, niż udział respektowanej, cenionej obsady. Nie inaczej jest w tym przypadku. Charlotte Rampling dobrana zgodnie z jej dekadenckim emploi wyhodowanym na rolach w takich filmach jak "Zmierzch bogów" oraz "Nocny portier" i bodaj jako jedyna z ekipy wychodzi z przedsięwzięcia z twarzą. Znany m.in z "Czyż nie dobija się koni?" Sarrazin wypada w roli zwichrowanego policjanta zgoła karykaturalnie, a wcielający się w przystojnego projektanta Derek de Lint pełni formę w zasadzie tylko dekoracyjną. Na drugim planie mamy jeszcze epizodyczny występ Romy Haag w roli transwestyty, wyśpiewującego tęsknym głosem szlagier pod tytułem "Help Me Make It Through The Night".


Campowe arcydzieło czy może beznadziejny gniot? Prawdopodobnie po trosze to i to. Z pewnością zaś: uczta dla miłośników złego kina. Wyobraźcie sobie skrzyżowanie "Cruising" Williama Friedkina z grafomanią spod znaku późnego Joe Eszterhasa, a otrzymacie w miarę wierny obraz tego, czym tak naprawdę jest "Mascara". Pełnym egzaltacji uniesieniem na miarę najlepszego libretta, które jakiś zboczony umysł postanowił unurzać w ekskrementach, rzucić na ścianę, a efekt zaprezentować jako dzieło sztuki. 

PS. Z braku odpowiednich do takich przypadków kryteriów oceniania, tym razem wstrzymuję się od oceny według skali, niech recenzja mówi za film sama, podobnie jak ma to miejsce w przypadku cyklu "Midnite Confessions".


11/13/2017

HHhH (2017)

dir. Cédric Jimenez



Niektóre tematy powracają w kinie niczym bumerang. Co ciekawe, sprawa zamachu na Reinharda Heydricha cieszy się wśród filmowców nawet większą popularnością, aniżeli skierowany przeciwko samemu Hitlerowi spisek pod przewodnictwem pułkownika Stauffenberga. Może rzecz w tym, że akcja czeskich komandosów zakończyła się powodzeniem, a sam "Kat Pragi" to postać niezwykle barwna i fascynująca. Ambitny i bezwzględny, Heydrich robił błyskawiczną karierę w kręgach SS, będąc de facto prawą ręką Himmlera. To on odgrywał pierwsze skrzypce przy opracowywaniu tzw. "Endlösung der Judenfrage" ("ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej"), a terror, jaki zaprowadził jako protektor Czech i Moraw, stał się wręcz legendarny, co z kolei stanowiło bezpośrednią przyczynę wydania nań wyroku śmierci przez ruch oporu. Zaledwie rok po premierze "Anthropoida", na ekrany wszedł kolejny obraz skupiający się na brawurowej operacji, której celem była eliminacja osoby Obergruppenführera Heydricha.


Podczas, gdy wspomniany film Seana Ellisa ukazywał wydarzenia z perspektywy oddelegowanych do wykonania misji czeskich patriotów, "HHhH" (tytuł to akronim utworzony od popularnego we wtajemniczonych kręgach III Rzeszy powiedzenia "Himmlers Hirn heißt Heydrich", czyli: mózg Himmlera zwie się Heydrich) stara się przedstawić bardziej kompleksową wizję wydarzeń. Pierwsze czterdzieści minut jest więc skrótem złożonym z najważniejszych punktów w życiorysie Heydricha. Następnie przechodzimy do przygotowań do zamachu, ukazanych z perspektywy jego wykonawców. Na koniec zostawiono rozciągnięty w czasie "epilog", w którym to przedstawione są reperkusje, do jakich doszło po śmierci słynącego z nieprzejednania i zimnej krwi nazisty.


Tak oto, dzieło Cédrica Jimeneza rozpada się na trzy części. Kiedy już dajemy się wciągnąć w biograficzną partię, scenariusz wykonuje zwrot, a cała wcześniejsza narracja okazuje się być niczym więcej, jak lekcją historii w pigułce, sprokurowaną zapewne specjalnie pod niedouczonego amerykańskiego widza. W drugiej połowie, napięcie drastycznie spada, tonąc w zalewie niepotrzebnych wątków i chybionych prób zbudowania więzi między odbiorcą, a bohaterskimi spadochroniarzami. Po cóż bowiem w i tak mocno już "zatłoczonej", dwugodzinnej fabule, wtręty romansowe, skoro i tak nie będą one miały szansy wybrzmieć? I po co całą 1/3 historii poświęcać na szczegółowe zobrazowanie działań skierowanych przeciwko Czechom, skoro akurat tutaj można było pójść "na skróty", oddając więcej czasu bohaterom we wcześniejszych etapach.


Od strony realizacyjnej, "The Man with the Iron Heart" (tytuł alternatywny) nie budzi większych zastrzeżeń, pozostając konsekwentnym w kwestiach formalno-wizualnych. Niezłe jest aktorstwo (choć może za bardzo... netfliksowe, że się tak wyrażę?), przy czym w pamięć najbardziej zapada kreacja Jasona Clarke'a, który pomimo nieco zbyt topornej fizjonomii, jest całkiem przekonujący w roli Heydricha. Największy mankament stanowi sam scenariusz: twórcy wyraźnie nie byli w stanie się zdecydować, jaki kierunek obrać. Nieco niezdarnie próbując zamknąć w jednym filmie przynajmniej dwa oddzielne, polegli. Szkoda, bo największy potencjał rzecz miała jako czysto biograficzna pomoc dydaktyczna, wystarczyło tylko pogłębić psychologię i pogrzebać co nieco w "szczegółach". Porównanie między "Anthropoid" i "HHhH" (oba tytuły kręcone były w tym samym czasie), musi więc siłą rzeczy wypadać na korzyść tego pierwszego. 

Ocena: ***



11/10/2017

Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon (2006)

dir. Scott Glosserman



Michael Myers. Jason Voorhees. Freddie Krueger. A może Leslie Vernon? Który z nich zasługuje na miano najznamienitszego seryjnego mordercy w dziejach? Ktoś spyta: zaraz, a kim, do diabła, jest ten Leslie Vernon? Otóż, Leslie jako dziecko był ofiarą fizycznej i psychicznej przemocy. Kiedy odegrał się na nękającej go rodzinie, mieszkańcy małego miasteczka w Maryland, wrzucili chłopca do pobliskiej rzeki, uprzednio związawszy mu ręce. Creepy, right? Jak się jednak okazuje, Leslie przeżył urządzony mu lincz i przez lata przygotowywał plan zemsty. Teraz wreszcie nadeszła jego pora...


Każdy gatunek filmowy podatny jest na korozję poprzez schematy. Tym bardziej poszczególne, specyficzne nurty, na przestrzeni lat generują szereg nadużywanych klisz. W przypadku slasherów, istnieje kilka prostych reguł, których trzyma się większość twórców próbujących sił w tej niszy od bez mała czterdziestu lat. Po drodze znalazło się wielu, którzy próbowali owe stereotypy i klasyczne chwyty wykpić. Pozwolę sobie w tym miejscu zaznaczyć, że "Behind the Mask" należy do ścisłej czołówki najbardziej błyskotliwych i zwariowanych pastiszy w tej konkretnej dziedzinie.


Debiutujący za kamerą Scott Glosserman wszystkie (cztery?) części "Halloween" obejrzał zapewne niezliczoną ilość razy i przeanalizował je bardzo dokładnie. Podobnie "Piątki 13." i "Koszmary z ulicy Wiązów" oraz liczne pokłosia tych słynnych filmowych serii. Opowiadając historię "powracającego zza grobu" zabójcy, reżyser sięgnął po popularną formę mockumentary, gładko wprowadzając widza w świat, w którym zbrodnie ikonicznych zamaskowanych psychopatów wydarzyły się naprawdę. Każąc nam podążać wraz z ekipą filmową za tytułowym bohaterem, twórcy przy okazji wyśmiewają wszystkie obowiązkowe elementy programu: tragedia sprzed lat, zemsta, polowanie na nastolatków w prowincjonalnej scenerii czy dziewicza "final girl". Widz obeznany ze slasherową konwencją, z przyjemnością podejmie grę w wyłapywanie tropów. Warto zatem nastawić się nie tyle na straszenie, co dobrą zabawę.


Motyw śledzenia poczynań pozbawionego skrupułów mordercy, obraz Glossermana zapożycza wprawdzie z "Człowiek pogryzł psa", ale zamiast epatować bestialstwem, stawia na postmodernistyczna kpinę i hołd oddany kanonowi. Niejeden horrorowy maniak wybuchnie śmiechem przy okazji wprowadzenia doktora Hallorana (Robert Englund) czy podczas sentymentalnych wynurzeń na temat "zmian w biznesie", snutych przez weterana granego przez Scotta Wilsona (który, przypomnijmy, karierę aktora zaczynał przy okazji "Z zimną krwią" według Capote'a). Tak zwanych "smaczków" jest tu naprawdę sporo, a paradokumentalny kostium pozwala "wybielić" w oczach widza niski budżet i nie zawsze w pełni profesjonalne aktorstwo (pośród "młodych" bryluje, wcielający się w Vernona, Nathan Baesel, tworzący postać będącą skrzyżowaniem Jokera z... Ace'em Venturą).


Zła wiadomość jest taka, że nie uświadczymy tu ani jednej porządnej sceny gore. Nie jest to oczywiście zarzut sensu stricte: całość to przewrotna (jest twist pod koniec, nic, że łatwy do przewidzenia) dekonstrukcja gatunkowych schematów, a nie krwawa rzeźnia. Porządnie przemyślana, inteligentna, jedynie w finałowej partii sprawiająca pewien zawód: podczas gdy pierwsza godzina była czystej wody grą z widzem i jego przyzwyczajeniami, puszczaniem oka, przekomarzaniem się, to ostatnie pół godziny jest już tradycjonalistycznie pomyślaną parodią. Wciąż jednak, jak na tak skromne zasoby kina indie, "Leslie" bije swą przenikliwością wszystkie "Krzyki" razem wzięte na głowę.

Ocena: ****


11/07/2017

Deadly Blessing (1981)

dir. Wes Craven



Po kontrowersyjnym debiucie "The Last House on the Left", Wes Craven wyreżyserował równie głośne "Hills Have Eyes". Pomimo kultowego statusu obu tytułów, droga do mainstremowego sukcesu była wciąż daleka. Zanim twórca zawojował widownię "Koszmarem z ulicy Wiązów", zdążył popełnić kilka filmów, które nie odbiły się szerszym echem. Obok produkcji na potrzeby telewizji, była jeszcze ekranizacja cyklu komiksowego ze stajni DC, "Swamp Thing" oraz praktycznie kompletnie dzisiaj zapomniane "Deadly Blessing", będące przedmiotem niniejszej recenzji.


Akcja obrazu rozgrywa się na farmie położonej w bezpośrednim sąsiedztwie ziem zamieszkiwanych przez sektę Hittytów. Rygorystyczny w swych wierzeniach odłam chrześcijaństwa, podobnie jak Amisze, odrzuca dobrodziejstwa technologiczne, upatrując w nich dzieła szatana. Martha (Maren Jensen) i Jim (Douglas Barr) są młodym małżeństwem, które nie wyznając podobnych wartości, co członkowie wspólnoty, traktowani są przez jej członków jako poplecznicy diabła. Jim, który sam do niedawna należał do tej grupy purystów, ginie pewnego wieczoru w tajemniczym wypadku. Pozostawiona sama sobie Martha, na przekór naciskom ze strony przywódcy Hittytów, decyduje się nie opuszczać gospodarstwa. Wkrótce, dołącza do niej dwójka bliskich przyjaciółek z miasta. Wtedy też zaczynają ginąć kolejni ludzie...


Czwarty (nie licząc pornograficznego "The Fireworks Woman") pełnometrażowy film w karierze Cravena, stanowi o tyle ciekawą propozycję dla fanów reżysera, że uznać go można za swego rodzaju "etap przejściowy" z obskurnego niszowego horroru do głównego nurtu. Stylowo zrealizowany, o całe cztery lata wyprzedza słynnego "Świadka" Petera Weira, osadzając wydarzenia pośród restrykcyjnej społeczności wyznaniowej. Craven zręcznie miesza tutaj wątki paranormalne z typowym dla slasherów sztafażem. Następujący w finale zwrot akcji, może być nie w smak tym, którzy za pewnik przyjęli już konwencję okultystycznego kina grozy, trzeba jednak przyznać, że przeprowadzony został zręcznie i z dużą dozą pewności siebie.


Nie będą z pewnością zawiedzeni ci, którzy oczekują tropów wiążących z późniejszą filmografią reżysera. Pamiętna scena w wannie z "Koszmaru..." jest jest na ten przykład dosłowną kopią analogicznej sceny z omawianej pozycji. W drugoplanowej roli "dużego dziecka", pojawia się Michael Berryman, czyli budzący ciarki Pluto ze "Wzgórz...". Na tym zresztą ciekawostki obsadowe się nie kończą: twórcy "Krzyku" udało się skaptować do współpracy Ernesta Borgnine'a, co sam Craven porównywał później do zaszczytu, jaki stał się udziałem Johna Carpentera przy okazji występu Donalda Pleasence'a w "Halloween". Pierwszą dużą partię zaliczyła z kolei w "Deadly Blessing" młoda Sharon Stone, która - jak wiadomo - na prawdziwą sławę zczekać musiała jeszcze całą dekadę. 


Pomimo, że ciężko nazwać ów tytuł pozycją przełomową w dorobku przyszłego "mistrza horroru", to na pewno warto poświęcić mu uwagę: to dobrze skrojony, gatunkowy miks, przewrotny pod względem fabularnym, intrygujący atmosferą. I choć daleki od ideału, z pewnością bije na głowę kilka znacznie popularniejszych dokonań Cravena z lat 80., z chybionym sequelem "Wzgórz..." i podobnie nieudanym "Shockerem" na czele.

Ocena: ***



11/06/2017

Torn Curtain (1966)

dir. Alfred Hitchcock



"Torn Curtain" uchodzi za jedną z największych porażek w karierze Alfreda Hitchcocka. Sam reżyser był wysoce niezadowolony z efektu końcowego, a winą obarczał przede wszystkim Universal Studios, które zamiast wybranych przezeń Cary'ego Granta i Evy Marie Saint, do ról głównych narzuciło Paula Newmana i Julie Andrews. Na pewnym etapie, twórca "Psychozy" stracił zainteresowanie projektem, co z perspektywy czasu wydaje się być jeszcze bardziej widoczne: w porównaniu z takim "Zawrotem głowy", "Ptakami" czy nawet "Marnie", "Kurtyna" wypada blado i nieprzekonująco.


Fabuła obrazu skupia się na osobie profesora fizyki, który przedziera się za Żelazną Kurtynę, aby wydrzeć od światowej sławy naukowca tajemną formułę, umożliwiającą zbudowanie skutecznego systemu obrony przeciwrakietowej. Znów więc znajdujemy się na znajomym terenie: Hitch skupia się po raz kolejny na eksploatowaniu jednego ze swoich ulubionych tematów. Podobnie jak w klasycznych szpiegowskich dreszczowcach mistrza suspensu (vide: "Człowiek, który wiedział za mało" czy "Północ, północny-zachód"), na pierwszym planie mamy przypadkowego bohatera, który wrzucony zostaje w sam środek międzymocarstwowych waśni i, chcąc nie chcąc, musi stanąć na wysokości zadania.


Pierwsze, co przychodzi do głowy w trakcie seansu, to spostrzeżenie, że cała ta awanturnicza eskapada do "komunistycznego raju", jest czystej wody anachronizmem w dobie bijącej rekordy popularności serii o przygodach Jamesa Bonda. "Przeciętniak" grany przez Newmana to żadna konkurencja dla rozkochującego w sobie kobiety, niepokonanego agenta 007. Zaledwie rok wcześniej, na ekrany wszedł "The Spy Who Came in from the Cold", ponura ekranizacja prozy Johna le Carré, której fabuła posiada przynajmniej kilka punktów stycznych z obrazem Hitchcocka. I znów, porównanie jest zgoła niekorzystne dla omawianej pozycji. "Torn Curtain" jawi się jako naiwny przeżytek z zupełnie innej epoki. Całe założenie historii jest tu mocno naciągane, a kolejne zwroty akcji działają jedynie na przysłowiowe "słowo honoru". Na tym etapie doszło również do zakończenia jakże owocnej współpracy mistrza z kompozytorem Bernardem Herrmannem, a skoczną i bezpłciową zarazem ścieżkę stworzył John Addison.


Oczywiście, nawet tutaj znajdziemy dowody reżyserskiej maestrii twórcy. Świetna, bo pełna suspensu właśnie, jest scena potyczki z agentem Stasi w położonej na odludziu farmie. Gdy zarzucić prawa logiki, również partie końcowe mają prawo budzić emocje. Hitch, wiadomo, umie utrzymać widza w napięciu, toteż dwugodzinny seans ma dobre tempo i w zasadzie ani przez chwilę nie nuży. Posiada też swój dyskretny urok. Szkoda jedynie, że jest to urok ramotki, którą łatwo polubić i przy której miło się zrelaksować, ale którą ciężko mimo wszystko podziwiać jako spójną i przemyślaną całość.

Ocena: ***½



11/02/2017

Halloween III & 4 (1982, 1988)

The Night No one Comes Home.


Halloween III: Season of the Witch (1982)

dir. Tommy Lee Wallace


Po tym, jak w finale "Halloween II", Michael Myers oraz doktor Loomis zginęli w pożarze, odpowiedzialni za scenariusz dwóch pierwszych części John Carpenter i Debra Hill postawili jasne ultimatum: albo oni albo morderca w masce. W zamian za pogrzebanie Myersa, duet zaproponował rozwiązanie: antologia grozy, co roku inna historia osadzona w okresie Halloween. Włodarze z Universal Pictures przystali na taki wariant. Do pracy nad skryptem zatrudniono debiutanta Tommy'ego Lee Wallace'a, któremu w udziale przypadła również funkcja reżysera. Carpenter i Hill pełnili tym razem funkcję producentów, przy czym ten pierwszy wspólnie z Alanem Howarthem stworzył również ścieżkę dźwiękową. 


Bez niezniszczalnego zabójcy na pierwszym planie, trzecia część franczyzy przemienia się w mroczną baśń z elementami science-fiction. Głównym bohaterem historii jest doktor Daniel Challis (Tom Atkins), nadużywający alkoholu rozwodnik. Podczas nocnej zmiany w szpitalu, lekarz jest świadkiem przyjęcia na oddział majaczącego, starszego mężczyzny, który w garści ściska halloweenową maskę. Wkrótce potem, do budynku dostaje się niezidentyfikowany osobnik, który w brutalny sposób morduje nowego pacjenta, a następnie dokonuje samospalenia na pobliskim parkingu. Wstrząśnięty doktor rozpoczyna prywatne śledztwo, w którym towarzyszy mu córka ofiary. Trop wiedzie do małej miejscowości o nazwie Santa Mira, gdzie siedzibę ma fabryka zabawek Silver Shamrock Novelties...


Ambitna koncepcja stworzenia całej serii halloweenowych straszaków, legła w gruzach, gdy "Season of the Witch" poniósł klęskę w box office. Krytycy kręcili nosami, a widzowie chcieli tylko jednego: powrotu Michaela i Haddonfield. Przez długie lata, obraz uznawany był za chybiony projekt, który wyłamuje się ze slasherowej konwencji. Nic dziwnego, że sześć lat później, łasi na kasę producenci, planując kolejny sequel, zdecydowali o powrocie do korzeni.


Rehabilitacji obraz Wallace'a doczekać miał się dopiero w kolejnych dekadach, dzięki prężnie działającemu rynkowi video. Opowieść o upiornym planie przywrócenia dawnej świetności krwawego święta Samhain, zyskała sobie nowe rzesze fanów, którzy ponad wszelką wątpliwość uznali jej kultowy status. Zrazu niedoceniony, film po latach ujawnia swój prawdziwy potencjał: pod względem nastroju i kierunku, zdecydowanie bliżej mu do oryginalnego dyptyku, aniżeli tworzonym na siłę kontynuacjom z lat 1988-1995. 


Konsekwentnie budowane napięcie, atmosfera niepokoju i zagrożenia oraz kapitalny soundtrack dają wspólnie prawdziwą perłę horroru z pierwszej połowy lat 80. Łatwo zatem wybaczyć pewne mankamenty scenariusza, dziury logiczne i naiwności: klimat dosłownie wbija w fotel i nie wypuszcza z jego objęć przez półtorej godziny seansu z okładem. Klasyk i bodaj najlepsza odsłona cyklu tuż po oryginale z 1978 roku.

Ocena: ****½





Horror has returned to Haddonfield...



Halloween 4: The Return of Michael Myers (1988)


dir. Dwight H. Little


Po porażce "Halloween III", pomysł kontynuacji odłożony został na półkę. Potrzeba było pięciu lat, aby plany rozkręcenia cyklu na nowo nabrały konkretnych kształtów. Producent Moustapha Akkad pewien był jednego: aby zapewnić sukces, potrzebny jest Michael Myers. Początkowo, zakładano ponowne zatrudnienie przy projekcie Johna Carpentera, jednak scenariusz, który reżyser zamówił u pisarza Dennisa Etchisona, został odrzucony. Zrezygnowani Carpenter i Debra Hill, odstąpili swe prawa Akkadowi, tym samym dając mu wolną rękę przy realizacji kolejnych sequeli. Bez "problematycznych" autorów oryginalnej koncepcji, prace mogły ruszyć z kopyta...




Podtytuł czwartej części nie pozostawia żadnych złudzeń: słynny morderca w trupiobladej masce powraca. W obliczu braku zainteresowania projektem ze strony Jamie Lee Curtis, potrzebna była nowa ofiara. Szczęśliwie, na udział w przedsięwzięciu wyraził zgodę Donald Pleasence, tym samym stanowiąc jedyny prawdziwy łącznik z pierwszymi dwiema częściami. Teraz trzeba było jedynie wytłumaczyć w jaki sposób doktor Loomis i Michael Myers przetrwali inferno z finału "dwójki". Początkowo, zakładano nakręcenie długiego prologu, z którego widz dowiedziałby się o alternatywnych wydarzeniach, które pozwoliły zachować obu antagonistom ich życia. Pomysł w końcu zarzucono i twórcy poszli na łatwiznę: żyją, bo tak. Cieszycie się? No to jazda!


Od tragicznych wydarzeń "tamtej" nocy upłynęło dziesięć lat. Przez cały ten czas, prześladowca Laurie Strode drzemał spokojnie w czeluściach zakładu psychiatrycznego. Aż tu nagle, pewnego dnia, jakiś idiota podjął decyzję o przeniesieniu pacjenta. Ledwie karetka z nim na pokładzie opuszcza teren szpitala, zabandażowany (czemu?) Michael dowiaduje się, że jedyną żyjącą krewną jest jego kilkuletnia siostrzenica. Tego już za wiele. Chłopak z miejsca dostaje przypływu sił, morduje swych konwojentów i rusza w kierunku Haddonfield. Jego tropem podąża zacietrzewiony Loomis...


"Halloween IV" to typowy przykład filmu skrojonego pod oczekiwania widowni. Slasher z nieśmiertelnym zombie psychopatą, od jakich zaroiło się w latach 80. I jako taki produkt, wypada wcale nieźle. Co nie zmienia faktu, że mamy do czynienia z B-klasową produkcją o ograniczonym budżecie i wątpliwych walorach artystycznych. Bezsensownych rozwiązań jest tu bez liku: podczas, gdy Michael określany jest na początku jako kaleka, jego opiekun i zacięty przeciwnik w jednej osobie, przechadza się jedynie z małą bruzdą na twarzy. Nadnaturalne właściwości głównej gwiazdy cyklu zostają tu rozbudowane do jeszcze większych rozmiarów, niż uprzednio, a mimo to, mieszkańcy Haddonfield nie mają wątpliwości, że po wrzuceniu prześladowcy do byle rowu, sprawa jest załatwiona. Wszystko zaś wieńczy absurdalne post scriptum, które w założeniu twórców miało zapewne stanowić klamrę spinającą z klasykiem Carpentera. Sprawy nie polepsza chybiona decyzja castingowa: paradująca ze zbolałą twarzyczką i wiecznie uniesioną "złą brwią" Danielle Harris jako mała Jamie to jedna z najbardziej irytujących dziecięcych postaci w dziejach.


Oczywiście, moje narzekania mają jakikolwiek sens w zestawieniu z trylogią z okresu 1978-1982. Na tle innych kontynuacji słynnych slasherowych serii, "Return of Michael Myers" nie wypada znowu tak źle i może stanowić dobre źródło rozrywki dla miłośników gatunku. Potem, w każdym razie było już znacznie gorzej: kolejne dwie części zrealizowane pod dyrektywą Moustaphy Akkada brną jeszcze głębiej w cudaczne rozwiązania rodem z drugoligowych naśladownictw. Ale o tym kiedy indziej...

Ocena: ***