10/07/2019

Joker (2019)

dir. Todd Phillips


Joker powraca na ekrany w glorii i chwale. Jeśli jednak ktoś spodziewał się po filmie Todda Phillipsa standardowego „origin story”, to z pewnością się przeliczy. Nemezis Batmana poznajemy tutaj jako Arthura Flecka, nieudacznika który na co dzień mieszka z matką i pracuje na ulicy jako klaun. Arthur cierpi przy tym na szereg zaburzeń psychicznych, z których jedno objawia się niekontrolowanymi wybuchami śmiechu. Jego życie to pasmo klęsk i upokorzeń, kolejne kłody rzucane przez los pod nogi zdają się nie wzbudzać już w nim emocji. A jednak, splot ponurych wydarzeń sprawi, że ze zwykłej ofiary losu przeistoczy się w nieobliczalnego przestępcę... 


Powyższy opis tak naprawdę nie zdradza wiele, zważywszy że od początku oczekujemy gwałtownych narodzin psychopatycznego wesołka. Phillips jednak skupia się na jednostkowym dramacie: przyszłego Jokera poznajemy jako zwykłego człowieka i pozostaje nim w zasadzie do końca. Żadnej kadzi z kwasem, żadnego mitologizowania w stylu anarchizującego Ledgera. W wydaniu Joaquina Phoenixa najsłynniejszy komiksowy zbir jest chorym, stłamszonym człowiekiem, który pewnego dnia odkrywa swoje powołanie: sianie zamętu. Jest to mozolny proces, który pozwala na kreowanie gęstej atmosfery i napięcia. A także na sportretowanie świata pogrążającego się w szaleństwie. Narodziny Jokera wydają się być bowiem naturalną konsekwencją zepsucia i znieczulicy klasy rządzącej, która w głębokim poważaniu ma potrzeby warstw niższych. Arthur, chcąc nie chcąc, stanie się głosem ludu, pozostając przy tym społecznym wyrzutkiem. 


Twórcy stawiają na realizm i nawet jeśli odwołują się do pewnego uniwersum, tak naprawdę najchętniej by z nim zerwali. Znajdujemy się w Gotham, ale już na pierwszy rzut oka widać że tak naprawdę to zaśmiecone, obskurne ulice Bronxu gdzieś z przełomu lat 70. i 80. Zero superhero movie, prędzej – co skrzętnie odnotowują krytycy – hołd dla wczesnych filmów Martina Scorsese. Owszem, „Joker” AD 2019 pełnymi garściami czerpie z takich klasyków jak „Taksówkarz” czy „Król komedii”, specjalnie się z tym nie kryjąc. Wręcz przeciwnie: udział Roberta De Niro w roli niepokojąco podobnej, jaką przed laty odgrywał Jerry Lewis to sygnał czytelny. Phillips jednak wzorce wykorzystuje nader zręcznie, ogrywa brud nowojorskich ulic, napawa się beznadzieją slumsów czy wreszcie – zagląda w głąb psychiki outsidera na skraju obłędu. Nie poczytuję jednak tej wtórności tematycznej i stylistycznej za mankament, bo reżyserowi „Kac Vegas” udało się na bazie wyrwanych strzępków wykreować kompletny świat, który na równi fascynuje, jak i przeraża. Apokaliptyczny wręcz, skąpany w szarościach, skazany na zagładę. 


Co do samego Phoenixa to jest on – ujmując krótko – fenomenalny. Nie porywa i nie magnetyzuje jak niegdyś Ledger, jest mniej intensywny, ale też bardziej prawdziwy. Nie celuje w ikoniczną personę o mglistych motywacjach, ale tworzy złożonego bohatera, któremu współczujemy i z którym możemy się identyfikować. Nawet gdy rozpętuje piekło wydaje się być bliższy nam, widzom niż jego ofiary. Phoenix nie idzie w manierę, nie przerysowuje jak miało to w przypadku Jareda Leto, on jest Arthurem Fleckiem. Popaprańcem na którym wszyscy postawili kreskę. Jego nerwowy śmiech nie bawi, nie pojawia się jako rodzaj wisielczej puenty, prędzej sprawia że czujemy się nieswojo, jak w obecności osoby chorej na jakąś wstydliwą dysfunkcję. Kawał najwyższej próby aktorstwa w którym nie ma nic a nic z szarży i efekciarstwa. 


Wiele razy już mówiło się o tym, że filmowe adaptacje komiksów stają się coraz dojrzalsze i bardziej angażujące. Jeśli patrzeć na to od tej strony, „Joker” stanowi milowy krok dla konwencji, bo tak poważnie potraktowanej historii komiksowej na ekranach jeszcze nie było. Nie chciałbym jednak, aby obraz Phillipsa stał się sygnałem dla innych twórców i jednocześnie zapoczątkował wysyp kolejnych, coraz mniej udanych stylizacji. Wolę patrzeć na ów obraz jako na cudownego odszczepieńca, jedynego w swoim rodzaju, który wyłamuje się ogólnym trendom i tak naprawdę więcej ma wspólnego z brutalnym dramatem psychologicznym, aniżeli z komiksem. Podłączony pod jakiekolwiek uniwersum straciłby jedynie swoją moc, a byłaby to wielka strata.