6/22/2018

Le spie vengono dal semifreddo (1966)

dir. Mario Bava



Doktor Goldfoot był bohaterem komedii Normana Tauroga z 1965 roku ("Dr. Goldfoot and the Bikini Machine"). Grany przez Vincenta Price'a szalony naukowiec, stworzył armię powabnych kobiet-robotów, które za pomocą swych skąpo odzianych wdzięków miały wkradać się w łaski zamożnych biznesmenów i ogałacać ich z fortun. Plany doktorka niweczyli dwaj agenci, grani przez Frankie'go Avalona i Dwayne'a Hickmana, duet surferów o promiennych uśmiechach, w tamtych czasach, ulubieńców młodszej części publiczności. Wyprodukowany przez American International Pictures obraz był niewybredną parodią przygód Jamesa Bonda (imię tytułowego złoczyńcy to wszak oczywiste nawiązanie do dwóch części przygód agenta 007, "Dr. No" i "Goldfingera"), niezależnie jednak od wątpliwych walorów artystycznych, odniósł umiarkowany sukces. 


W tym miejscu, na arenę wkraczają Włosi, u których dzieło Tauroga spotkało się z wyjątkowo ciepłym odbiorem. Wytwórnia podjęła decyzję o realizacji sequela, z akcją umiejscowioną właśnie w słonecznej Italii. Za kamerą wylądował Mario Bava, wówczas łączący karierę twórcy kina grozy z renomą sprawnego rzemieślnika. "Dr. Goldfoot and the Girl Bombs" (w ojczyźnie reżysera film zatytułowano "Le spie vengono dal semifreddo", co z kolei było jawnym nawiązaniem do - świetnego skądinąd - dramatu z Richardem Burtonem "The Spy Who Came in from the Cold" na podstawie powieści Johna le Carré) kontynuuje wątki z pierwszej części, z tą różnicą, że tym razem, demoniczny jajogłowy wysadza przy pomocy swych mechanicznych dziewcząt generałów, próbując w ten sposób pokrzyżować szyki NATO. Na drodze makiawelicznej intrygi staje lowelas odtwarzany przez Fabiana Forte, na co dzień piosenkarza, okazjonalnie - także aktora.


O fabule nie ma sensu się rozpisywać, gdyż jest to jeden wielki rozgardiasz, nasycony nieświeżymi gagami i kiepskim grą odtwórców. Vincent Price po latach miał zresztą otwarcie stwierdzić, że to najgorsza rzecz w jakiej wystąpił. Trudno się dziwić takiemu postawieniu sprawy, gdyż wyraźnie widać, że słynny aktor przez większość czasu robi dobrą minę do złej gry, zmuszany do brania udziału w infantylnych wygłupach. Na ekranie panuje niemożebny chaos, próby zabawienia widza sprawiają wrażenie desperackich. Na sam koniec, slapstickowa błazenada przyjmuje formę kina niemego, z informacjami wyświetlanymi na planszach. Czemu miał służyć ów ekscentryczny zabieg, nie wiedział zapewne sam reżyser.


"Girl Bombs" to koszmarek, nie ma co do tego wątpliwości. Gwoli sprawiedliwości, warto jednak pamiętać, że poziomem produkcja nie odbiega wcale znacząco od innych komediowych przedsięwzięć AIP, ze szczególnym uwzględnieniem serii tzw. beach party movies. Zapoczątkowany w 1963 roku cykl, którego główną gwiazdą był wspomniany już Avalon, na przestrzeni czterech następnych lat zaowocował aż dwunastoma filmami. "Dr. Goldfoot and the Bikini Machine" było zresztą częścią przynoszącej spore zyski franczyzy. Jego włoski sequel wykorzystuje podobne patenty jak amerykański cykl, choć zabrakło beztroskiej zabawy pod tytułem "opaleni chłopcy o śnieżnobiałych zębach i urodziwe laski w bikini płatają sobie figle na plaży". Nie jest to więc aż takie kuriozum, jakby mógł współczesny widz pomyśleć, a raczej po prostu kolejny niefrasobliwy wytwór tamtej epoki. Jedno w każdym razie jest pewne: rzeczona pozycja chluby nie przynosi ani Price'owi, ani Bavie. 

Ocena: *½