5/21/2018

Shock Waves (1977)

dir. Ken Wiederhorn



Zapewne niewielu spośród was wie, że III Rzesza prowadziła intensywne badania nad stworzeniem super-żołnierza na całe dekady, zanim amerykański rząd wpadł na to, żeby reanimować Jean-Claude'a i Dolpha. Sami Himmler i Heydrich byli osobiście zaangażowani w wykreowanie najemnika, który bez mrugnięcia okiem wykonywałby wszelkie rozkazy, nigdy się nie męczył, nie cierpiał na wyrzuty sumienia, słowem: byłby niezwyciężony. Co więcej, Niemcom owa sztuka się udała. Oddział takowych maszyn do zabijania, po serii zakończonych sukcesem misji, zaginął gdzieś na morzu, a świat o całej sprawie zapomniał...


Tak przedstawia się punkt wyjścia "Shock Waves", filmu, który do tematu nazistowskich zombie podchodzi całkiem serio. I choć na pierwszy rzut oka, pomysł wydaje się zgoła absurdalny, to rzecz skutecznie izoluje od siebie czysto eksploatacyjny charakter zagadnienia. Opowieść o grupie rozbitków, którzy na zapomnianej przez Boga wyspie stają się zwierzyną łowną dla oddziału chodzących trupów w mundurach SS, okazuje się być zręcznie skrojonym horrorem, który w pierwszej kolejności stawia na nastrój grozy i niespiesznie stopniowane napięcie.


Obraz Kena Wiederhorna ("Powrót żywych trupów 2") sprawi zawód miłośnikom gore, na pewno jednak spotka się z zainteresowaniem odbiorców ceniących sobie nade wszystko klimat. Ekspozycja jest tutaj rozbudowana, jednak już od pierwszych scen daje się nam jasno do zrozumienia, że coś paskudnego wisi w powietrzu. Świetna jest w szczególności oprawa muzyczna autorstwa Richarda Einhorna (m.in. "The Prowler", 1981), w ogromnej mierze pomagająca generować poczucie zagrożenia. Nie bez znaczenia będzie miejsce akcji: bezludna (no, może nie do końca...) wysepka, położona z dala od uczęszczanych szlaków. Sceny ataków zombie-esesmanów z kolei, przy całej prostocie wykonania, są zaskakująco efektowne. Podobnie jak cały film - pozornie stonowany i pozbawiony prawdziwie szokujących elementów - a przecież pozostający w głowie na długo, głównie za sprawą ponurej atmosfery. 


Ci, którzy kiepsko wspominają żywe trupy ze swastyką na ramieniu z filmów Jeana Rollina i Jesusa Franco, powinni być mile zaskoczeni ich głównym źródłem natchnienia, jakim bez wątpienia jest właśnie dzieło Wiederhorna. Wynurzające się co rusz spod wody zombiaki w goglach budzą ciarki jako emanacje irracjonalnego zła, senna narracja zahacza o surrealizm, a udział takich postaci, jak Peter Cushing i John Carradine stanowi dodatkowy wabik. Znacznie bardziej intrygująca pozycja, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, przez co niewystarczająco - o ile w ogóle - doceniona.
Ocena: ****