9/21/2017

American Made (2017)

dir. Doug Liman



Początki, jak to zwykle bywa, były zgoła niewinne. Barry Seal, pilot linii TWA, dorabiał sobie na boku, przemycając kubańskie cygara. Jego skromny biznes nie umknął uwadze CIA. Agencja skaptowała domorosłego kontrabandzistę do pracy na ich zlecenie: Barry miał fotografować tajne bazy komunistycznych bojówek, rozlokowane w różnych miejscach Ameryki Środkowej. Diabeł jednak nie śpi, toteż działalnością młodego pilota szybko zainteresowali się narkotykowi baronowie. Ich propozycja była na tyle atrakcyjna, że oprócz zadań wykonywanych dla amerykańskiej agencji wywiadowczej, lotnik zaczął zajmować się także przerzutem kokainy na terytorium Stanów. CIA łaskawie przymykała oczy na ów proceder, przynajmniej do czasu, gdy ich człowiek był przydatny przy zwalczaniu "czerwonej plagi"...


Barry Seal to prawdziwa postać, a jego losy stanowią jeszcze jedno potwierdzenie tezy, iż niejednokrotnie fakty są znacznie dziwniejsze niż fikcja. Bohater filmu Douga Limana miał już swoje drobne cameo w pierwszym sezonie hitu Netflixa "Narcos", tam jednak potraktowano go zgoła po macoszemu. W pełnometrażowej fabule, jego historia może wybrzmieć wreszcie z należytą siłą. Brawurowo grany przez Toma Cruise'a przemytnik, choć daleko mu do bycia krystalicznie białym, z miejsca wzbudza sympatię widza. Oczywiście, scenarzysta ma tendencję do wygładzania pewnych trudnych od strony moralnej kwestii, ale w kinie hollywoodzkim nie jest to bynajmniej rzadki proceder. Grunt, że gwiazda produkcji ma szansę się "wyszumieć", po raz kolejny udowadniając, że miano "złotego chłopca" może być krzywdzące: Cruise uwodzi widza swym wrodzonym urokiem, ale nie zapomina przy tym o graniu. I jest naprawdę dobry! Spokojnie można więc włożyć między bajki twierdzenia, że jedyne na co stać tego faceta to odcinanie kuponów od sławy w kolejnych blockbusterach. 


Nie ulega wątpliwości, że "American Made" to w dużej mierze "one-man-show". Zarazem jest to jednak kawał rzetelnego, jankeskiego kina. Takiego, które wciąga, bawi, kiedy trzeba, to trzyma w napięciu, kiedy indziej - wzrusza. Filmografia Limana może nie poraża, ale z pewnością dowodzi, że to sprawny rzemieślnik. Taki, który nie "położy" ciekawej historii, a za taką uchodzić niechybnie musi biografia Seala. Dostajemy więc wszystko to, co retro-tygrysy "lubią najbardziej": muzykę z epoki, modę, a nawet stylistyczne zabiegi spod znaku chropowatego wdzięku VHS. Jest więc klimat, jest dreszcz emocji i charyzmatyczny bohater, z którym uwielbiamy spędzać czas. Czegóż chcieć więcej? A że wychodząc z kina trudno jest się oprzeć wrażeniu, że gdzieś to wszystko już widzieliśmy? Cóż, poszukiwacze nowych środków wyrazu wciąż mają swe offowe festiwale. Tutaj jesteśmy na swojskiej, amerykańskiej ziemi. Ja kupuję bez większych zastrzeżeń.

Ocena: *****