10/17/2018

Climax (2018)

dir. Gaspar Noé



Tańczyć może każdy. Kiedyś ku uciesze publiki tańczyli Gene Kelly i Fred Astaire. Parę dekad później trendy wyznaczał John Travolta. Potem byli jeszcze m.in. Kevin Bacon i Patrick Swayze. Tańczył niewidomy Al Pacino. Tańczyli "naturszczycy" u Carlosa Saury. Wreszcie, dzisiaj, tańczyć może nie tylko każdy, ale każdy też umie to robić. Lepiej lub gorzej, parafrazując klasyka. Czego dowodem rozliczne talent shows, w których tańczą gospodynie domowe, przebrzmiałe gwiazdki i pies z kulawą nogą, który odkrył jak niewiele potrzeba, aby zostać celebrytą. Zatańczył widzom - tudzież zagrał na nosie - również Gaspar Noé...


Najnowsze dokonanie skandalisty to opowieść o grupie tancerzy, którzy pewnego zimowego wieczoru zbierają się na próbę w opustoszałym budynku szkolnym. Po "potańcówce" przychodzi pora na zapoznanie i relaks przy akompaniamencie muzyki i pod rozluźniającym wpływem ponczu. Mocnego ponczu. Do tego stopnia, że na pewnym etapie wszyscy zdają sobie sprawę, że - tu znów parafraza - "somebody put something in their drinks"...


Zaczyna się więc hulaszczo, ale imprezka z czasem przeradza się w czystej wody (wódy?) koszmar w rytm pulsującej muzyki klubowej. A twórca pamiętnego "Nieodwracalne" bawi się na tej narkotycznej balandze w najlepsze. Po mistrzowsku potęguje napięcie, inscenizuje kolejne sytuacje rodem z bad tripu, pławi się w wisielczym dowcipie. I robi to z lekkością i wdziękiem, których mogłaby mu pozazdrościć czołówka najbardziej wziętych twórców współczesnego kina. Przyznam, że po "Love" miałem pewne obawy, że  Noé nie będzie w stanie się powstrzymać i pójdzie dalej w kierunku rozbuchanego stylistycznie, naiwnie idealistycznego, a zarazem pełnego narcyzmu kina "offowego". Tymczasem, "Climax" to pod pewnymi względami swoisty "powrót do korzeni" i prawdopodobnie najbardziej kameralny obraz reżysera. No dobra, "kameralny" może nie jest właściwym określeniem w przypadku twórczości kogoś takiego, jak Argentyńczyk, niemniej jego stroboskopowa orgia zdradza tu wyraźne przebłyski niskiego budżetu, który zaowocował wyśmienitą formą reżysera. Na półtorej godziny seansu składają się w większości rewelacyjnie nakręcone master-shoty, napędzane energią autora i pełnym poświęceniem odtwórców/aktorów. 


Jest to przy tym Noé "na luzie": zero "napinania się", zamiast tego żar parkietu i prawda wyzwalana przez substancje psychoaktywne. Żadnego wabika w postaci ciągnącej się w nieskończoność sceny gwałtu analnego czy sekwencji porno w 3D. Owszem, przeciętny widz i tak przez "Climax" zapewne nie przebrnie. Ale też nikt raczej nie chodzi do kina "w ciemno" w tego typu przypadkach. A dla tych, którzy Gaspara lubią i znają, będzie to zapewne najbardziej rozrywkowy spośród jego filmów. Kilka razy dostaniemy z tzw. plaskacza po ryju, bywa naprawdę mocno, ale zasadniczo Noé nigdy jeszcze nie był tak blisko istoty suspensu bez jednoczesnego uciekania się do skrajności, do szoku wycelowanego bezpośrednio w odbiorcę. Dostajemy formę, w którą zapakowana została niczego sobie historia: z gronem różnorodnych postaci, zwrotami akcji, ostrą, napędzaną psychodelikami jazdą i szeregiem ukłonów w kierunku... kina mainstreamowego. Ironicznych, bo ironicznych, ale jednak.


Co znamienne, "Climax" rozpoczyna się od długiej sekwencji castingu. Nagranie z niego odtwarzane jest na ekranie staromodnego dzisiaj "kineskopowca", otoczonego okładkami kaset VHS, mających wskazywać na źródła inspiracji twórcy. Oczywiście, są one dość wybiórcze i bynajmniej nie odnoszą się wszystkie do rzeczonej pozycji, niemniej przekaz jest jasny: hej, jestem spoko gościem i uwielbiam to, co zapewne spora część z Was też hołubi. Ja w tę szczerość Noé'go nigdy nie wątpiłem, a fakt, że jego ostatnie dzieło zbiera praktycznie same entuzjastyczne recenzje, cieszy mnie szczególnie. Tak trzymać!

Ocena: *****