1/23/2018

The Shape of Water (2017)

dir. Guillermo Del Toro



Stany Zjednoczone, pierwsza połowa lat 60. Zimna Wojna trwa w najlepsze. Elisa (Sally Hawkins) jest niemową. Pracuje w tajnym rządowym ośrodku badawczym jako sprzątaczka. Pewnego dnia, do budynku przywieziony zostaje dużych rozmiarów pojemnik o niezwykłej zawartości. Dziewczyna odkrywa, że w obiekcie przetrzymywana jest nieznana nauce istota: podwodny stwór o humanoidalnych kształtach. Zaciekawiona, po kryjomu regularnie odwiedza istotę. Z czasem pomiędzy nią, a stworzeniem rodzi się przyjaźń, a potem - uczucie...


Szpiegowski thriller. Romans. Fantasy i science-fiction. Kino akcji. Musical. Wszystko to w jednym filmie. Brzmi intrygująco, prawda? Też tak zrazu pomyślałem. Tymczasem, "The Shape of Water" okazuje się być jak najbardziej zachowawczym, skrojonym pod gusta masowej publiki produktem. Niektórzy widzieć w nim będą wariację na temat "Pięknej i bestii", ja szczerze mówiąc dopatrywałbym się tu raczej silnych wpływów "E.T." Spielberga: szkielet fabularny jest tu łudząco podobny, zasadnicza różnica polega zaś jedynie na tym, że zamiast chłopca i potulnego kosmity, mamy dorosłą kobietę i rybie indywiduum. Jest też miejsce na całkiem serio potraktowany wątek romantyczny. Sceny fizycznej międzygatunkowej miłości included.


Guillermo Del Toro określa swój film mianem baśni dla dorosłych. I nie jest to czysta kokieteria: podobnie jak w baśni, świat przedstawiony jest czarno-biały, pełen umowności i rozwiązań, w które uwierzy jedynie dziecko z pobudzoną wyobraźnią. Czarno-białe są tu postaci. Począwszy od bohaterki, spragnionej miłości sieroty-niemowy, poprzez jej najlepszego przyjaciela, kryptogeja o szczerozłotym sercu i koleżankę z pracy, grubą Murzynkę ze skłonnością do wymądrzania się, po dobrego komunistę, który uczyć musi swych kapitalistycznych wrogów humanitaryzmu. W zestawie zabrakło chyba jedynie latynoskiego naukowca z awersją do broni palnej oraz miłującego pokój Muzułmanina. Del Toro wybiera stronę wyrzutków, odmieńców, ludzi spoza "tego czasu" i nie byłoby w tym zapewne nic zdrożnego, gdyby nie sposób w jaki swe przywiązanie do odtrąconych manifestuje: łopatologicznie, ze sztywnym zachowaniem zasad politycznej poprawności. Paradoksalnie, ten pean na cześć tolerancji jest tak przejaskrawiony i do tego stopnia polega na stereotypach, że aż zalatuje... szowinizmem. Oczywiście, są też ci źli, czyli wszyscy pozostali, a prym wiedzie pośród nich grany przez Michaela Shannona szef ochrony. Perorujący na temat biblijnych przypowieści bigot i hipokryta, rasista i mizogin, brutal, a do tego oblech, który sika "bez trzymanki" i nie myje potem rąk.


Twórca "Labirynut fauna" z pewnością nie zawodzi, jeśli chodzi o spójną wizję stylistyczną: wizualnie ma prawo się ten retro sztafaż podobać. Czuć w tym chłopięcy zapał, podobny do tego, który zawsze przyświecał Burtonowi. Oczywiście, to inna filmowa wrażliwość, jednak Meksykanin swe na poły fantastyczne światy i wizje zdaje się kreować od serca. Cóż, z tego jednak, gdy fabularno-logiczne zagospodarowanie tej przestrzeni leży i kwiczy. Psychologię postaci opiera reżyser na montażowej ekwilibrystyce pachnącej "Amelią": "intymną" rzeczywistość niemej bohaterki poznajemy w krótkich przerywnikach, mających służyć za wytrychy. Elisa wchodzi do wanny (dwukrotnie), Elisa masturbuje się w wannie (raz), Elisa ogląda stare musicale, Elisa gotuje jajka i patrzy się potem na nie, it., itp. Dorzućmy do tego całą masę niedorzeczności, których nie sposób obronić nawet baśniową konwencją. Para sprzątaczek snuje się po pilnie strzeżonym, tajnym laboratorium i ma dostęp do każdego pomieszczenia, bez żadnych przepustek, zezwoleń. Inny przykład: niezamierzenie komiczna scena miłosnych uniesień w łazience po sufit wypełnionej wodą. Chcielibyście może czasem pomigdalić się w podwodnym świecie bez wychodzenia z domu? Nic prostszego, wystarczy zatkać łazienkowe drzwi od spodu ręcznikami i puścić wodę. Sąsiedzi najwyżej odrobinę ponarzekają i sobie pójdą. A jak się tej wody z pomieszczenia pozbyć? Nic prostszego! Wystarczy otworzyć drzwi, woda ucieknie sobie hen, daleko! Podobne wymysły można by jeszcze próbować zrzucić na karb surrealistycznych ciągot twórcy, problem w tym, że sprawiają one wrażenie tego, czym właśnie są: fanaberiami autora, który nieco się zagalopował.


Czepiam się i czepiam, prawda jest jednak taka, że w "The Shape of Water" odrzuca mnie przede wszystkim rażący koniunkturalizm całego przedsięwzięcia. Del Toro chwali dokładnie to, co jest na czasie, modne, pożądane. Nie ma w tym żadnego buntu, nie ma też z pewnością żadnej głębszej myśli, chyba że za takową brać stare, dobre "prawdziwe piękno kryje się we wnętrzu". Tym, którzy potrzebują się utwierdzić w tym przekonaniu, polecam lekturę "Brzydkiego kaczątka". Albo, żeby daleko nie szukać, "Pięknej i bestii"... Truizmami i ładnym opakowaniem w każdym razie zyskać można najwyżej jedno: chwilowy poklask.

Ocena: **½