6/23/2017

Heathers (1988)

dir. Michael Lehmann



Tradycja high school comedies sięga w Ameryce czasów, gdy w kulturze masowej spopularyzowany został termin teenager, czyli lat 50. Na początku były to z reguły opowieści o młodych buntownikach, zasłuchanych w zakazaną, "czarną" muzykę. Podgatunek szybko wpadł w pułapkę kisz i schematów, które obowiązują w nim do dziś. Z reguły zatem, mówiąc o zjawisku high school comedy, mamy na myśli frywolną, głupiutką komedię romantyczną dla nastolatków. Wątek romansowy jest obecny także w "Heathers" Michaela Lehmanna, jednak w tym przypadku konwencja potraktowana została przewrotnie, by nie rzec - wywrotowo...


Historia zaczyna się znajomo. Poznajemy czwórkę bohaterek, stanowiących elitę szkoły średniej. Trzy z nich noszą to samo imię: Heather, czwarta - Veronica (Winona Ryder), pełni w teamie rolę "chłopca do bicia", osoby którą można się wysługiwać i która traktowana jest z pewną dozą pogardy. Układ sił w czworokącie zacznie zmieniać się w momencie, gdy Veronica pozna nowego ucznia liceum nazwiskiem Jason Dean (Christian Slater). Podobieństwo nazwiska do słynnego aktora nie jest przypadkowa, bowiem Jason to ucieleśnienie buntu: zblazowany outsider, który już pierwszego dnia zostaje zawieszony w prawach ucznia za użycie w stołówce pistoletu na ślepaki. Szara myszka z ugrupowania heter-prymusek z miejsca podda się urokowi tego "złego chłopca", co doprowadzi ją zarówno do symbolicznego wyzwolenia, jak i poważnych kłopotów...


Na pierwszy rzut oka, zgadza się wszystko: wzorcowa prom queen, spotyka rozrabiakę i znajduje swoje nowe "ja". W miarę jednak, jak rozkręca się akcja, scenarzysta zaczyna coraz bardziej gmatwać jednowymiarowy koncept fabularny. Pojawi się więc wątek kryminalny, a nastolatki z prowincjonalnego Sherwood stracą swą "niewinność", odkrywając, że samobójstwo jest czymś cool i trendy. Jak się bowiem okazuje, "Heathers" to, owszem, komedia, tyle że bardzo czarna. Do pewnego momentu, widz ma spore wątpliwości w jakim kierunku potoczy się ta makabryczna opowieść. Wtedy też film jest najciekawszy i najbardziej wciągający. Gdy poznamy już ostateczną reakcję głównej bohaterki na szokujące wydarzenia, boksowanie gatunkowych schematów przestaje już tak bawić.


Problem z obrazem Lehmanna jest podobny, jak w przypadku wielu innych mu podobnych dekonstrukcji: bardzo trudno unikać przez półtorej godziny czasu ekranowego pułapki poddania się konwencji. "Heathers" ostatecznie to robi - wprawdzie nie wycofuje się ze wszystkich swych postulatów, wciąż jednak finał sprawia wrażenie nieco zbyt sztampowego i zachowawczego. Jeśli więc poszukujecie nieskrępowanego szaleństwa, to zawsze można odświeżyć "Cry-Baby" Johna Watersa, omawiana pozycja przygarnie chętnie wszystkich zmęczonych licealistami spod sztancy, ale próżno oczekiwać by wywróciła czyjkolwiek światopogląd do góry nogami.

Ocena: ***½