2/19/2018

Molly's Game (2017)

dir. Aaron Sorkin



Molly (Jessica Chastain) pragnęła być narciarką. Plany sportowej kariery pokrzyżował groźny wypadek. Po okresie rekonwalescencji, dziewczyna przeprowadza się do Los Angeles, gdzie poznaje świat nielegalnego hazardu. Doświadczenie zebrane podczas potajemnych spotkań bogaczy i celebrytów, pozwala jej otworzyć własny klub pokerowy...


Film debiutującego na stanowisku reżysera Aarona Sorkina, oparty został na wspomnieniach Molly Bloom "Molly's Game: From Hollywood's Elite to Wall Street's Billionaire Boys Club, My High-Stakes Adventure in the World of Underground Poker". Mamy więc do czynienia z relacją z pierwszej ręki, gdzie przewijają się blichtr, seks, narkotyki i wysokie stawki karcianych rozgrywek. Sorkin, ceniony w Hollywood scenarzysta ("The Social Network", "Moneyball") ma talent do snucia opartych na faktach fabuł ze świata wielkiej finansjery. Także i w tym przypadku odpowiedzialny był za scenariusz, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że potencjał tkwiący w historii nie został przez niego wykorzystany.


Tempo opowieści jest miejscami zawrotne, łatwo więc pogubić się w przekazywanych przez bohaterkę z offu jednym tchem detalach. Nie jest to nowy chwyt, to całe zasypywanie informacjami, jednak u Sorkina panuje rozgardiasz i zgoła nieuzasadniony racjonalnymi względami przesyt. Gubi się gdzieś w tym wszystkim napięcie, jakże pożądane przecież w przypadku dwuipółgodzinnego seansu, a chronologiczne skoki jedynie drażnią. Dystrybutor reklamuje "Molly's Game" jako żeńską wersję "Wilka z Wall Street", jednak jest to zdecydowanie przesadzone porównanie. Podczas gdy u Scorsese mieliśmy szalony rollercoaster, który nie nużył choćby przez moment, po brzegi wypchany barwnymi postaciami, tutaj jest tylko nieciekawa bohaterka oraz jeszcze bardziej rozmyte tło. Nie ma również humoru, od którego przecież skrzył się obraz z Di Caprio. Jest jedynie rzucanie suchymi faktami, liczbami. 


Sorkin nie odmalowuje kolorytu środowiska, gna bezrefleksyjnie naprzód, łudząc się, że opowieść obroni się sama. Zapomina o podstawowych zasadach dramaturgii i tworzy przydługi, ledwie poprawny produkt, który nie sprawdza się nawet jako opowieść o silnej kobiecie w świecie zdominowanym przez wulgarnych, pewnych siebie mężczyzn. Nie wiemy do końca tak naprawdę, jaka myśl przyświecała projektowi, a obraz "życia na krawędzi" jest tu tyleż chaotyczny, co nieprzewidywalny. Przywołując niefortunne nawiązanie do "Wilka...", można by pokusić się o stwierdzenie, że tam mieliśmy do czynienia z robotą starego wyjadacza, takiego co to "z niejednego pieca", podczas gdy "Molly" to ledwie wprawka w wykonaniu mało pojętnego adepta. 

Ocena: **½