10/20/2017

Tschick (2016)

dir. Fatih Akin



Czternastoletni Maik (Tristan Göbel) to typowy okaz "nerda". Po cichu podkochuje się w koleżance z klasy, ale nie ma śmiałości, by jej o swoim uczuciu opowiedzieć. W ramach wypracowania na zadany temat, chłopak przygotowuje esej o swojej matce-alkoholiczce. Rodzice Maika są po rozwodzie, więc ciężko winić nastolatka za jego rozchwianie emocjonalne. Pewnego dnia, w jego klasie zjawia się nowy uczeń: Andrej Tschichatschow (Anand Batbileg), odziany w dresy, popijający wódkę z gwinta w przerwach między lekcjami dziwak. Tschick, jak szybko zostaje ochrzczony outsider o mongolskich rysach, nie cieszy się popularnością wśród rówieśników, nie wyłączając w tym względzie Maika. Traf jednak chce, że los połączy tę dwójkę i wyśle na przygodę ich życia...


Fatih Akin, twórca głośnego "Głową w mur", wziął na warsztat bestsellerową powieść dla młodzieży autorstwa Wolfganga Herrndorfa. Prosta historia o podróży dwóch wyobcowanych nastolatków skradzionym samochodem to waląca często z "grubej rury", ale odznaczająca się naturalnym wdziękiem opowieść o ucieczce przed opresyjnym społeczeństwem. Jak często bywa w takich przypadkach: Tschick, choć zewnętrznie odpychający: śmierdzący spirytusem typ w ortalionie i z wymiętoszoną foliową siatką w garści, skrywa wrażliwe wnętrze i jest nad wiek dojrzały. Będzie więc nie tylko rozrywkowym kompanem dla cichego, nieśmiałego Maika, ale i kimś w rodzaju starszego brata. W trakcie eskapady, spotkają na swej drodze innych podobnych im wyrzutków, a całość wieńczy słodko-gorzki finał.


Urodzony w Hamburgu reżyser nie sili się specjalnie na oryginalność: "Tschick" to typowa inicjacyjna historia dla nastoletniej widowni. Można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że to obraz zgoła niedzisiejszy, pozbawiony cyfrowych fajerwerków i wyszukanych "łamańców" narracyjnych. W czasach, kiedy wszyscy już przestudiowali chronologiczne galimatiasy spod znaku Tarantino, a postmodernistyczny chaos zjada własny ogon, Akin celuje w prostotę, chwali bezinteresowność i czystą przyjaźń. I tym podbija widza. 


"Goodbye Berlin" (anglojęzyczny tytuł produkcji) nie miał najmniejszych szans, aby stać się festiwalowym objawieniem, podobnie jak marne były widoki, aby odniósł znaczący sukces w box office. W dobie smartfonów i portali społecznościowych, wypada równie nieefektownie jak stara fotografia z wakacji zrobiona polaroidem w zestawieniu z selfie biuściastej blondyny o wydętych wargach. Skromny, opatrzony banalnym wręcz morałem, na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie "obciachowego", niczym słuchany przez bohaterów szlagier Richarda Claydermana. Docenią go więc zapewne głównie ci, którzy pamiętają, jakie to uczucie, gdy taśma z kasety zostaje wciągnięta przez magnetofon. Moim zdaniem: ujmujący.

Ocena: ****