12/08/2017

Last Shift (2014)

dir. Anthony DiBlasi



Funkcjonariusz Loren (Juliana Harkavy) właśnie rozpoczyna pracę w policji. Jej pierwsza noc służby to zadanie w sam raz dla "żółtodzioba": pilnowanie zamkniętego posterunku, który niebawem przeznaczony zostanie do rozbiórki. Zapowiada się długa, nużąca warta. Podczas, gdy cała załoga przeniosła się do nowego budynku, dziewczyna zabija czas lekturą podręcznika dla początkujących stróżów prawa. Wkrótce jednak, senność przepędzają niepokojące incydenty. Co chwila na numer komisariatu dzwoni rozhisteryzowana dziewczyna, która twierdzi, że ktoś czyha na jej życie. Jest spotkanie oko w oko z agresywnym włóczęgą. W rurach buczy i stuka, przedmioty same się przesuwają. Czy to wyobraźnia płata figle czy może miejsce jest nawiedzone?


"Last Shift" to niskobudżetowy, oparty na prostym koncepcie horror. I jako taki, zasługuje na pewną taryfę ulgową ze strony widza. Trzeba oddać twórcom, że udało im się wykreować na ekranie gęsty klimat grozy i osaczenia. Towarzysząc przez półtorej godziny jednej bohaterce i mając do dyspozycji ograniczoną przestrzeń, wykorzystali nadarzające się okazje do podkręcania suspensu - przede wszystkim w trakcie pierwszej połowy seansu - całkiem sprawnie. Bardzo dobrze radzi sobie również odtwórczyni głównej roli, na której spoczywało spore brzemię, którego ciężar udało jej się udźwignąć.


Podstawowy zarzut, jaki można mieć względem filmu Anthony'ego DiBlasi dotyczy samej fabuły. Mało wyszukany punkt wyjścia, zgodnie z założeniem, trzeba w miarę upływu czasu nieco skomplikować. Ale im więcej wiemy na temat tajemnicy posterunku, tym większe ogarnia nas rozczarowanie. Klaustrofobiczna aura przestaje być już tak intrygująca, gdy zewsząd wychodzą pokraczne mary i duchy pospolite. Reżyser sięga po proste sztuczki, nie szczędząc odbiorcy tzw. jump scenes. A to jakiś kształt nam mignie w tle, a to coś wyskoczy, a to na chwilę kadr wypełni jegomość w upiornej masce. Prymitywne chwyty z repertuaru kina klasy B. wbiją może w fotel niedzielnego odbiorcę mainstreamu, u mnie jednak szybko wywołują ziewanie. Nie pomaga też przerysowana, niby-demoniczna gra aktorów wcielających się w poszczególne "strachy": popaprana familia Charlesa Mansona to w tym przypadku oczywisty, ale i jakże zleżały, punkt odniesienia.


Jak na skromny, zrealizowany niskim nakładem środków projekt, "Last Shift" posiada sporo atutów (z których największym jest bodaj sama lokacja: opuszczony komisariat na Florydzie), nie wychodzi jednak poza sztampową formułę współczesnego kina grozy, gdzie w nieskończoność eksploatuje się te same, ograne chwyty. Sam reżyser otwarcie przyznawał się do inspiracji takimi klasykami, jak "Atak na posterunek 13." czy "Koszmar z ulicy Wiązów", nie sposób wszak ukryć, że w dużej mierze opierał się również na bardziej współczesnych obiektach badań, ze szczególnym uwzględnieniem odgrzewanych ghost stories i jałowego found footage. Komu nie przeszkadza taki miks, śmiało może sięgnąć, choć potencjał był na pewno większy.

Ocena: ***