8/17/2017

The Last House on Dead End Street (1977)

dir. Roger Watkins



Obraz Rogera Michaela Watkinsa jest swego rodzaju legendą w światku miłośników filmowego horroru. Nakręcony w 1972 roku, do dystrybucji wypuszczony dopiero pięć lat później. O jego złej sławie decyduje nie tylko podjęta tematyka – filmy snuff, ale i cała otoczka. Do dziś wielu zaszokują ukazane tu sceny mordów, nad całością unosi się specyficzny, nihilistyczny duch oraz atmosfera obrazu zakazanego, dzieła całkowicie undergroundowego. Przez wiele lat jego nieocenzurowana wersja była praktycznie niedostępna, po świecie krążyły jedynie kopie na kasetach VHS o koszmarnej jakości. Dziś, w czasach ogólnie dostępnego Internetu, jego zdobycie nie jest już tak trudne (został wydany na DVD przez Bartel Entertainment), co nie zmienia jednakowoż jego unikatowego charakteru. 


„The Last House On Dead End Street” to historia drobnego przestępcy Terry’ego Hawkinsa, który po wyjściu z więzienia postanawia zająć się produkcją filmów. Nawiązuje więc kontakty w światku produkcji obrazów XXX, montuje własną ekipę realizatorską i przystępuje do realizacji projektu. Nikt jednak nie wie, jakiego rodzaju dzieło pragnie stworzyć Hawkins. Tymczasem jego „scenariusz” zakłada brutalne zamordowanie przed kamerą grupy osób ze światka pornobiznesu… 


Pomimo upływu lat film Watkinsa wciąż wywiera na widzu silne wrażenie, podobnie jak słynny „The Last House On The Left” Wesa Cravena, który w dużej mierze był inspiracją dla tego obrazu. Tyle że w tym przypadku ma się do czynienia z pozycją rzeczywiście dość niezwykłą. Do dziś nie jest dostępna pełna wersja reżyserska zgodna z zamysłem twórcy, stąd film ma dosyć poszarpaną konstrukcję narracyjną, widać, że wielu elementów w nim brakuje. Przydaje to uroku obcowania z czymś tylko dla wybranych. Do tego zarówno reżyser, jak i część ekipy została w napisach początkowych ukryta przez dystrybutora pod pseudonimami (Watkins figuruje na ten przykład jako Victor Janos). Podniszczona taśma, improwizowane dialogi, czasem nie do końca wyraźny obraz (jak w trakcie sekwencji ćwiartowania kobiety na stole operacyjnym) – można się miejscami poczuć, jakby rzeczywiście dostąpiło się zaszczytu obejrzenia prawdziwego filmu „ostatniego tchnienia”. Co prawda, muszę ze swej strony nadmienić, wykonanie efektów w wielu momentach pozostawia wiele do życzenia i wiele fragmentów może już tak nie szokować jak kiedyś, ale całość nadrabia to swoim niezwykłym klimatem niczym z koszmaru i… mankamentami. To paradoks, ale właśnie kiepskie aktorstwo, montaż, zdjęcia, procentują tu na plus, jeszcze sugestywniej oddziałując na odbiorcę – rzeczy, które w przypadku normalnej produkcji są niezwykle ważne, tu jakby schodzą na dalszy plan. 


Komu warto polecić „The Last House…”? Na pewno maniakom gore – mimo że tego typu sceny nie zawsze błyszczą tu realizmem, to wciąż są mocne dzięki swej otoczce. Warto też na pewno się z nim zapoznać, jeśli chce się posmakować choć odrobiny tego uczucia, jakim musi być możliwość obejrzenia obrazu snuff. Na plakatach reklamujących ten rarytas widniało hasło reklamowe: „To tylko film”. Może jednak – dla większego efektu – lepiej spróbować choć na chwilę o tym zapomnieć. Na pewno nie będzie to wtedy seans, o którym łatwo zapomnieć.

Ocena: ***½


8/16/2017

Snuff (1976)

dir. Michael Findlay, Horacio Fredriksson, Simon Nuchtern



Najpierw był niskobudżetowy film eksploatacji małżeńskiego tandemu twórczego Michaela i Roberty Findlayów pod wiele mówiącym tytułem "The Slaughter". Para ta znana jest dziś wielbicielom grindhouseowej rozrywki głównie z tzw. trylogii ciała, na którą składają się: "Touch of Her Flesh", "Kiss of Her Flesh" oraz "Curse of Her Flesh". Ich nakręcony w Argentynie obraz o którym teraz mowa to kiepsko zrealizowany i takoż zagrany dreszczowiec nawiązujący do sprawy bestialskich morderstw dokonanych przez "rodzinę" Mansona. Przez krótki czas był on wyświetlany w kilku podrzędnych kinach, po czym wszyscy o nim zapomnieli. 


Właściwa historia zaczyna się w momencie, gdy w posiadanie "The Slaughter" wchodzi niezależny dystrybutor nazwiskiem Allan Shackleton. Postanawia on zrobić użytek z nabytego filmidła, które - delikatnie mówiąc - na sukces kasowy zbytnio liczyć nie może. Shackleton decyduje się dokręcić nowe zakończenie do dzieła Findlayów, które bazować będzie na zasłyszanych przez niego pogłoskach o snuff movies, znanych też jako filmy "ostatniego tchnienia". W sfilmowanym naprędce finale grupa filmowców dokonuje przed kamerą brutalnego mordu na jednej z aktorek. Opatrzony tym drastycznym zwieńczeniem obraz ponownie wchodzi na ekrany pod nowym tytułem, tym razem rozreklamowany jako zawierający szokujący zapis prawdziwego zabójstwa... 


Dziś wiadomo już, że "Snuff" to tylko charakterystyczna dla swojej dekady próba zdyskontowania budzącej sensację tematyki. Tania i w gruncie rzeczy nieudana. Mistyfikacja wymyślona przez Shackletona prędko wyszła na jaw, a sam film znany jest dziś jedynie w kręgach najbardziej zagorzałych miłośników gore i kina eksploatacji. Zła sława, jaka go otacza, skrywa ponadto rzecz w zasadzie niewartą zachodu i stosunkowo niewinną. 


Niewinną, bo samo "bulwersujące" zakończenie, które jest głównym magnesem przyciągającym do tej pozycji, oglądane z dzisiejszej perspektywy potraktowane może być najwyżej wzruszeniem ramion. Zawarte w nim efekty są kiepsko wykonane, trudno więc byłoby komukolwiek uwierzyć, że przedstawiona scena morderstwa jest autentyczna. Czekać zaś na ową "atrakcję" trzeba ponad siedemdziesiąt minut czasu ekranowego, w trakcie którego dzieje się doprawdy niewiele. Te siedemdziesiąt minut to właśnie wspomniany "The Slaughter", i trzeba przyznać, że nic dziwnego, iż w momencie swej skromnej premiery nie wywołał ów tytuł furory. Byłby on może nawet całkiem zabawny w swej nieporadności, gdyby nie to, że jest przeraźliwie nudny. Fabuła to chaotyczny zlepek bzdur, unurzanych w zjełczałym hipisowskim sosie. Dla urozmaicenia jednostajnej bezsensowności zarejestrowanego materiału filmowi bohaterowie od czasu do czasu udają, że kogoś zabijają. Ewentualnie udają, że zażywają narkotyki. 


"Snuff" traktowane może być jako ciekawostka: raczej trudno mimo wszystko nie wspomnieć o tej pozycji w przypadku sporządzania jakiejkolwiek monografii dotykającej zagadnienia filmów "ostatniego tchnienia", jako że jest to pozycja, która w dużej mierze spopularyzowała to pojęcie. Można go także potraktować jako swoiste post scriptum do pełnego tandety, ale i ujmującego w pewnym stopniu swą nieporadnością, dorobku małżeństwa Findlayów. Blisko półtora roku po premierze przemontowanej wersji "Slaughter" oboje zginęli w wypadku helikoptera. Zdążyli jeszcze wcześniej wytoczyć Shackletonowi sprawę, ale doszło do pozasądowej ugody. Ostatnie tchnienie kina eksploatacji?

Ocena: *½ 


8/11/2017

Fast Times at Ridgemont High (1982)

dir. Amy Heckerling



Cameron Crowe swe pierwsze kroki w showbusinessie stawiał jako dziennikarz, pisząc artykuły dla magazynu Rolling Stone. W 1981 roku, opublikował opartą na własnych doświadczeniach książkę "Fast Times at Ridgemont High: A True Story", do której materiały zbierał, udając studenta w Clairemont High School w San Diego. Jeszcze zanim powieść trafiła na rynek, pojawiły się plany przeniesienia jej na ekran. Scenariusz napisał sam Crowe, a za kamerą stanęła debiutantka Amy Heckerling. Skromny, pozbawiony głośnych nazwisk oraz dużej kampanii promocyjnej film, odniósł niebywały sukces, szybko stając się kultową wśród amerykańskiej młodzieży pozycją. Autor materiału na prawdziwy sukces i sławę musiał jeszcze zaczekać ponad dekadę: "Jerry Maguire" w jego reżyserii okazał się być jednym z największych hitów sezonu 1996/97.


"Fast Times..." pozbawione jest tradycyjnej fabuły, na akcję składa się szereg epizodów, w których udział bierze grupa licealistów. Mamy więc piętnastoletnią Stacy, która za namową starszej koleżanki, postanawia rozpocząć życie erotyczne. Jest podkochujący się w niej Mark oraz jego kumpel, konik-amator imieniem Mike. Brad kończy właśnie szkołę, ale nie widzi dla siebie żadnych perspektyw poza pracą w kolejnych fast foodach. Jeff z kolei to wiecznie upalony surfer, istna zmora nauczycieli, w szczególności profesora od historii Stanów Zjednoczonych...


Przeplatające się losy bohaterów tworzą barwną mozaikę, której dodatkowego kolorytu dostarcza złożona z ówczesnych przebojów ścieżka dźwiękowa. To trochę taki Altman w wersji "light": poznajemy różne postawy, zakręty życiowe, porażki i sukcesy, refleksja należy zaś już do samego widza. Obraz Heckerling, choć w dużej mierze pozostaje bezpretensjonalną komedią, w której pierwsze skrzypce grają przygodny seks i młodzieńcze rozterki, nie unika też poważniejszych tematów (niechciana ciąża, zawiedziona przyjaźń), trzymając się jednak konsekwentnie z dala od taniego moralizatorstwa czy łzawego sentymentalizmu.


Jednym z powodów, dla których o "Beztroskich latach w Ridgemont High" wciąż się pamięta - oczywiście, pomijając walory rozrywkowe - jest obsada, pośród której znajdziemy istną kopalnię przyszłych gwiazd. Judge Reinhold, Forest Whitaker, Eric Stolz, Nicolas Cage, Jennifer Jason Leigh - wówczas nieznani, pod koniec dekady przejmą stery w hollywoodzkim kinie. Młody Sean Penn daje prawdziwy popis vis comica jako miłośnik marihuany Jeff Spicoli, Phoebe Cates zalicza z kolei pamiętną scenę topless przy basenie.


Film Heckerling słusznie zajmuje szczególne miejsce pośród kina młodzieżowego swoich czasów: to nic innego jak szalone, kiczowate lata 80. w pigułce. Dobre na stres i chandrę, z odpowiednio wyważonymi proporcjami między komizmem, a powagą. Na perypetie bohaterów spoglądamy z życzliwością i empatią, w końcu dojrzewanie to czas szczególny, a im starsi jesteśmy, z tym większym rozrzewnieniem wspominamy ten okres. 

Ocena: ****½


8/10/2017

Scarecrows (1988)

dir. William Wesley



Idę o zakład, że w przypadku pytania: "która dekada była dla filmowego horroru najważniejsza", 8 na 10 respondentów złożonych z fanów kina grozy (do tych rzecz jasna nie zaliczam współczesnej młodzieży, dla której szczytowymi osiągnięciami gatunku byłyby zapewne twory pokroju "Obecności") wskaże lata 80. Cała reszta postawi pewnie na dziesięciolecie poprzedzające. Przyczyn takiej popularności, widocznej chociażby w dzisiejszej fali nostalgii, jest przynajmniej kilka. Oczywiście, jedną z nich będzie fakt, że "pokolenie VHS" zaczyna już przeżywać kryzys wieku średniego, tęsknie spoglądając ku sielance czasów młodości. Inna sprawa, że całe lata 80. w kwestii hollywoodzkiego kina rozrywkowego były wypadkową doświadczeń dekad poprzednich, do perfekcji doprowadzając choćby stylistykę kina Nowej Przygody. Jednocześnie, wraz z narodzinami slashera, horror zaczął przeżywać prawdziwy rozkwit. Zamiast niedawnych aluzyjnych wątków wampirycznych, obudziła się prawdziwa wolność, owocując frywolnym podejściem do seksualności (co najbardziej lubią w wolnym czasie robić amerykańskie nastolatki? - bzykać się!), natężeniem przemocy, ale też specyficznym klimatem, który wywietrzał już na początku kolejnego dziesięciolecia.


Wspominam o tym wszystkim przy okazji seansu filmu "Scarecrows" Williama Wesleya, albowiem stanowi on doskonały przykład na to, jak operowanie atmosferą, szczypta czerstwych odzywek, które nijak nie przeszłyby we współczesnej produkcji oraz odrobina obrzydliwości, mogą przyprawić o szybsze bicie serca miłośnika kina klasy B. Dość powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia z pozycją co najwyżej przeciętną. A jednak przyjemność płynąca z tych osiemdziesięciu minut w towarzystwie morderczych strachów na wróble jest spora...


Fabuła jest nader prosta: cała afera zaczyna się od porwania samolotu. Grupa złodziei zmusza ojca i córkę do pilotowania awionetki, którą planują uciec za meksykańską granicę wraz ze zrabowanym łupem. Jeden z rabusiów nie ma jednak zamiaru dzielić się pieniędzmi z resztą kompanów. Wywoławszy zamieszanie, wyskakuje na spadochronie wraz z forsą i ląduje pośrodku pola kukurydzy. Zdradzeni bandyci ruszają jego tropem, nie podejrzewając nawet, na jakie niebezpieczeństwo się narażają...


Akcja rozkręca się dość powoli, ale przyznać trzeba, że debiutujący za kamerą Wesley umie kreować napięcie. Robi też dobry użytek ze skromnego budżetu - niby gołym okiem widać, że fundusze ekipa miała niewielkie, ale ograniczenie akcji w czasie i przestrzeni pozwala obrócić braki na korzyść. Znajdziemy tu całkiem sporo porządnie wykonanego gore, a i charakteryzacja tytułowych upiorów cieszy oko. Aktorstwo jest na poziomie zbliżonym do większości B-klasowców z okresu, czytaj: jest znośnie. Jeśli komuś jednak przeszkadzałyby mało naturalne zachowania poszczególnych postaci, zawsze może skupić wzrok na prześlicznej Victorii Christian, wcielającej się w zakładniczkę imieniem Kelly.


Największy mankament omawianej pozycji stanowi sam scenariusz, który jest najzwyczajniej w świecie... głupi. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kupi tych bzdur o kukłach przemieniających ludzi w bezwolne zombie. Umówmy się jednak co do jednego: nie takie absurdy łykaliśmy w dzieciństwie, z dłońmi nerwowo uczepionymi oparć fotela. De facto, można dziełu Wesleya zarzucić wiele i wcale nie dziwię się, że dziś rzadko kto o nim pamięta. Na pewno jednak nie sposób powiedzieć, że te niespełna półtorej godziny się dłużyło lub też przyniosło srogi zawód.

Ocena: ***



8/08/2017

Raw (2016)

dir. Julia Ducournau



Justine (Garance Marillier), podobnie jak jej rodzice, jest wegetarianką. W jednej z pierwszych scen filmu widzimy, jak matka dziewczyny urządza w jadłodajni dziką awanturę o kawałek mięsa znaleziony w jedzeniu córki. Chwilę później, nastolatka trafia do studenckiego kampusu. Justine dołącza do swej starszej siostry, by studiować weterynarię. W trakcie jednej z akcji inicjacyjnych dla "nowych", dziewczyna zostaje zmuszona do zjedzenia surowej króliczej nerki. I w tym momencie zaczynają się kłopoty...


Zawiązanie akcji "Raw" sprawia wrażenie wisielczego żartu. Debiut fabularny Julii Ducournau utrzymany jest jednak w tonacji serio, stanowi pokłosie fali francuskich horrorów gore, które zalały rynek na początku nowego tysiąclecia. To body horror pełną gębą, w którym pobrzmiewają echa wczesnej twórczości Davida Cronenberga. Gdybym sam miał wymieniać, do inspiracji z pewnością dorzuciłbym jeszcze takie tytuły, jak "Trouble Every Day" Claire Denis, "Dans ma peau" Mariny de Van czy całkiem jeszcze świeże "Contracted" Erica Englanda.


W skrócie i bez owijania w bawełnę: Ducournau nie stawia na oryginalność. Całą fabułę można wszak streścić w jednym, dwóch zdaniach. Zarazem mamy tutaj do czynienia z  kolejnym współczesnym horrorem, który zamiast pławić się w klimatach retro, oprócz oferowania dużych ilości posoki zalewającej ekran, zręcznie symuluje drugie dno. Nie jest to zarzut, w końcu każdy może sobie tutaj dopisać własną interpretację, co jednocześnie nie ma wielkiego wpływu na satysfakcję płynącą z seansu. Krytyka konsumpcjonizmu? You've got it! Zaduma nad drapieżną naturą człowieka? Też da się podpiąć. Wampiryczne uzależnienie, kanibalizm, nawet likantropia - wszystkie te klasyczne elementy kina grozy mają prawo przeglądać się w omawianym obrazie. Jako istota nie spożywająca mięsa, sam miałem chwilowe obawy, czy przypadkiem nie powinienem zostać porwanym przez refleksyjne tonie. Na szczęście, dałem sobie z tym spokój...


Jakby jednak nie patrzeć, "Raw"(aka "Grave") to kawał dobrej roboty od strony realizacyjnej. Owszem, mógłbym wytknąć pewne niedociągnięcia i dziury logiczne, jednak reżyserka sprawnie je maskuje, kreując zawiesistą atmosferę, mnożąc pytania, spowalniając tempo. Efekt jest naprawdę niezły: to nie żadne bezmyślne gore-fest, ale całkiem sprytnie pomyślany shocker, który skutecznie przykuwa widza do ekranu. Bardzo dobre jest aktorstwo, ze szczególnym uwzględnieniem roli głównej bohaterki, co wskazuje na to, że Ducournau ma dobrą rękę do wykonawców. Co bardziej krwiste fragmenty dodają pikanterii, ale całość trzyma się z dala od bezmyślnego szokowania. Czy chcecie, czy nie, to mięso - o dziwo! - jest całkiem świeże.

Ocena: ****



8/03/2017

Atomic Blonde (2017)

dir. David Leitch



Bondów w spódnicy było wielu. Począwszy od popartowej "Modesty Blaise", przez wytwór blaxploitation "Cleopatra Jones", po w pełni wyemancypowaną Geenę Davis z "Długiego pocałunku na dobranoc". Żadna z nich nie zagościła na dłużej w świadomości zbiorowej. Wątpliwe, aby sztuka ta udała się agentce MI6, Lorraine Broughton. Ale czy każda "misja specjalna" musi być od razu przełomowa?


"Atomic Blonde" to adaptacja powieści graficznej "The Coldest City" autorstwa Anthony'ego Johnstona i Sama Harta. Bohaterką jest tutaj wspomniana agent Broughton (Charlize Theron), która w przededniu zniszczenia muru berlińskiego, zostaje wysłana do obecnej stolicy Niemiec w celu przechwycenia listy szpiegów. Ujawnienie zawartych na niej nazwisk, grozi eliminacją najważniejszych wysłanników brytyjskiego wywiadu...


Żeby nie było narzekań: powieść graficzna=komiks. Czyli dla jednych będzie to rekomendacja, dla innych - przestroga. Bo "Atomic Blonde" to w większym stopniu dynamicznie nakręcone kino akcji, aniżeli poważny film szpiegowski. Fabuła jest na przemian naciągana, niedorzeczna albo nielogiczna. Prawda jednak taka, że nikt nie każe nam jej śledzić. Na pierwszy plan wysuwają się bowiem efektowne sceny potyczek głównej bohaterki ze zbirami zza Żelaznej Kurtyny. 


Od strony wykonania, obraz Davida Leitcha nie budzi większych zastrzeżeń. Akcja mknie naprzód jak szalona, choreografia walk na najwyższym poziomie i montaż, od którego można dostać oczopląsu. W drugiej połowie filmu, współtwórca "Johna Wicka", oferuje nam nawet sekwencję mordobicia, nakręconą w "jednym ujęciu". Nawias stąd, że nawet mało spostrzegawczy widz dojrzy gołym okiem wszystkie szwy, ale niejeden zapewne da się też ponieść emocjom. Theron jako główna bohaterka jest przebiegła, zimna i wyrachowana, przez całe dnie popija rosyjską wódkę, jak rasowy gladiator obnosi się ze swymi obrażeniami, by na sam koniec wszystkich gładko wykiwać. Partnerujący jej McAvoy bawi się swoją rolą cwaniaka i jest to pewna odmiana w jego dość monotonnej karierze.


OK, czyli kupować w takim razie czy też nie? Owszem, pod warunkiem, że wiecie, co za towar. "Atomic Blonde" stara się być wypadkową dotychczasowych doświadczeń kina szpiegowskiego, łącząc umowność klasycznych wcieleń Bonda, obskurantyzm ekranizacji prozy Johna le Carré i realistyczno-reportażową formułę spod znaku serii o Jasonie Bournie. Najbliżej tu jednak do typowej eskapistycznej rozrywki: ma być głośno, szybko i chropawo. Dodajmy do tego soundtrack na którym pobrzmiewają hity Davida Bowie'go (tak, "Putting Out Fire" zyskało drugą młodość przy okazji "Bękartów wojny" ale to kawałek z "Cat People" Schradera), New Order, The Clash, Siouxsie & the Banshees, George'a Michaela i Neny, a wyjdą dwie godziny nie wymagającej myślenia, bezpretensjonalnej kopaniny w wydaniu "retro". Bo mimo wszystko, więcej tu ukłonów w kierunku kina sprzed trzech dekady, aniżeli hołdowania współczesnym trendom. 

Ocena: ***